poniedziałek, 23 października 2017

"Nielegalne związki" Grażyny Plebanek, czyli powieść o walce z nużącą normalnością

G.Plebanek, "Nielegalne związki", Wydawnictwo W.A.B., 2014.

Nie lubię opowieści o miłości, zdradzie i związkach. Grażyna Plebanek przekonała mnie jednak do swoich powieści wielokrotnie i byłam ciekawa, jaka jest jej wizja "Nielegalnych związków". Szczególnie, że bohaterem tej książki uczyniła mężczyznę, sprawiając, że daleko jej do sztampowego romansidła. Nie zmienia to jednak faktu, że powieść ta wzbudziła we mnie ambiwalentne uczucia.
Jonathan to Polak o skomplikowanej, międzynarodowej biografii. Razem ze swoją żoną przeprowadza się z Polski do Brukseli. Robi to dla niej i jej kariery. Stara się tam odnaleźć na nowo, co nie jest aż tak proste, jak mu się wydawało. Wtedy pojawia się ona. Ta druga. Andrea. Partnerka szefa jego żony. Kobieta uwodzicielska, wzbudzająca podziw, robiąca karierę dziennikarską. Jak pozostać wiernym żonie i dwójce dzieci w świecie, w którym nie ma się celu, kiedy obok stoi taka kobieta?
To nie jest zwykły romans. I właśnie to ratuję tę książkę. Ponieważ historia mężczyzny, który ma wszystko, czego chcieć powinien: odnoszącą sukcesy żonę, dwójkę cudownych dzieci, pracę sprawiającą satysfakcję, choć nie dającą wiele zarobić, w pełni ułożony świat. Jednak w momencie, w którym nawiązuje on kontakt z pozornie nieosiągalną kobietą to wszystko przestaje mieć znaczenie. Jest gotów umawiać się z nią ukradkiem w kościołach, do których w Brukseli nikt nie chodzi, by choć na chwilę być blisko niej. Jednocześnie Jonathan nie wyobraża sobie życia bez żony i dzieci. I właśnie to niezdecydowanie, ta ambiwalencja uczuć jest esencją tej powieści. Mężczyzna, stający się emocjonalnym i seksualnym niewolnikiem swojej kochanki, z drugiej nierozerwalnie przywiązany do rodziny, z którą żyje. Problem książki polega na tym, że Jonathana niezmiernie trudno zrozumieć. Być może winny jest temu charakter jego kochanki, kobiety nieautentycznej. Owszem, obserwujemy ją oczami Jonathana, jednak na początku miałam wrażenie, że tak idealne kobiety nie maja racji bytu, a potem zastanawiałam się jakim cudem ktoś taki może utrzymać przy sobie jakiegokolwiek mężczyznę. Andrea miała być marzeniem każdego mężczyzny, jednak z opisów Plebanek można wywnioskować, że jest to raczej kobieta odstręczająca. I nie chodzi o to, że nie można się z nią zaprzyjaźnić, raczej nie chce się mieć z nią nic wspólnego. Nie wiem, czy taki był zamysł autorki, czy to tylko moje odczucia, ale nie jest to kobieta, w której mógłby się zakochać ktokolwiek. Esencją książki jest z pewnością problem kontroli nad uczuciem. Kwestia zapanowania nad szaleństwem ciała i serca w imię dobra tych, którzy znacznie wcześniej w owym sercu zagościli. Niestety esencja ta zanika często pod płaszczykiem pożądania w tej powieści zamieniającego człowieka w zwierzę. Ciekawym przypadkiem jest również najbliższy przyjaciel głównego bohatera - Stefan. Zdaje się on być stereotypem mężczyzny, który dla seksu jest w stanie zrobić wszystko, a monogamia jest dla niego niewyobrażalną męką. Schemat, w który się on wpisuje jest interesujący, lecz gra z nim wydała mi się w efekcie za mało finezyjna. Tak samo jak jego rozmowy z głównym bohaterem, które zdają się nie wnosić wiele.
Po Grażynie Plebanek spodziewałam się więcej. Trójkąty miłosne i niezdecydowanie bohaterów potrafią wciągnąć, ale na krótką metę. Już w połowie powieść wydawała się nużąca i niemal przewidywalna. Jednak jeśli lubicie historie o relacjach damsko-męskich ta pozycja może się Wam spodobać. Przebija bowiem większość książek je poruszających łamaniem schematów i klasą, której nie można "Nielegalnym związkom" odmówić.

niedziela, 15 października 2017

Kilka słów bolesnej prawdy, czyli "Jak uleczyć fanatyka?" Amosa Oza

A.Oz, "Jak uleczyć fanatyka?", tłumaczenie D. Sękalska-Wojtowicz, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2006.

Z czym kojarzy nam się fanatyk? Z islamskim terrorystą, wyznawcą jedynej słusznej partii, kibicem sportowym, szalonym głosicielem wyższości aktywności fizycznej nad spożywaniem cukru i glutenu... Każdy z nas ma własne skojarzenia i są one mniej lub bardziej słuszne. Przypuszczam, że z boku niektórym też mogę wydawać się fanatyczną feministką albo fanatyczną miłośniczką powieści Knausgårda. Nie dziwi mnie to. Wszyscy odnosimy się do tego, co znamy i opowiadamy o tym z naszego punktu widzenia. Tak też zrobił izraelski pisarz i wykładowca - Amos Oz w swoich esejach zawartych w książce "Jak uleczyć fanatyka?"- opowiedział o fanatyzmie ze swojego punktu widzenia. Jednak jako, że przygląda się konfliktom różnego rodzaju fanatyków od dłuższego czasu, w swoich tekstach nie udziela nam łatwych odpowiedzi.
Trzy eseje zawarte w "Jak uleczyć fanatyka?" początkowo były wykładami. Amos Oz wygłosił je w Tybindze w 2002 roku, krótko po ataku na World Trade Center. Właśnie wtedy fanatyk zaczął się większości mieszkańców zachodniego świata kojarzyć z islamskim terrorystą. Jednak autor nie porusza tego tematu. Mówiąc o fanatyzmie odwołuje się przede wszystkim do sytuacji na Bliskim Wschodzie, którą zna z autopsji. I zamiast odpowiedzieć na pytanie "Jak uleczyć fanatyka?" odpowiada na to "Jak fanatykiem nie zostać?".
Fanatyk jest zazwyczaj niewolnikiem jednej książki, ewentualnie jednej idei. Dlatego też Oz, podając dość oczywiste sposoby na wykształcenie w człowieku pluralistycznych poglądów, opowiada jak został pisarzem i na ile umiejętność wczuwania się w sytuację innych ludzi, ułatwia życie wśród fanatyków. Wszystkie jego poglądy wydają się być wyważone i nie skłaniają nas do buntu wobec wypowiadanych słów. Oz, w przeciwieństwie do fanatyków, nie jest populistą. Nie boi się powiedzieć, że winą za konflikty powinno się obarczać obie strony. Na tej kanwie stara się budować kompromisy. Jest to doskonale widoczne, gdy opowiada o konflikcie na Bliskim Wschodzie, który zdaje się w kilku zdaniach rozwiązywać za pomocą kompromisu. Tylko kompromis ma to do siebie, że boli obie strony, dlatego zazwyczaj nikt nie chce się na niego zgodzić. Szczególnie, że osoba dochodząca do kompromisu to wręcz antyteza fanatyka. Jeśli szukamy w tej książce prostej odpowiedzi na pytanie "Jak uleczyć fanatyka" możemy powiedzieć, że ucząc go pluralistycznego myślenia. Niestety, jak doskonale wiadomo, jest to niemal niewykonalne przez co zaostrzane przez lata konflikty rzadko kończą się kompromisem. Same rozważania Oza na temat Bliskiego Wschodu pokazują także coś, czego nie chcemy dostrzegać na co dzień - rolę Europy w samym stworzeniu tamtego konfliktu. Nie chcę tutaj upraszczać historycznych niuansów, ale samo stworzenie państwa Izrael można uznać za konsekwencję antysemityzmu. Warto dowiedzieć się o tym nieco więcej od człowieka, który musi sobie z takimi problemami radzić.
"Jak uleczyć fanatyka?" Amosa Oza to trzy wciągające eseje napisane pięknym językiem. Mimo, że pochłania się je szybko, nie można przestać o nich myśleć przez dłuższy czas. I właśnie po ty, by mogły wzbudzić w nas refleksje, warto poświęcić im kilka dłuższych chwil.

niedziela, 8 października 2017

Prawda i zaprzeczenie, czyli "Mokradełko" Katarzyny Surmiak-Domańskiej

K. Surmiak-Domańska, "Mokradełko", Wydawnictwo Czarne, 2012.

Zanim przeczytałam "Mokradełko" Katarzyny Surmiak-Domańskiej miałam okazję je obejrzeć. W Teatrze Nowym w Poznaniu odgrywany jest bowiem spektakl stworzony na podstawie tego reportażu. Jest on nad wyraz wierny oryginałowi i przyznam, że czytając książkę mimowolnie patrzyłam na nią przez jego pryzmat. Mimo tego, nie żałuję czasu poświęconego na tę lekturę, ponieważ "Mokradełko" porusza wiele ważkich tematów, o których naprawdę warto mówić.
Halszka to kobieta z problemami. Wydała autobiografię, w której przedstawiła swoje dzieciństwo bez zbędnych przemilczeń. Mówiąc wprost opisała to, jak przez lata za niemą zgodą matki była molestowana przez ojca. Na książce się nie skończyło - Halszka udzielała wywiadów i występowała w telewizji, dzięki czemu okoliczni mieszkańcy szybko dowiedzieli się, kto opisał te tragiczne wydarzenia, mimo że autorka występowała pod pseudonimem. "Mokradełko" to opowieść o tym jak kobieta, która napisała głośną książkę "Kato-tata. Nie pamiętnik" odbija się w oczach swojego otoczenia. To także krótka historia jej relacji z matką, w podróży do której towarzyszy Halszce dziennikarka, mimowolnie znajdująca się w centrum opisywanych wydarzeń.
"Mokradełko" nie jest łatwą książką. Tak jak nie jest łatwa sama Halszka. To kobieta o sprzecznej osobowości, która mimo próby przepracowania traumy nie umie sobie z nią poradzić. Non stop poszukuje uwagi i nie umie przyjąć roli, jaką społeczeństwo przypisuje ofiarom - nie potrafi siedzieć cicho i cierpieć w samotności. W małej społeczności otwarte przyznanie się do bycia molestowanym nie jest łatwe. Przykład Halszki pokazuje, że można przysporzyć sobie takim wyznaniem więcej wrogów niż przyjaciół. Fakt, że dzieciństwo w specyficzny sposób wpłynęło na rozwój tej kobiety, również nie ułatwia jej życia. Jednak nie o opiniach sąsiadów, teściowej czy, tak zwanych, przyjaciół jest przede wszystkim ta książka. Reportaż Surmiak-Domańskiej opowiada bowiem głównie o relacjach pomiędzy autorką wstrząsającej autobiografii a jej matką. Te nie są łatwe. W "Kato-tacie" Halszka opisuje jak matka zanosi ją, małą dziewczynkę, umytą ojcu do łóżka. Wskazuje jasno, że matka musiała wiedzieć o tym, co zmarły już ojciec robi córce. Jednak dawała na to przyzwolenie i nadal zdaje się zachowywać, jakby nigdy nic się nie stało. W jej zachowaniu można jednak wyczuć poczucie winy, kiedy usiłuje zapchać córkę jedzeniem lub oddać jej swoje ostatnie zapasy tylko po to, by Halszka nie pytała dlaczego. Karolina, bo tak ma na imię matka głównej bohaterki, przez lata stała się mistrzynią w strategii unikania. Poza tym sama nie może wybaczyć córce tego, że publicznie zdradziła największy rodzinny sekret. Te zarzuty bardzo mocno uderzają w samą Halszkę, sprawiają, że kobieta staje się wewnętrznie sprzeczna. Ponieważ z jednej strony zrobiła to, co powinna, pokazała światu, co dzieje się w niektórych polskich domach, kiedy nikt nie patrzy, a z drugiej po części zdradziła swoją rodzinę. Problemem jest tu jednak nie sama Halszka tylko polska mentalność - to, że nadal istnieje w świadomości wielu z nas szereg spraw, które należy przemilczeć, ponieważ kalają obraz rodziny. Książka Halszki analizowana przez ten pryzmat wydaje się być pewnego rodzaju aktem desperacji - nie potrafiła dotrzeć do stosującej nieustanne uniki matki w inny sposób, więc napisała autobiografię. Nie spodziewała się tego, że Karolina potrafi zaprzeczyć nawet prawdzie medialnej. Wplątana w tę historię dziennikarka stara się załagodzić ten konflikt, choć przez moment porozmawiać z matką Halszki o "Kato-tacie". Jednak napotyka ona szereg trudności, jakby pamięć Karoliny została przepisana na nowo w sposób, który kobieta uważa za stosowny.
"Mokradełko" to ciekawy o poruszający reportaż o tym, jak radzić sobie ze światem po wyznaniu straszliwej prawdy. To także opowieść o polskim zakłamaniu i ludziach zdolnych do współczucia tylko wtedy, gdy osobiście nie znają ofiary. I choć książka ta potrafi wyczerpać czytelnika emocjonalnie, naprawdę warto ją przeczytać. A potem zobaczyć jej teatralną adaptację.

środa, 4 października 2017

Nerwowe nieporozumienie, czyli "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Dziewiąty grób", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy, 2016.

Nie lubię źle pisać o książkach. Ale czasami muszę. Szczególnie wtedy, gdy wiem, że autora stać na napisanie dobrego, spójnego i wciągającego kryminału, a dostaje... czytadło na średnim poziomie. Po "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema sięgnęłam, ponieważ miałam tego audiobooka od stycznia, a czekała mnie nocna podróż. Z niewyjaśnionych dla mnie powodów ludzie w pociągach i autobusach domagają się gaszenia światła już koło dwudziestej drugiej, a ja należę do osób, które nie zasną w towarzystwie obcych ludzi. Został mi więc Ahnhem. I chwilami naprawdę żałowałam, że nie mogę spać.
Znika szwedzki minister sprawiedliwości. Nie ma po nim śladu, a tropy urywają się jeden za drugim. Do śledztwa w tej sprawie wyznaczony zostaje Fabian Risk - nie może tylko nikomu zdradzić, nad czym pracuje. W tym samym czasie w Danii zostaje zamordowana żona prezentera telewizyjnego. Trop prowadzi do Szwecji. To właśnie tam zabójcy szuka duńska policjantka Dunja. Nie są to jednak jedyne ofiary. Coraz częściej znajdowani są w okolicy okrutnie zamordowani ludzie. Nikt nie wie, kto może stać za ich śmiercią. Mimo że "Dziewiąty grób" to drugi tom opowieści o Fabianie Risku, opowiada on o wydarzeniach sprzed "Ofiary bez twarzy".
Usiłując znaleźć pozytywy tej powieści, odnajduje jeden - otóż cieszę się, że skusiłam się na nią tak późno, bo jeszcze w grudniu zeszłego roku przeżywałabym katusze, gdyż Anhnem postanowił na kartach swojej książki wypatroszyć kobietę jakieś osiemset metrów od mojego ówczesnego domu. I tu przechodzimy do negatywów, czyli owego patroszenia. Nie jestem nazbyt wrażliwa na krwawe książkowe opisy, ale w trakcie słuchania tej powieści wiele razy miałam mdłości. Ahnhem był w nich aż nazbyt dosłowny, nie żałował ani jednego fizjologicznego szczegółu i obrazowo przedstawiał bawet najgorsze tortury. Wierzcie mi, w tym przypadku obrazowość nie jest zaletą. Zastanawiam się, co musi znajdować się w głowie autora, który wymyślił tyle brutalnych morderstw i opisał je z takimi detalami. Wróćmy jednak do pozytywów. Z pewnością należały do nich dwie przewijające się przez całą powieść bohaterki Dunja i Malin - dwie policjantki z zupełnie różnych światów mają mocno zarysowane charaktery i są nieustępliwe. I choć ich wątki są nieco naciągane - jedna przeżywa problemy w związku, a druga jest w ciąży i podkreśla to na każdym kroku, są one perełkami w porównaniu do głównego bohatera - Fabiana Riska. Cóż, nie porażał on już przy pierwszym tomie, a w tym jest jeszcze gorzej. Riskowi po prostu brakuje charakteru, przez co w opozycji do pojawiających się w powieście kobiet, wypada blado, bezbarwnie i nużąco. Problem mam też z samą intrygą kryminalną. Bo choć nie można odmówić tej powieści wciągającej akcji, zaskakujących jej zwrotów i rozwiązania, którego mało kto się spodziewa, w samym spięciu śledztwa jest wiele niedociągnięć. Powiedziałabym nawet, że część jest tak nieprawdopodobna, że wręcz niemożliwa. Na samego audiobooka dobrze wpłynął lektor - Mariusz Bonaszewski po raz kolejny sprawił, że powieść nabrała głębi i mrocznego wyrazu.
Podsumowując, muszę przyznać, że "Dziewiąty grób" to powieść, co najwyżej, średnia. I choć nie można jej odmówić tego, że wciąga czytelnika, niektóre jej elementy mnie zniechęciły. Ale jeśli macie nieograniczoną tolerancję na brutalne sceny i nie do końca uzasadnione wątki, możecie spróbować.

niedziela, 1 października 2017

Szczerze o pozornym raju, czyli "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie." Katarzyny Tubylewicz

K. Tubylewicz, "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie", Wydawnictwo Wielka Litera 2017.

Do sięgnięcia po książkę "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie" Katarzyny Tubylewicz zachęciła mnie sama autorka podczas występu w "Barłogu Literackim" Sylwii Chutnik i Karoliny Sulej. Tubylewicz opowiadała tam o Szwecji w sposób refleksyjny, odczarowując mit skandynawskiego raju. Jako, że sama miałam okazję rozwiać mgłę ułudy wiążącą się z ponoć najszczęśliwszym krajem na świecie - Danią, byłam niezmiernie ciekawa, co chowają przed światem Szwedzi. I przyznam, że dowiedziałam się wielu bardzo interesujących rzeczy.
"Moraliści" to podzielone na sześć części wywiady, mogące nam wiele powiedzieć o prawdziwym obrazie Szwecji. Nie tej, która jest równa dla wszystkich i przyjmuje niemal każdego pod swoje skrzydła, ale tej, nie do końca radzącej sobie z sytuacją, w jaką sama się wplątała. Czy w kraju idealnym mogą pojawiać się problemy związane z równością płci, wiarą, solidarnością czy wykluczeniem? Gdzie jest złoty środek pomiędzy tolerancją dla odmienności i religii a adaptacją do zasad panujących w państwie, do którego się przyjechało? Z czym kojarzą się w tym skandynawskim kraju solidarność, feminizm, tolerancja, dobroć, równość, integracja, wolność i uniwersalność? Tego możecie dowiedzieć się z książki.
Książkę Tubylewicz kupiłam impulsywnie, czułam, że muszę ją mieć, ponieważ potrzebowałam odpowiedzi. Jak niemal każdy człowiek, znający Skandynawię z czegoś więcej niż podręczniki i krótkie wakacje, próbowałam dojść do tego, co sprawia, że tamtejsze kraje pozornie wydają się rajem, ale po bliższym poznaniu okazują się być pełnymi problemów, o których otwarcie się nie mówi. Tubylewicz nie boi się o nich opowiadać. Z każdym ze swoich rozmówców (a trzeba przyznać, że nie są to jedynie rodowici Szwedzi) podejmuje trudne i czasami niewygodne tematy. Rozmawia z osobami, które na co dzień mają do czynienia z uchodźcami, znają ich problemy i wiedzą, jakie kłopoty generują. Podejmuje dialog z Birgittą Notlöf, która od trzydziestu lat pracuje na przedmieściach z kobietami, którym trudno zaaklimatyzować się w nowej ojczyźnie nie tylko dlatego, że ogranicza ich religia czy poglądy ich mężów, ale także dlatego, że są analfabetkami. To właśnie w tych miejscach, przez część naszych rodzimych polityków niesłusznie nazywanych "no go zones" widać, na czym polegają problemy uchodźców. Tubylewicz rozmawia także z kierowniczką ośrodka dla uchodźców, zdolną do uświadomienia nam, na czym polega największy ich problem. A jest nim bezczynność. Ośrodek dla uchodźców wydaje się być substytutem więzienia. Niby jest się w nowym miejscu, ale nie można iść do przodu ze swoim życiem, ponieważ trzeba czekać na decyzje odpowiednich urzędów. A to czekanie może trwać rok, a nawet i dłużej. Nie myślcie jednak, że "Moraliści" to wywiady tylko i wyłącznie dotyczące fali emigracji. Co to, to nie. Znajduje się tam wiele rozmów dotyczących innych problemów i samej istoty szwedzkości. Do moich ulubionych należy rozmowa z Evą Brunne, pierwszą na świecie luterańską biskupką otwarcie przyznającą się do swojego homoseksualizmu. Wyobrażacie sobie coś takiego w kraju nad Wisłą? A w Szwecji, choć jeszcze kilkadziesiąt lat temu wywołałoby to wielkie kontrowersje, jej nominacja na biskupa Sztokholmu była możliwa. Brunne opowiada bardzo dużo o istocie Kościoła Szwecji. Muszę przyznać, że, jak na razie, to jedyna instytucja kościelna, która wzbudziła cień mojej sympatii. Dlaczego? Ponieważ stara się być tolerancyjna. Tamtejsza rada biskupia dyskutuje na temat współczesnego świata i zastanawia się na ile jest on kompatybilny z naukami biblijnymi. Nie uznaje tekstów sprzed kilku tysięcy lat za niezmienne i niemożliwe do reinterpretacji. Drugi wywiad, który bardzo zapadł mi w pamięci Tubylewicz przeprowadziła z Ebbą Witt-Brattström, szwedzką literaturoznawczynią. Dotyczył on feminizmu i tego, że Szwecja jest tak naprawdę rajem dla mężczyzn, którzy w przeciwieństwie do kobiet, uznają swoją aktywność przy zajmowaniu się dziećmi za wielkie poświęcenie i żądają pochwał. W wywiadzie skrytykowała ona także mojego ulubionego Karla Ove Knausgårda. Przyznam, że całkowicie słusznie. I choć nie zgadzam się ze wszystkimi opiniami zawartymi w tej książce, muszę przyznać, że poglądy prezentowane przez rozmówców Tubylewicz zmuszają do myślenia.
"Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie." to książka pełna refleksji i chęci zrozumienia szwedzkich problemów. To także wstęp do próby pojęcia zmian, które nieustannie przekształcają nasz świat. Polecam ją wszystkim, chcącym rozwiać mgłę ułudy znad szwedzkiego raju. 

poniedziałek, 25 września 2017

Twórca zdjęty z piedestału, czyli "Jak oni pracują" Agaty Napiórskiej

A. Napiórska, "Jak oni pracują?", Wydawnictwo W.A.B, 2017.

Któż nie chciałby wzorować się na swoich mistrzach? Tak jak oni poświęcać się w stu procentach temu, co kochamy? Za sztuką często stoi jednak rutyna. Normalność, z którą musi zmierzyć się każdy, kto chce choć raz na jakiś czas skończyć któreś ze swoich dzieł. Właśnie o tej osnutej tajemnicą ciężkiej pracy opowiada książka Agaty Napiórskiej "Jak oni pracują?".
"Jak oni pracują?" to zbiór wywiadów z pięćdziesięcioma ośmioma osobami ze świata polskiej kultury. Znajdziemy tutaj wielu od Papcia Chmiela do Michała Rusinka, od Mariusza Szczygła do Wilhelma i Anki Sasnalów, od Zbigniewa Lwa-Starowicza do Łukasza Orbitowskiego. Trudno wymienić wszystkich, z którymi rozmawiała Napiórska. Każdy z przeprowadzonych wywiadów dotyczył jednak tego samego tematu - organizacji pracy, poszukiwania natchnienia i kwestii regularności w twórczości.
Przeczytałam tę książkę prawie jednym tchem. Wciągnęłam się w opowieści ludzi twórczych, ich sposoby na życie, smaczki i szczegóły, które sprawiają, że ich żywot jest trochę inny niż egzystencja ludzi pracujących od 8 do 16, wykonujących mniej lub bardziej kreatywną pracę. Choć nie powinnam uogólniać, bo polskie realia są, jakie są, w związku z czym część artystów musi traktować swoją sztukę jako hobby i oprócz tego tyra na etacie bądź śmieciówce. Czytanie tej książki jednym tchem miało jednak swoją wadę. Po czasie nie zawsze jestem w stanie przyporządkować sposób na życie do konkretnego artysty. A co takiego specyficznego znajdziemy w artystycznym sposobie na przeżycie dnia codziennego? Nic. Bowiem każdy z rozmówców Agaty Napiórskiej miał swój własny sposób na pracę, plan dnia i teorię, która może to uzasadniać. I choć zazdroszczę bohaterom części z tych wywiadów możliwości wstawania o dowolnej porze i pracy w środku nocy, po lekturze jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę z tego jak trudno jest być panem własnego losu. Bo o ile malarze mają to szczęście, że rytm ich dnia wyznacza, tak zwane "dobre światło", o tyle przedstawiciele wszystkich innych dziedzin muszą czasem dysponować samodzielnie. A nie jest to aż takie łatwe, kiedy ma się rodzinę, dzieci, przyjaciół. Kiedy jest się artystą można powiedzieć, że cały dzień się pracuje i cały dzień ma się wolne. Praca twórcza nawiedza bowiem myśli przez cały czas. Jednak czasami trzeba też zająć się jej realizacją, przelać myśli na papier, a to często wymaga skupienia, spokoju, wysłania dzieci do szkoły i partnera do pracy. Kolejną interesującą kwestią jest szukanie inspiracji. Jak pokazują historie bohaterów książki czasami przychodzi ona nagle, a innym razem trzeba godzinami wpatrywać się w pustą kartkę, by pojawił się choć przebłysk pomysłu. A przekucie idei w dzieło też nie dla wszystkich jest przyjemnością.
Cóż mogę powiedzieć po lekturze tej książki? Ciężkie jest życie artysty... A z pewnością nie jest ono sielanką, jaką wyobraża sobie część z nas. "Jak oni pracują?" Agaty Napiórskiej to zbiór ciekawostek o polskich twórcach, które przybliżają ich czytelnikowi, nadają im bardziej ludzki wymiar. Nie mi oceniać, czy odsłonili się oni przed dziennikarką w pełni. Myślę jednak, że jeśli sytuuje się przepytywanych w tej pozycji twórców na piedestale, warto przeczytać tę książkę, by przekonać się, że są ludźmi z krwi i kości i im też czasami "się nie chce".

czwartek, 21 września 2017

O książce mistrzyni, której raz coś się nie udało, czyli "Rok królika" Joanny Bator

J.Bator, "Rok królika", Wydawnictwo Znak, 2016.

Wielu przestrzegało mnie przed najnowszą powieścią Joanny Bator. Czytałam wiele niepochlebnych recenzji i całą masę utyskiwań nad jakością tej książki. Mimo tego musiałam przekonać się sama. I gdyby nie fakt, że zostałam zmuszona do spędzenia ośmiu godzin w pociągu relacji Poznań-Kraków pewnie nigdy nie skończyłabym "Roku królika".
Julia Mrok to autorka romansów historycznych, żyjąca na co dzień z dwoma mężczyznami. Nie stroni od rozkoszy i ponad wszystko pragnie opowieści. Te ostatnie inspirowane są nagłówkami tabloidów i historiami ludzi, którzy pojawiają się w jej życiu. Pewnego dnia Julia, zauważając pewien dysonans w swoim nietypowym związku, postanawia zniknąć. Zmienia tożsamość oraz wygląd i opuszcza Warszawę by trafić do Ząbkowic Śląskich, gdzie melduje się do hotelu, w którym znajduje się tajemnicze spa "pod królikiem". Wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a Julia Mrok musi zmierzyć się nie tylko z niespodziewanym biegiem wydarzeń, ale i z własną przeszłością.
Tyle z intrygującej fabuły. Trzeba przyznać, że jest ona raczej tłem do językowych popisów autorki. A te cieszą oko i wzbudzają podziw przez, mniej więcej, pierwsze sto stron. Potem irytują, nudzą i wydają się wymuszone. Tak jak ciągłe nawiązywanie do nagłówków tabloidów. Owszem - jest to pomysł świeży i intrygujący, ale w przypadku "Roku królika" nazbyt eksploatowany. Przytoczenie kilku nagłówków jest dla wymagającego czytelnika ciekawostką językową, ale po pewnym czasie zaczyna irytować. Gdyby ktoś chciał zgłębiać świat przez pryzmat tego typu "twórczości" czytałby "Fakt" i "Super Express", a nie powieść laureatki nagrody Nike. Poza tym może się wydawać, ze sama autorka się w tej zabawie pogubiła i dała ponieść magii nagłówków, wytaczającej ścieżki głównej bohaterki. To samo tyczy się poszukiwania przez Julię Mrok opowieści i fragmentów jej własnego "dzieła" przedstawianych na karatach powieści. Parodia romansu historycznego - bo zakładam, że miała to być parodia, bawi przez krótką chwilę, ale w książce przytaczane są dłuższe fragmenty owym czytadłem będące i sprawiające, że wprawny czytelnik pragnie wyłupić sobie oczy. Nadmiar jest problemem tej książki - w nadmiarze tajemnic, niedopowiedzeń, przypadków i eksperymentów językowych czytelnik się gubi. Bowiem stosowanie tych ostatnich tak spiętrza znaczenia, że bohaterowie zdają się zanikać pod ich warstwą razem z całą zagadką i grozą, która według założeń powinna się w tej powieści pojawić. Kolejnym problemem "Roku królika" jest podobieństwo do poprzedniego dzieła Bator - "Ciemno, prawie noc". Tutaj też mamy specyficzną bohaterkę zmieniającą swoje życie, tajemnice, niedopowiedzenia i ciekawy język. Tylko w poprzedniej powieści autorka trzymała to wszystko w cuglach. W "Roku królika" się pogubiła i choć nadal jest dla mnie mistrzynią słowa, nie potrafię pogodzić się z zanikiem klarowności fabuły. Kwestią do osobnej analizy jest sama Julia Mrok - bohaterka na wskroś egocentryczna, zaślepiona swą pasją do opowieści i pomijająca znaczenie ludzi w nich opisywanych. Świat to jedynie jej marionetki - muszą grać tak, jak ona im zagra, odgrywać jej powieść, ewentualnie przekształcać ją wciąż na nowo.
"Rok królika" to opowieść o kobiecie, która łaknie historii i chce skonstruować tą własną. Niestety, w nadmiarze znaczeń i smaczków językowych opowieść o Julii Mrok ginie i staje się męczącym chaosem, z którego czytelnik chce się wyrwać. Dlatego też, miłośnicy literatury, nie popełniajcie mojego błędu, trzymajcie się z dala od tej książki, bowiem Bator to mistrzyni, której raz coś się nie udało...

poniedziałek, 18 września 2017

O współczesnym niewolnictwie sankcjonowanym przez religię i prawo, czyli "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie." Mony Eltahawy

M.Eltahawy, "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie", tłumaczenie M.Juszkiewicz, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2016.

To nie będzie zwykła recenzja. Raczej tekst ulepiony z frustracji i bezsilności. Z nieznośnej świadomości, że są miejsca, w których kobiety mają jeszcze gorzej od nas, Polek, i nie mają prawa protestować. I choć przypuszczam, że i nam niedługo się to prawo odbierze, dzisiaj będę pisała o bardziej uciśnionych. Przeczytałam książkę Mony Eltahawy "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie" i mam wielką ochotę się zbuntować.
Ile można zrobić dla władzy? Dla ideologii? Czy zniewolenie połowy społeczeństwa nie jest wysoką ceną? Czy okaleczanie dzieci to za mało? Dlaczego więc nie mówimy nic, kiedy w krajach Bliskiego Wschodu kobiety traktowane są tak jak do niedawna niewolnicy? Nie mają prawa podejmować własnych decyzji, samotnie wychodzić z domu, władać własnym ciałem, a nawet jeździć samochodem. Stają się niewolnikami mężczyzn, prawo szariatu zezwala na znęcanie się nad nimi, a sądy uparcie twierdzą, że słowo kobiety równoważne jest połowie słowa mężczyzny. I wszystko to jest akceptowane przez większość obywateli, ponieważ dyskryminację usankcjonowała religia.
Nigdy nie zrozumiem lęku przed obrażaniem czyiś uczuć religijnych. Szczególnie, że często używa się własnego wyznania do czynienia zła. I nie mówię tu tylko o muzułmanach, ale i katolikach, którzy ograniczają wolność polskich kobiet dla własnych poglądów, których źródeł można dopatrywać się w tekstach liczących sobie tysiące lat. Niestety, muzułmanie zdają się być do swojej religii aż nazbyt przywiązani i większość z nich, nie potrafi podchodzić do niej na chłodno, bez zbędnych emocji. Dlatego też przestałam wierzyć, że piekło zgotowane tamtejszym kobietom uda się łatwo zamienić w raj. Są jednak muzułmanki, które pragną walczyć o siebie. Czasami na małą, a czasami na wielką skalę. Przypomnijmy sobie Arabską Wiosnę. W większości państw, gdzie miała miejsce, na ulice wychodziły także kobiety, które pragnęły walczyć także o swoje prawa. I jak to się skończyło? Nie tylko niewiele zmieniła się sytuacja kobiet w tych krajach, ale także podczas samych protestów stawały się one ofiarami wojska i współprotestujących mężczyzn. W końcu demonstracja to doskonały sposób na podszczypywanie, dotykanie i molestowanie kobiet, którym wydaje się, że mają prawo wyrażać własne zdanie i pojawiać się na ulicy. Dręczenie i molestowanie seksualne to codzienność kobiet na Bliskim Wschodzie. A najgorsza jest stojąca za tym hipokryzja. Bowiem ci, którzy zmuszają te kobiety do okrywania się od stóp do głów, twierdząc, że wodzą mężczyzn na pokuszenie, nie potrafią powstrzymać się przed dotykaniem, nawet kiedy kobiety są zakryte. Tutaj objawia się kolejny element życia kobiet na Bliskim Wschodzie, który zatrważa mnie do głębi. Otóż, dziewictwo córki jest tutaj sprawą honorową, dobrem rodzinnym, cenniejszym niż złoto. To zaprzecza ludzkiej wolności. Każdy, polityk, kapłan czy rodzić, który uzurpuje sobie prawo do decydowaniu o życiu seksualnym kobiet odbiera im człowieczeństwo i jednocześnie ustanawia siebie uzurpatorem ludzkiej wolności. Właśnie takimi handlarzami niewolników otoczone są tamtejsze kobiety. Należą do nich ich bliscy, rodziny, również inne kobiety, które same przeżyły horror obrzezania i zniewolenia i dla wpojonego im do głów honoru i religii są zdolne do zrobienia tego samego własnym córkom. Mona Eltahawy opowiada w swojej książce o wszystkich tych społecznych patologiach. Dodaje jednak wątki osobiste. Opisuje to, jak ona, nie rezygnując z bycia muzułmanką, walczyła z samą sobą by zdjąć z głowy chustę i nie obawiać się wyjść bez niej na ulicę. Mówi, ile razy stałą się ofiarą przemocy seksualnej tylko dlatego, że jest kobietą i wychodzi do miasta bez towarzystwa mężczyzny. Przyznała, że religijni muzułmanie nie powstrzymują się od molestowania kobiet nawet podczas pielgrzymki do Mekki. Opowiada o szeregu własnych tragedii i latach walki o to, by być feministką i muzułmanką jednocześnie. I choć większości z nas wydaje się to sprzecznością, okazuje się, że można to pogodzić, a Eltahawy jest tego sztandarowym, acz nie jedynym przykładem.
Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ nienawidzę niewolnictwa. Ponieważ chciałabym, aby ktoś wreszcie przestał zasłaniać się uczuciami religijnymi i kulturą podczas rozmowy na temat sytuacji kobiet na Bliskim Wschodzie. Ponieważ dzięki książce Eltahwy wiem więcej o tym, jak wygląda życie kobiety w państwie wyznaniowym (nie tylko islamskim) i chciałabym, aby tę przestrogę wzięli sobie do serca ci, przyklaskujący najbardziej patriarchalnym i szowinistycznym przedstawicielom władzy i kleru w Polsce, na których polecenia "dobra zmiana" zmienia życie polskich kobiet na gorsze.

czwartek, 14 września 2017

O zbrodni w medialnym bagnie, czyli "Prime time" Lizy Marklund

L.Marklund, "Prime time", tłumaczenie E.Frątcak-Nowotny, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Liza Marklund jest poczytną autorką skandynawskich kryminałów. Sama mam jednak do jej książek stosunek ambiwalentny. Owszem, czytam je, dzielnie wypożyczam z biblioteki kolejne części cyklu o Annice Bengtzon i pewnie będę to robić nadal, ale za każdym razem boję się rozczarowania. Ponieważ jedna z powieści Marklund już mnie zawiodła. Na szczęście, tym razem było inaczej i "Prime time" naprawdę mnie wciągnęło.
"Prime time" to trzeci tom opowieści o sztokholmskiej dziennikarce Annice Bengtzon. Tym razem zbiera ona informacje o morderstwie prezenterki telewizyjnej. W zamku na odludziu nagrywano program dla jednego z kanałów. Po zakończeniu nagrań część ich uczestników postanowiła razem świętować Noc Świętojańską, nie żałując sobie przy tym alkoholu. Impreza skończyła się, gdy nad ranem w wozie transmisyjnym uczestnicy zabawy odnajdują zwłoki. Czy zabił ktoś z nich? Czy komuś udało się zakraść na posesję? I czy idealny wizerunek gwizdy telewizyjnej Michelle Carlsson miał coś wspólnego z rzeczywistością?
Świat telewizji to cukierkowa wizja, którą serwują nam media. Prawda bywa jej odwrotnością. Kapryśnych gwiazd nienawidzą całe ekipy, a uśmiechnięte prezenterki poza planem płaczą w poduszkę. Wszystko to podszyte jest walką o bycie na wizji. W takim środowisku każdy ma motyw. Do tego umieszczenie miejsca akcji na odludziu ogranicza ilość podejrzanych. "Prime time" to klasyczny kryminał, w którym winnym może być każdy. Dlatego też trudno znaleźć mordercę. To, że śledczych zastępuje dziennikarka, tylko podkręca tempo. Nie patrzymy bowiem na świat mediów okiem kogoś z zewnątrz, ale kobiety, która zna to środowisko od podszewki. Annikę Bengtzon nie łatwo jednak omamić - dzięki przyjaciółce pracującej podczas nagrania dowiaduje się ona wiele o relacjach między poszczególnymi uczestnikami feralnej zabawy. Niestety, bliska osoba wśród podejrzanych nie ułatwia jej zachowania obiektywizmu. Tak samo jak fakt, że na tej liście znajdują się także pracownicy jej gazety, w tym felietonistka, której głównym hobby było pisanie złośliwych komentarzy pod adresem Michelle Carlsson. "Prime time" to dobrze skonstruowana intryga o morderstwie w świecie mediów, ale nie tylko. To także opowieść o samej Annice Bengtzon walczącej o własną wolność i feministyczne wartości. Kobieta ta wróciła niedawno z urlopu macierzyńskiego, próbuje na nowo odnaleźć się w pracy po latach poświęconych wyłącznie dzieciom. W tym czasie jej mąż spełniał wyłącznie swoje ambicje i nie zauważał, jak wiele poświęca jego żona. Po jej powrocie do pracy, kiedy mężczyzna ma się zająć swoimi pociechami przez jeden weekend, nie dość, że sobie nie radzi, robi karczemne awantury i wywołuje u Anniki niepotrzebne wyrzuty sumienia. Ten rodzaj szowinistycznej manipulacji, z którą kobieta musi sobie radzić na co dzień jest przerażający. Warto wspomnieć o jeszcze jednym wątku tej książki. Marklund, jak zawsze w swoim cyklu, opisuje także pracę gazety codziennej. Tym razem i tam wiele się dzieje. Kobieta zostaje wciągnięta w wewnętrzne konflikty o władzę. W ich obliczu nasuwa się pytanie: czy redaktorem naczelnym powinien być ten, który tworzy gazetę, czy ten, kto sygnuje ją swoim nazwiskiem i nie wie nic o pracy redakcji i jej pracownikach. 
"Prime time" to pojemna powieść, która zawiera zarówno ciekawe opisy medialnych przepychanek jak i zagadkę śmierci osoby z pierwszych stron gazet. I choć akcja czasami snuje się zamiast wartko posuwać się do przodu, warto wziąć tę pozycję Marklund pod uwagę w trakcie poszukiwań lekkiej, tramwajowej lektury.

czwartek, 7 września 2017

O zagadce śmierci, która nie powinna mieć miejsca, czyli "Wampir" Wojciecha Chmielarza

W.Chmielarz, "Wampir", Wydawnictwo Czarne, 2015.

Kryminały Wojciecha Chmielarza polecili mi znajomi. I choć w większości mam duży dystans do książek zachwalanych przez innych, postanowiłam dać szansę temu autorowi. Skusił mnie również tytuł. "Wampir" w końcu niezbyt pasuje do kryminału. Nie bójcie się jednak, Chmielarz nie oferuje swoim czytelnikom nic nadprzyrodzonego. Wręcz przeciwnie - "Wampir" to ciekawa i przemyślana opowieść kryminalna.
"Wampir" to pierwsza część cyklu gliwickiego Wojciecha Chmielarza. Pewnej nocy z dachu budynku skacze dwudziestoletni Mateusz. Prokuratura stwierdza, że to samobójstwo, jednak matka chłopaka nie chce w to uwierzyć. Twierdzi, że chłopak miał plany i marzenia, nie myślał o śmierci. Wynajmuje więc detektywa - Dawida Wolskiego. Kobieta nie wie, że trafiła na kłamcę, lenia i obiboka, który staje się jej jedyną nadzieją na rozwiązanie zagadki śmierci syna. Skok Mateusza udaje się poddać w wątpliwość już po pierwszych oględzinach. Jednak skoro to nie było samobójstwo, kto zabił tego chłopaka i jak do tego doszło? I czy ma to coś wspólnego z zaginięciem dziewczyny sprzed paru miesięcy?
Chmielarzowi udało się stworzyć jednego z najbardziej antypatycznych bohaterów opowieści kryminalnej. Dawid Wolski jest detektywem z przypadku. Nie udało mu się ukończyć studiów prawniczych, cały czas rozpamiętuje dawną miłość, pali nie tylko papierosy, pije i olewa swoją pracę. Jego najlepszym numerem jest zarabianie na śledzeniu żony mężczyzny, który podejrzewa ją o zdradę i nie ma pojęcia, że małżonka sypia z wynajętym detektywem. Można się po nim spodziewać jedynie pójścia po najmniejszej linii oporu i wyciągania kasy od nieświadomych klientów. Dlatego też nikogo nie dziwi jego początkowy brak zaangażowania. Do pracy zmusza go jedynie upór matki ofiary i świadomość, że jeśli zaniedba to zlecenie, ojciec przestanie mu załatwiać kolejne wśród swoich znajomych. Jednak im bardziej detektyw zagłębia się w życia chłopka, im więcej się o nim dowiaduje, tym bardziej przekonany jest, że jego matka nic o nim nie wie. Bowiem chłopak skrywał wiele tajemnic, a jego relacje z ludźmi były dość specyficzne. Ponadto wszyscy rówieśnicy zdają się coś ukrywać. Ciekawe w tej historii jest nie tylko wymuszone śledztwo, ale i sam obraz gliwickiej młodzieży - ludzi, którzy nie za bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić, dokąd pójść, czego szukać. Przypuszczam, że z takimi dylematami muszą zmierzyć się wszyscy współcześni dwudziestolatkowie. Przed nimi nie roztacza się już wizja dobrej, doskonale płatnej pracy zaraz po studiach. Mogą żyć albo według wizji rodziców, zapewniających im wszystko, czego zapragną, nie odnajdując siebie, albo próbować odnaleźć swoją ścieżkę wbrew wszystkiemu. Tylko na to niewielu jest gotowych. Ta przerażająca bezideowość występująca na kartkach książki i odznaczająca się w osobowości każdego młodego człowieka pojawiającego się w powieści wiele świadczy o problemach pokolenia, które nie ma już o co walczyć. Warto też wspomnieć o pokoleniowym niezrozumieniu. Ci, którzy zdobyli wszystko w czasach transformacji nie są zdolni do zrozumienia swoich dzieci, których świat naznaczony jest dostępnością wszystkiego za określoną cenę, ale pozbawiony jakiejkolwiek nadziei.
Trzeba przyznać, że Chmielarz starał się napisać powieść na miarę dzisiejszych czasów. W tej dość oszczędnej językowo, acz dobrze napisanej powieści pojawia się wątek w większości opisywany przez grupę na portalu społecznościowym. Może nie jest to największa innowacja we współczesnej powieści, jednak ten rodzaj zapisu podkreśla to, jak ważne dla niektórych są tego rodzaju media i w jakim stopniu zastąpiły nam one normalne życie.
"Wampir" to opowieść od brudnych interesach, dziwnych związkach i relacjach wymykających się z ogólnie przyjętych norm. Przede wszystkim jednak to opowieść o braku porozumienia, który prowadzi do mniejszych i większych ludzkich tragedii. Jakich? Tego dowiecie się czytając powieść Chmielarza, a zapewniam, że naprawdę warto.

niedziela, 3 września 2017

Opowieść o człowieku, który mieszkał na końcu świata, czyli "Zostawić Islandię" Huberta Klimko-Dobrzanieckiego

H.Klimnko-Dobrzaniecki, "Zostawić Islandię", Oficyna Wydawnicza Noir sur Blanc, 2016.

Co wiemy o Islandii? Tyle, że jest to wyspa na końcu świata, pełna gejzerów i wulkanów, które zatrzymują od czasu do czasu ruch lotniczy. Mieszka tam niewielu ludzi i jest tak zimno, że to właśnie ten kraj był scenografią do scen za Murem w "Grze o tron". Ludzie bardziej zainteresowani tym krajem potrafią jeszcze dodać, że stamtąd pochodzi Björk, Sigur Ros i autor kryminałów Arnaldur Indriðason. Pasjonaci ciekawostek pewnie dodadzą co nieco o charakterystycznych dla Islandii nazwiskach patronimicznych. Wymieniając te wszystkie zjawiska chcę zaznaczyć, że o tym kraju wiemy niezwykle mało zarówno ze względu na jego położenie jak i niewielką liczbę ludności, mogącej o swojej ojczyźnie opowiedzieć. Dlatego też warto spojrzeć na Islandię oczami, człowieka, który spędził tam wiele lat i postanowił to miejsce opuścić. Mowa o Hubercie Klimko-Dobrzanieckim, autorze książki "Zostawić Islandię".
Któż z nas chciałby mieszkać na Islandii? Klimko-Dobrzaniecki marzył o tym od wczesnej młodości. W końcu, po wielu perypetiach mu się udało. Imał się tam wielu zajęć, między innymi studiował i pracował jako pielęgniarz. Poznał ten kraj na wskroś, wraz z językiem i obyczajami. Być może nigdy do końca nie zrozumiał Islandczyków, ale na pewno wie o nich więcej od nas. W swojej książce żegna się z tym krajem. Opowiada o ostatnich miesiącach, snuje wspomnienia z nietypowych miejsc i przywołuje historie z nimi związane. Nie żałuje czytelnikom opowieści o trudnych początkach i anegdot z życia w obcym kraju. Przede wszystkim jednak stara się ująć w słowa swoją kiełkującą tęsknotę za miejscem, w którym starał się stworzyć własny dom i swoją historię.
Któż z nas chciałby mieszkać na Islandii? Ja nie miałabym nic przeciwko, choć wiem, że to mało realne. Nie wiem, czy opowiada się za tym skandynawska część mojej duszy, którą sobie implikowałam (niestety, wstępne badania moich korzeni wskazują, że jeśli jestem jakimś cudem Skandynawką to jedynie w nikłym promilu sprzed setek lat, objawiającym się w mojej wrodzonej niechęci do upałów), czy fakt, że w Poznaniu mieliśmy do niedawna powyżej 20 stopni, co dla mnie równe jest pięćdziesięciostopniowym upałom. Google twierdzi, że na Islandii temperatura spadła już poniżej 15 stopni, czyli w sam raz dla mnie. Jednak nie o swoich upodobaniach względem pogody miałam mówić, ale o powieści Klimko-Dobrzanieckiego. "Zostawić Islandię" przyswajałam w formie audiobooka i już wtedy wydawało mi się, że ów audiobook jest nadzwyczaj krótki. Miałam rację - okazuje się, że książka ma około 120 stron. Autor wykorzystał je jednak w pełni. Opowiada on o Islandii przez pryzmat własnej historii i licznych starań, by w ogóle dostać się na wyspę. Nie żałuje czytelnikom dygresji i właśnie z tego względu można się w tej opowieści trochę pogubić. Klimko-Dobrzaniecki jest doskonałym gawędziarzem, jego historii słucha się z czystą przyjemnością. Przyznam jednak, że nie wiem, czy takie samo podejście miałabym do papierowej wersji tej książki. Jest bowiem różnica pomiędzy gawędą a tekstem pisanym. Od tego drugiego wymaga się znacznie więcej. I choć język, jakim pisze autor jest niezwykle barwny, nie można spodziewać się po tym tekście nadmiaru natchnionych metafor. W "Zostawić Islandię" brakuje też samej Islandii. Wszystkie powieści Klimko-Dobrzanieckiego, jakie czytałam do tej pory były o nim samym. Z tą jest tak samo. Islandia oddaje pole osobowości autora, jego przeżyciom, dywagacjom, emocjom i typowo polskim skojarzeniom. I choć pisarz zdaje się mieć czarującą osobowość, sam tytuł zdaje nam się sugerować coś innego, przez co czytelnik łaknie Islandii, a zamiast na niej jest głównie w głowie autora, we wspomnieniach autora, w przeżyciach autora... Wyspa znika gdzieś pod Klimko-Dobrzanieckim i trudno ją odgrzebać z nadmiaru wspomnieć. Te, choć niezwykle interesujące, także zdają się być wyrywkowe, bo choć pisarz spędził na Islandii wiele lat, czytelnikom daje właściwie początek i koniec, większość pobytu ujmując w kilku zdawkowych zdaniach. A ja za ten środek, tę islandzką rutynę dałabym wiele.
"Zostawić Islandię" Klimko-Dobrzanieckiego to ciekawa gawęda o człowieku żyjącym w kraju, którego nie znamy. I choć ma ona swoje wady da się tego człowieka polubić i na pewno warto go posłuchać. Albo przeczytać. Ja z pewnością nie żałuję oddania mu czterech godzin swojego życia.

niedziela, 27 sierpnia 2017

O nienawiści zrodzonej z błędu, czyli "Trzydziesta pierwsza" Katarzyny Puzyńskiej

K.Puzyńska, "Trzydziesta pierwsza, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2017.
Czy są jeszcze tacy, którzy nie słyszeli o Katarzynie Puzyńskiej? Przypuszczam, że w środowisku miłośników literatury ze świecą szukać kogoś, kto o niej nie słyszał. Pierwszy raz o tej pisarce czytałam w 2015 roku na portalu NaTemat, gdzie twierdzono, że zostanie gwiazdą. Nie uwierzyłam. W mojej głowie nie mieściło się, że można stworzyć kilka części opowieści kryminalnej, której akcja ma miejsce na polskiej wsi. Potem przesłuchałam wszystkie powieści Camilli Lackberg i stwierdziłam, że małe miejscowości mają potencjał. Dlatego też dałam szansę Puzyńskiej. Niedawno przeczytałam trzeci tom jej cyklu - "Trzydziesta pierwsza".
Zbliżają się święta. W Lipowie nie jest to jednak czas pozbawiony trosk. Z więzienia ma wyjść podpalacz i morderca, winny śmierci czterech osób, w tym trzech lokalnych policjantów. Historia ta od lat elektryzuje całą wieś i wszystko wskazuje na to, że może dojść do linczu. Policja z Lipowa nie ma najmniejszej ochoty na ochronę byłego więźnia - na komendzie pracują rodziny zmarłych w pożarze policjantów. Ponadto do wioski przyjeżdżają tajemniczy Szwedzi, którzy grożą jednemu z mieszkańców, który przypadkowo jest bratem mordercy. Sensacją staje się także pojawienie się znanego naukowca, mającego za cel zbadanie osady, w której wiele lat wcześniej miała swoją siedzibę sekta.
Do kryminałów Puzyńskiej wróciłam po dłuższej przerwie. "Motylka" i "Więcej czerwieni" znam z audiobooków. Pozostałe części nie były wtedy jeszcze dostępne w wersji audio, choć przed chwilą sprawdzałam i okazało się, że "Trzydziestą pierwszą" już nagrali. Wcześniej udało mi się jednak upolować tę książkę w bibliotece i dałam się wciągnąć w perypetie policjantów z Lipowa. Co jest takiego pociągającego w tych małomiasteczkowych kryminałach? Trudno powiedzieć. Chciałabym stwierdzić, że to, iż zbrodnia nie jest wyłącznym udziałem wielkich miast, ale kiedy czytałam inny kryminał, którego akcja miała miejsce dziesięć kilometrów od mojego domu, nie wydawało mi się to aż takie fascynujące. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się teoria, że Lipowo to taki polski mikrokosmos. Mieszkający w nim ludzie nie są ani lepsi, ani bardziej fascynujący od nas, większość nie potrafi pilnować własnego nosa, a ich troski są dostępne przeciętnemu człowiekowi. Książki Puzyńskiej są po prostu swojskie, jednak do tej specyficznej swojskości dodają element atrakcyjny - tajemnice, historie sprzed lat, zbrodnie, chęć zemsty. Dzięki temu zwyczajność wydaje się być nadzwyczaj interesująca. Skupmy się jednak na "Trzydziestej pierwszej". To dobrze napisany kryminał, który potrafi wciągnąć. Ma, co prawda, pewne elementy, który irytują moją literackie oko, ale nie jest to coś, czego nie da się przetrwać. Mam na myśli nieustanne przedstawianie bohaterów w stylu "młodszy aspirant Daniel Podgórski" - w wersji audio było to bardzo pomocne, jednak na papierze wydaje się zbędne. Wystarczyłoby imię lub nazwisko. Nie jest to jednak zabieg, który pogrąża całą książkę. "Trzydziesta pierwsza" jest bowiem interesującą opowieścią o zemście, błędach, karze, winie i konsekwencjach cudzych czynów. Trudno przeanalizować wątki fabularne bez zdradzania zbyt wielu tajemnic. Wspomnę jednak o skomplikowanych relacjach rodzinnych i nienawiści, z którą trudno jest żyć. Potrafi ona doprowadzić do podejmowania decyzji niszczących życie wielu niewinnych ludzi i to czasami przy użyciu środków prawnych. Ma ją w sobie każdy z bohaterów. Jedni żywią ją do mordercy ojca czy męża, czy żony, inni do tych, którzy sprawili, że ich życie znacznie odbiegało od normy. Trzeba bowiem pamiętać, że często w poczet ofiar należy zaliczyć również rodzinę przestępcy - ludzi narażonych na ostracyzm społeczny i konieczność życia ze świadomością, że coś w ich otoczeniu mogło sprawić, że ich bliscy zeszli na ścieżkę zbrodni. Dlaczego postrzegamy ludzi przez pryzmat cudzych win, a nie ich własnych uczynków? Drugim ważnym wątkiem jest wpływ przeszłości na nas samych - strata może wzbudzać w nas złość, frustrację lub rozpacz. Każda żałoba musi jednak zostać przepracowana, inaczej nigdy nie uda się wrócić do normalnego życia. Widać to doskonale po zachowaniu niektórych bohaterów książki. Pozwolę sobie wspomnieć o nowej bohaterce cyklu - policjantce Emilii Strzałkowskiej. Choć z początku jej postać wydawała mi się interesująca głównie ze względu na jej dziwne relacje z synem, któremu daje za dużo wolności, jednocześnie nieustannie go okłamując. Potem jednak okazuje się, że jej pojawienie się w Lipowie może wiele namieszać. W kontekście całego cyklu warto napomknąć o tym jak wiele dobrego dał tej części brak postaci partnerki aspiranta Podgórskiego - Weroniki Nowakowskiej. Ta niedopasowana do wiejskiej rzeczywistości kobieta zazwyczaj niezwykle mnie irytowała - bez niej książkę czytało się z dużo większą przyjemnością.
"Trzydziesta pierwsza" Katarzyny Puzyńskiej to emocjonujący kryminał, który z pewnością trafi w gusta miłośników cyklu o policjantach z Lipowa. Jeśli jednak nie mieliście wcześniej do czynienia ze swojskimi kryminałami tej autorki - zacznijcie od "Motylka", bowiem lipowskie opowieści najlepiej poznawać od początku. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Impresje dla ludzi o specyficznej wrażliwości, czyli "Morderstwo w ciemności" Margaret Atwood

M.Atwood, "Morderstwo w ciemności", tłumaczenie A. Żurkowska-Madziarska, Wydawnictwo Bellona 2009.

Margaret Atwood dołączyła niedawno do grona moich ulubionych pisarek. Zarówno trylogia "MaddAddam" jak i "Opowieść podręcznej" wstrząsnęły mną do głębi. Dlatego też dałam szansę opowiadaniom tej autorki zatytułowanym "Morderstwo w ciemności". Po ich przeczytaniu stwierdzam, że dobrym pisarzom też zdarza się mnie rozczarować, choć niekoniecznie z własnej winy. 
Opowiadania zawarte w tym zbiorze poruszają wiele różnorodnych tematów, od dzieciństwa po przemijanie, od miłości do tęsknoty. Teksty te są różnego rodzaju migawkami z życia, strzępkami rzeczywistości, wspomnieniami - drobnostkami przebijającymi się przez prozę codzienności opisanymi i ujętymi w ramy opowiadania, z którego zdają się wymykać.
O ile opis brzmi całkiem ciekawie, całość mnie rozczarowała. Właściwie to, co ujęłam w tych krótkich zdaniach to wszystko, co jestem w stanie powiedzieć na temat tego zbioru. Nie zrozumcie mnie źle, nie mogę zarzucić autorce braku kunsztu pisarskiego. W kwestii formalnej te teksty to majstersztyki. Ale zdają się przelatywać mi przez palce, przez głowę, nie zatrzymują się tam nawet na tak długo, bym potrafiła się do nich odnieść. Przeczytanie tych miniatur nie zajęło mi wiele czasu, ale liczyłam na to, że coś mi po nich zostanie. Choćby kobieca delikatność w okalaniu rzeczy słowem lub absurd opisywanych zdarzeń. Wiem, że te elementy można odnaleźć w słowach Atwood, ale nie jestem zdolna ich przywołać. Być może to jedne z tych tekstów, do których trzeba wracać wielokrotnie, by w pełni je pojąć. Te specyficzne impresje, często niezrozumiałe, zbyt niejasne, by dowiedzieć się o czym opowiadają, nie trafiają w mój gust. Mają w sobie coś z ulotności poezji, a ja nie mam ani krztyny poetyckiej wrażliwości. Dlatego po części zazdroszczę tym, którym uda się przywiązać do tych tekstów. Było tam jednak coś, co nawet mi udało wychwycić - relacje międzyludzkie, kwintesencja damsko-męskiej niejednoznaczności i smutek czy niedowierzanie, kiedy wszystko się kończy. Nasza naiwność w twierdzeniu, że między kobietą a mężczyzną zawsze wszystko będzie takie samo, nie osłabnie ani ogień, ani zaangażowanie, jest śmieszna. Jednak w impresjach Atwood możemy doświadczyć każdego z tych miłosnych etapów w ich esencji. I to jest właśnie w nich piękne.
Napisałam, ze jestem rozczarowana opowiadaniami Atwood i zdania nie zmienię. Jednak śmiem przypuszczać, że większość tego rozczarowania zrodziła się z moich oczekiwań. Pożądałam dosadnych tekstów, takich jak powieści tej autorki, które czytałam do tej pory. Dostałam coś innego. Na pewno było coś, co nie odpowiadało mojej wrażliwości. O tym, czy odpowiada Waszej zdecydujcie sami.

piątek, 18 sierpnia 2017

Kryminał z historią w tle, czyli "Tylko umarli wiedzą" Ryszarda Ćwirleja

R.Ćwirlej, "Tylko umarli wiedzą", Wydawnictwo Czwarta Strona, 2017.

Każdy z nas ma swój ulubiony rodzaj kryminału. Współczesne, noir, polskie, prawnicze, skandynawskie, retro... Jestem wierną wyznawczynią zbrodni opisywanej przez Skandynawów, ale powoli daję też szansę innym rodzajom kryminalnych historii. Ostatnio, na przykład, dzięki powieści Ryszarda Ćwirleja "Tylko umarli wiedzą" przekonałam się do kryminałów retro.
Lata 30-te ubiegłego wieku. W Europie trwa kryzys, a w Niemczech zbliżają się wybory to Reichstagu, w których o władze walczy między innymi kierowane przez Adolfa Hitlera NSDAP. Tymczasem w niemieckim wówczas Schendeidmühl (nam znanym jako Piła) dochodzi do morderstwa reprezentanta partii komunistycznej. Ludzie, w większości emocjonalnie zaangażowani w politykę, zaczynają się burzyć. Szczególnie, że w mieście ma się wkrótce pojawić sam Führer i trzeba zapewnić mu bezpieczeństwo. W międzyczasie pracujący w pilskiej policji kapitan Carl Aschmutat planuje spędzić trochę czasu ze swoim dawnym kompanem z frontu, policjantem z Poznania Antonim Fisherem. Ten nie pojawił się tam jednak po by wspominać stare czasy czy pomagać w śledztwie, ale po to, by zrealizować misję na specjalne polecenie polskiego wywiadu. Książka jest drugim tomem przygód Antoniego Fishera.
Zaczynanie cyklów od środka to moja specjalność, choć coraz częściej staram się tego nie robić. Tym razem się nie udało. Usprawiedliwię się tym, że latem wydawnictwo Czwarta Strona robi cudowne wyprzedaże książek pod swoją siedzibą, a to miejsce znajduje się niepokojąco blisko redakcji, w której pracuję. Zazwyczaj, kiedy dowiaduje się, że ustawiono stoisko, biegnę tam tuż po szesnastej i kupuję, co się da. Tak też w moje ręce wpadła powieść "Tylko umarli wiedzą" Ryszarda Ćwirleja. Na początku miałam wątpliwości - na słowa: wojna, Hitler czy naziści reaguję wręcz alergicznie. Polityczne spory z przeszłości też nie za bardzo mnie interesują. Wiem, że na podstawie historii możemy wiele nauczyć się o mechanizmach rządzących światem, ale mam wrażenie, że nawet współczesna polityka angażuje mnie za bardzo. Dałam jednak Ćwirlejowi szansę i nie żałuję. Jego powieść jest spójna, dobrze skonstruowana i politycznie obiektywna. O mechanizmach historycznych zdarza się opowiadać mimowolnie. Najważniejsze jest śledztwo. A w kryminale retro oparte jest ono na zupełnie innych schematach niż w książkach opowiadających o współczesnej policji. W latach trzydziestych nie było większości narzędzi ułatwiających pracę dzisiejszym śledczym. A mimo to zagadkę można rozwiązać. Choć tutaj ważniejszy od polegania na szkiełku i oku wydaje się instynkt, ponieważ śledztwo oparte jest przede wszystkim na zeznaniach i rekcjach świadków. To ciekawe z psychologicznego punktu widzenia. Interesujące w książce Ćwirleja jest, między innymi, zaprezentowanie czytelnikom motywów osób opowiadających o zbrodni. Dzięki temu dowiadujemy się, dlaczego kobieta podaje fałszywy rysopis sprawcy oraz dlaczego niektórzy pozornie niewinni ludzie zaczynają bać się śmierci. Wątek misji Fishera jest ciekawy szczególnie ze względu na retrospekcje. Autor trochę fantazjuje w nim na temat samego Adolfa Hitlera. I dobrze, bo dzięki temu pokazuje, że ktoś, kto jest dla nas postrachem z kart historii mógł być kiedyś normalnym człowiekiem i dopiero czas lub okoliczności sprawiły, że stał się jednym z największych zbrodniarzy świata. Nie mam zamiaru usprawiedliwiać w ten sposób Hitlera, raczej zwrócić uwagę na to, że ludzki charakter w większości tworzony jest przez społeczeństwo i warto o tym pamiętać także dziś, kiedy po naszych ulicach chodzi stanowczo zbyt wielu ludzi nienawidzących innych bez powodu. Niezwykle współczesna wydaje mi się także opowieść o rozgrywkach partyjnych. W książce pojawiają się bowiem bohaterowie, którzy są gotowi oddać życie za swoją ideologię, która racjonalnemu człowiekowi wydaje się wynaturzona i chora. I nie chodzi tu tylko o reprezentantów NSDAP, ale i komunistów. O dziwo, mam wrażenie, że z takimi ekstremami spotykamy się i dziś. I nie mówię tu jedynie o dżihadystach, ale i reprezentantach jedynej i słusznej partii, którzy opluwają własną rodzinę, kiedy ta udowadnia im, że niezależne sądownictwo jest jednak w kraju potrzebne. 
Kiedy pisałam o tym, że nie lubię historii, mówiłam szczerze. Lubię jednak kryminały. Dlatego cieszę się, że za pomocą tego rodzaju książki mogłam zgłębić pewne wątki, odnoszące się do teraźniejszości, których nie analizowałabym w innym wypadku. Do tego czytając powieść Ćwirleja bawiłam się całkiem dobrze. Trzeba więc stwierdzić, że była to lektura na wskroś pożyteczna. Może nie należała do najbardziej fascynujących w moim życiu, ale z pewnością warto do niej zajrzeć. Na potwierdzenie dodam, że już kupiłam pierwszy tom przygód Fishera.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

O szaleństwie ojcostwa, czyli "Wszystkie dzieci Louisa" Kamila Bałuka

K.Bałuk, "Wszystkie dzieci Louisa", Wydawnictwo Dowody na Istnienie, 2017.

Rodzicielstwo to wielka odpowiedzialność. Tak samo jak dawanie ludziom możliwości posiadania dzieci. Niestety, często rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, jak ich wybory mogą później wpływać na ich potomków. Kilka lat temu Holandię obiegła informacja o tym, że w wyniku zapłodnienia nasieniem z banku spermy jeden mężczyzna został ojcem dwusetki dzieci. Właśnie o tej sprawie opowiada reportaż "Wszystkie dzieci Louisa" Kamila Bałuka.
"Wszystkie dzieci Louisa" to książka o półsiostrach i póbraciach, ludziach, którzy w pewnym momencie życia dowiedzieli się, że ich ojcem jest anonimowy dawca i postanowili odnaleźć własne korzenie. Oprócz ojca, człowieka nader specyficznego, odnajdywali także coraz liczniejsze rodzeństwo, walcząc z systemem prawnym, który nie wykształcił odpowiednich rozwiązań gwarantujących im znajomość danych rodzica, a nawet gwarancji, że ten sam człowiek nie będzie mógł spłodzić setek potomków. W sprawę wmieszany jest także lekarz, właściciel kliniki w Barendrechcie, który w imię własnej, nie do końca określonej misji nie tylko łamie przepisy przyjmując dawców, ale i kłamie kontaktując się z ludźmi szukającymi swoich korzeni.
Trudno mi pisać o "Wszystkich dzieciach Louisa", ponieważ temat jest dla mnie dość kontrowersyjny i podchodzę do niego bardzo emocjonalnie. Po prostu uważam, że cokolwiek by się nie działo dziecko ma prawo do wiedzy o tym, kim jest jego ojciec, a każdy kto spłodził potomka ma obowiązek łożyć na jego utrzymanie. Sama instytucja banku nasienia w większości przypadków temu zaprzecza. Dlatego trudno było mi zrozumieć zarówno matki decydujące się na samotne macierzyństwo z własnej woli jak i dawców, którzy chcieli bez konsekwencji przedłużyć egzystencję swojego DNA. Książka Bałuka porusza naprawdę wiele istotnych tematów. Trudno powiedzieć, który jest najważniejszy. Zacznijmy od ułomności prawa - przez wiele lat w Holandii nie istniały przepisy regulujące to, kto może zostać dawcą nasienia, do zapłodnienia jakiej ilość kobiet można wykorzystać materiał pochodzący od jednego dawcy i czy dziecko po osiągnięciu określonego wieku może otrzymać dostęp do danych biologicznego ojca. Choć w Holandii już się to zmieniło, polskie prawo nie posiada dostatecznych regulacji. I właśnie z tych przepisów zrodziły się problemy bohaterów reportażu. Nie tylko mają oni dziesiątki półrodzeństwa, ale także ojca, który nigdy nie powinien zostać dawcą. Bowiem Louis cierpi na zespół Aspergera i w związku z tym traktuje swoje dzieci jak specyficzny rodzaj kolekcji. Wypatruje w nich swoich własnych cech fizycznych i stara się ich porównać do przodków. Mimo, że chętnie ich poznaje, nie potrafi nawiązać z nimi żadnej więzi emocjonalnej. Największymi ofiarami tego wszystkiego są jednak dzieci, dziś już w większości dorosłe. Złośliwi powiedzą, że gdyby nie decyzje ich matek i nasienie Lousia nigdy nie przyszłyby na świat. Owszem, jednak gdyby ktoś pomyślał o ich losie, przez całe życie nie musiałyby się zmagać z piętnem niepewności własnego pochodzenia i genami odziedziczonymi po obciążonym chorobą Louisie. Ominąłby ich koszmar poszukiwań, miesiące niepewności i liczne zaskoczenia, kiedy to okazywało się, że mają kolejnego półbrata lub półsiostrę. To nie jest normalne życie. Każdy, kto zdecyduje się przeczytać ten reportaż będzie mógł poznać trudną drogę dzieci Louisa, które chwytały się brzytwy tylko po to, by dowiedzieć się, kim są. Ich zmagania są o tyle smutne, że w większości kończą się rozczarowaniem. Bałuk nie pisze jednak wyłącznie o dzieciach Lousia. Wiele stron poświęca działaniu podejrzanej kliniki w Barendrechcie i jej dyrektora - lekarza łamiącego wszystkie przepisy w imię własnej misji. Czy naprawdę można pozwolić na zajmowanie się najdelikatniejszą ze sfer ludzkiego życia człowiekowi, który nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów? Przede wszystkim należy jednak wspomnieć, że "Wszystkie dzieci Louisa" to perfekcyjnie napisany reportaż, opierający się na rzetelnych źródłach i dziennikarskim śledztwie. Uwzględnia on zdania każdej ze stron i pokazuje świat takim, jakim niekoniecznie chcemy go widzieć.
Nie opowiedziałam tutaj całej książki Kamila Bałuka. Zarysowałam jedynie kilka wątków bulwersującej mnie sprawy. Ten reportaż, choć mówi o Holandii, jest potrzebny nam, Polakom. Ponieważ nasze prawo jest niewystarczające, tak jak holenderskie kilkanaście lat temu, a matek i rodzin, które chciałyby mieć dziecko bez względu na ewentualne konsekwencje jest coraz więcej. Warto zapoznać się z tą książką i pomyśleć o tych, którzy w aż nazbyt konserwatywnym polskim społeczeństwie będą musieli zmagać się z piętnem dziecka nieposiadającego ojca.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Dziennikarski kryminał z zamachem w tle, czyli "Zamachowiec" Lizy Marklund

L.Marklund, "Zamachowiec", tłumaczenie P.Pollak, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Książki Marklund czytam siłą rozpędu. Niby rozczarowałam się już Anniką Bengtzon, ale uparcie do niej wracam, ponieważ wiem, że dzięki opowieściom o tej bohaterce moja codzienna podróż do pracy będzie trochę mniej uciążliwa. (W tym miejscu aż prosi się o komentarz pod adresem pewnego łysego pana, który nie tylko uparcie pali na przystanku, ale i zdarza mu się raczyć współpasażerów marną odmianą dance z komórki, mimo wielokrotnie zwracanej uwagi.) Niemniej, książki Marklund bywają lepsze i gorsze. Jaką powieścią okazał się "Zamachowiec"?
"Zamachowiec" to pierwsza z części opowieści o szwedzkiej dziennikarce Annice Bengtzon. Pierwsza, jeśli patrzymy z punktu widzenia autorki. Według chronologii życia bohaterki jest to tom czwarty. Annika ma męża i dzieci, nie tak dawno dostała awans i próbuje się odnaleźć na stanowisku szefa działu kryminalnego. Jednocześnie zbliżają się święta i kobieta robi wszystko, by niczym wzorowa matka, uczynić je jak najlepszymi dla dzieci. Przeszkadza jej w tym zamach na stadion olimpijski, w którym ktoś ginie. Tymczasem z przewodniczącą Komitetu Olimpijskiego, znaną z niezwykłej pracowitości i nieposzlakowanej opinii, nie można się skontaktować. Annika, jak na prawdziwego dziennikarza śledczego przystało rzuca się w wir pracy i zaczyna rozwiązywać zagadkę. 
Nie dziwię się, że Lizie Marklund udało się odnieść sukces, skoro rozpoczęła swój cykl taką książką. Jak dotąd, to najlepsza z jej powieści, jakie czytałam, a mam na koncie już cztery. "Zamachowiec" to klasycznie zbudowana intryga kryminalna, w której sprawca jest zagadką do samego momentu kulminacyjnego. Jednocześnie ilość mylnych tropów może zdezorientować każdego, kto sam chce się domyślić, kto zabił. Jednak żyjemy w czasach, w których klasyczna powieść kryminalna to już za mało. Marklund daje nam jednak więcej - wgląd w redakcję gazety codziennej. Przyznam, że mi, jako zwykłej śmiertelniczce, która ma jako takie pojęcie o pracy redakcyjnej, trudno pojąć w jakim tempie pracują dziennikarze z książek Marklund. Przypuszczam, że z tą szaleńczą prędkością łączy się ogromna ilość pracowników redakcji. Jednak świat wewnątrz gazety jest z pewnością wart poznania. Szczególnie polecam go tym, którzy do dzienników zaglądają. Bowiem stworzenie dobrego, niezwykle aktualnego produktu w dwadzieścia cztery godziny to sztuka. Drugim problemem, z jakim mierzy się autorka jest rola kobiety we współczesnym świecie. Bo dano nam już (przynajmniej na papierze) prawo do robienia kariery zawodowej i zdobywania wysokich stanowisk, ale świat stanowczo się do tego równouprawnienia nie przystosował. Wydarzenia opisywane w powieści mają miejsce w Szwecji, więc trudno liczyć na wybuchy złości i komentarze męża twierdzącego, że żona ma siedzieć "przy garach". Tam, przynajmniej publicznie, takie słowa nie zostaną zaakceptowane. Jednak Annika, mimo bycia Szwedką, narażona jest na dąsy męża, jeśli z powodu pracy nie uda jej się odebrać dzieci z przedszkola albo być mamą na pełen etat. Drugą stroną są jej współpracownicy. Starszy dziennikarz, któremu wydaje się, że Bengtzon ukradła mu awans, ze względu na płeć podważa jej kompetencje i nazywa ją za plecami "głupią pizdą". Z kolei kolegium redakcyjne, w którym Annika jest pierwszą kobietą nadal nie może się powstrzymać od seksistowskich żartów. Jednak nie tylko ona stała się ofiarą męskiej nagonki. Wspomniana w opisie przewodnicząca Komitetu Olimpijskiego musiała stać się zimna i niedostępna by zdobyć posłuch u mężczyzn. O innych przypadkach dyskryminacji nie będę wspominać, aby nie zepsuć Wam zabawy :) Muszę napomknąć jednak o jeszcze jednym wątku - posiadaniu nieposzlakowanej opinii. Czy naprawdę można być idealnym? Czy istnieje ktoś, kto na szczyt dostał się dzięki własnym umiejętnościom, a nie protekcji czy szantażowi? Wiem, że nie mówimy o polskich realiach, ale nieskazitelność na szczycie cały czas wydaje nam się nienaturalna, wzbudza podejrzenia. Czy słusznie? Dowiecie się czytając "Zamachowca".
Chcecie dobrego kryminału, oto dobry kryminał. "Zamachowiec Lizy Marklund wzbudza emocje, wciąga i porusza wątki społeczne jednocześnie pokazując nam kawał dziennikarskiego świata, o którym niewiele wiemy. Ja od kryminału więcej nie wymagam. Ten dostaje ode mnie zasłużoną piątkę z dopiskiem "godny polecenia".

piątek, 28 lipca 2017

Czy warto uczyć się pisania od Katarzyny Bondy? O "Maszynie do pisania.Kursie Kreatywnego pisania".

K.Bonda, "Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania", Wydawnictwo Muza, 2015.


Od kogo warto nauczyć się pisać? Trudno powiedzieć. Naiwnie wierzę, że w tej materii oprócz ciężkiej pracy potrzebna jest też choć odrobina talentu. Nie będę ukrywać - sama staram się pisać. Kłopot sprawia mi jednak stworzenie czegoś, co będzie w pełni spełniało moje wygórowane wymagania. Niestety albo na szczęście od siebie wymagam znacznie więcej niż od dużej części pisarzy, którzy już odnieśli sukces. Cały czas staram się więc pracować by wyeliminować błędy i niedociągnięcia, aby pewnego dnia wprosić się poprzez własną powieść do cudzych biblioteczek. Jednym z elementów tego nieustannego doskonalenia umiejętności było uczestnictwo w kursie organizowanym przez Maszynę do Pisania. Kolejnym, naturalnym dla mnie krokiem stało się przeczytanie książki Katarzyny Bondy zatytułowanej właśnie "Maszyna do pisania".
"Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania" to podręcznik do nauki pisania stworzony przez autorkę bardzo poczytnych kryminałów. Odwołuje się ona do swoich własnych doświadczeń, dając czytelnikom wiele rad, ale nie tylko. Duża część podręcznika oparta jest na uporządkowanej wiedzy z innych książek dotyczących pisania, a nawet do prac naukowych. Pod koniec każdego z rozdziałów znajduje się lista ćwiczeń, które można wykonać, by bliżej zapoznać z zagadnieniami opisywanymi w tej części książki.
Od kogo uczyć się pisać? Od najlepszych. Nie jestem przekonana czy Katarzyna Bonda jest odpowiednim nauczycielem. Do podręcznika podeszłam z dystansem. Wiedziałam, że czytam książkę napisaną przez autorkę popularnych kryminałów, a nie Hemingwaya czy Dostojewskiego. Chętnie przyjęłabym kilka rad od Bondy, szczególnie, że sama pracuje nad opowieścią kryminalną. Tylko chwilowo z wzięciem do serca tych rad mam pewien problem i to ze względu na sposób, w jaki przedstawiała je autorka - niczym dogmatyczne dekrety nieomylnej papieżycy pisarstwa. Rozumiem wiarę we własne siły i osiągnięcia, ale odrobina pokory jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Kiedy przy podawaniu przykładów jednym ciągiem wymieniane są dzieła wielkich mistrzów literatury, często noblistów i Katarzyny Bondy czuję pewien dysonans. Rozumiem, że autorce najłatwiej opowiada się o własnych książkach, ale dobór przykładów powinien być choć odrobinę bardziej przemyślany. Mimo tego muszę przyznać Bondzie, że w relatywnie przystępny sposób przekazała całkiem sporo potrzebnej wiedzy teoretycznej. Początkujący mogą całkiem sporo nauczyć się o podstawach pisania i sposobach budowania fabuły. Jednak "początkujący" to słowo klucz. Wiem, że nie każdy, kto chce pisać książki jest polonistą, tak jak ja, jednak jestem przekonana, że każdy kto zabiera się za pisanie z wiedzę przedstawianą w tym podręczniku powinien mieć już w małym paluszku. Trzecim aspektem są ćwiczenia. Muszę przyznać, że to w większości się Bondzie udało. Nie wykonałam ich, ale już po krótkim przeanalizowaniu mogę stwierdzić, że duża część z nich jest całkiem skuteczna. Niestety, im dalej, tym autorkę bardziej ponosiła wyobraźnia. Naprawdę, bardzo wątpię, aby komukolwiek udało się przeprowadzić ćwiczenie z dialogu, wymagające zaangażowania dwóch osób postronnych do odegrania scenki. Kolejnym aspektem, o którym warto wspomnieć jest sposób na pisanie proponowany przez Bondę. Podoba mi się to, że autorka zachęca do szukania pomysłów w rzeczywistości - w gazetach, w radiu, w internecie. Podwaliny z realnych zdarzeń pozwalają na tworzenie fabuł, które nie wydają się później sztuczne i naciągane. Pochwalam też zachęcanie aspirujących pisarzy do tworzenia planu powieści, chociaż nie przykładałabym do tego tak wielkiej wagi jak autorka. Bonda zdaje się mieć na tym punkcie obsesję. Jest to jednak całkowicie rozsądne podejście do pisarstwa. Ten, kto wierzy w natchnienie, które poprowadzi go przez całą książkę jest naiwny. Bez pracowitego siedzenia nad klawiaturą może się udać napisać, co najwyżej, kilkanaście stron. 
Czy "Maszyna do pisania" Bondy to dobry sposób na naukę pisania? Jeśli jesteś na początku tej drogi, potrzebujesz odrobiny wiedzy i cenisz sobie tę pisarkę - tak. Jednak dla kogoś, kto posiada już podstawową wiedzę i nie uważa Bondy za guru pisarstwa to niekoniecznie dobra pozycja. Można ją przejrzeć, popatrzeć na ćwiczenia, ale to wszystko. Bo Bonda, jakkolwiek by nie patrzeć, zarówno w kwestii pisania książek jak i podręczników jest bardzo pracowitym średniakiem. Ja tam wolę uczyć się od najlepszych.

niedziela, 23 lipca 2017

"Strażnik sadu" Cormaca McCarthy'ego, czyli genialna książka z jedną drobną wadą

C.McCarthy, "Strażnik sadu", tłumaczenie M.Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, 2010.

Trudno przejść obojętnie obok tak wielkiego nazwiska jak Cormac McCarthy. Czy jest wśród miłośników literatury ktoś, kto nie słyszał o "Drodze"? Sama postanowiłam zacząć moją przygodę z tym pisarzem od jego debiutu, uhonorowanego nagrodą Faulknera "Strażnika Sadu". Proza opowiadająca o Ameryce z czasów Wielkiego Kryzysu to jednak duże wyzwanie.
"Strażnik sadu" to historia dwóch mężczyzn i chłopca. Jeden z nich Marion Sylder to przemytnik, który przed laty zabił człowieka. Drugi to ponad osiemdziesięcioletni Arthur Ownby, mieszkający na uboczu. W pobliżu jego domu, w zbiorniku na odpady chemiczne ukryte zostało ciało zabitego przez Syldera mężczyzny. Z kolei chłopiec - John Wesley Rattner jest synem ofiary zabójstwa. Pewnego dnia ratuje on przemytnika, który wjechał samochodem do rzeki. Od tego czasu Sylder staje się jego mentorem. Młody Rattner nie wie, że to ten człowiek jest sprawcą zniknięcia jego ojca, którego niepotwierdzoną jeszcze śmierć postanowił pomścić.
Jeśli spodziewacie się wartkiej akcji i ciężkich moralnych wyborów nie znajdziecie ich w tej książce. To opowieść o powolnym życiu w Ameryce w czasach Wielkiego Kryzysu. Nikomu nie jest łatwo, każdy walczy o przetrwanie, a dolar ma dużo większą wartość niż może nam się wydawać. Niemal wszyscy są gotowi posunąć się do nielegalnych działań tylko po to, by przetrwać. Kłusownictwo czy przemyt są potępiane chyba tylko przez policję. To także opowieść o czasach, w których żyją jeszcze ludzie potrafiący zachwycać się przyrodą i korzystać z jej dobrobytu. Nie chodzi tylko o myśliwych i kłusowników, ale i o ludzi zdolnych do odnalezienia spokoju wśród natury i doceniania uroku prostego życia. Widać to w poetyckich opisach McCartychy'ego, który rozwodzi się nad pięknem malowniczych zakątków Tennessee. Te piękne obszary jeszcze przed industrializacją czarują w sposób dziś już dla nas niedostępny. "Strażnik sadu" zdaje się być hołdem pisarza dla czasów, które miały na McCarthy'ego duży wpływ, ale stały się jedynie mglistym wspomnieniem. Ciekawym wątkiem jest relacja młodego Rattnera i Syldera. Chłopiec spotyka mężczyznę przypadkiem i od początku łączy ich mroczny, przemytniczy sekret. Początkowo przestępca zdobywa zaufanie chłopaka, by ten go nie wydał. Później zbliża się do niego i zdaje się być najbliższym mu mężczyzną, substytutem ojca. Obydwaj nie mają pojęcia o tym, że to właśnie przez Syldera chłopak jest półsierotą i wraz z matką musi walczyć o swój byt. Czytelnik, mając tę wiedzę, odczuwa pewien dysonans. Czuje, że cała ta sytuacja jest irracjonalna, ale jednocześnie rozumie targającą chłopcem potrzebę męskiego wzorca. Warto wspomnieć też o tytułowym "Strażniku sadu", czyli Ownbym. To specyficzny człowiek, żyjący poza oficjalnym porządkiem. Mógł zgłosić policji fakt, że odnalazł ciało, ale tego nie zrobił. Tak samo jak nie zgłosił się nigdy do żadnego urzędu po pomóc. Wolał żyć sam w nędzy i nie mieszać się, nie być obywatelem. Niestety państwo się u schyłku życia upomniało się nawet o niego. 
"Strażnik sadu" to piękna książka napisana poetyckim językiem, którego urok można znaleźć w każdym zdaniu. To także opowieść o trudnych, zapomnianych czasach, mających swój urok, ale kojarzących się z codziennym trudem i monotonną walką o przetrwanie. I to właśnie największa wada tej powieści. "Strażnik sadu", mimo swojej bardzo dobrej konstrukcji i pięknych opisów jest bowiem odrobinę nużący, żeby nie powiedzieć nudny.

środa, 19 lipca 2017

O legendzie miejskiej, która zaszła za daleko, czyli "Święty Wrocław" Łukasza Orbitowskiego

Ł.Orbitowski, "Święty Wrocław", Wydawnictwo Literackie, 2013.

Dobrych pisarzy czyta się seriami. Dlatego też nikogo nie powinno dziwić, że sięgnęłam po kolejną książkę Łukasza Orbitowskiego. Tym razem przekonałam się, jak wygląda zderzenie wyobraźni pisarza z ideą miejskiej legendy. Niestety, muszę z przykrością przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej.
Jedno z uboższych, wrocławskich osiedli. W blokach zaczyna dziać się coś tajemniczego. Najpierw dziwnie zachowują się zwierzęta, potem w blokach robi się coraz cieplej aż okazuje się, że pod tynkiem i tapetami całe osiedle zbudowane jest z czarnego, hipnotyzującego "czegoś". Mieszkańcy osiedla przestają normalnie funkcjonować. Nie wiadomo, co się z nimi dzieje, ponieważ nikomu, kto tam wszedł, nie udaje się wyjść. W dodatku całe miasto zaczyna czcić to niezwykłe miejsce nazywane Świętym Wrocławiem.
Legendy miejskie wzbudzają w nas niepokój. Dzieją się zbyt blisko, są niemal namacalne. Dlatego wydają się idealnym materiałem na horror. I początkowo tak jest: czarne ściany i pulsujące, hipnotyzujące ciepło w samym środku miasta skutecznie wprowadzają czytelnika w trans pochłaniania kolejnych stron. Podobnie jest z bohaterami - autentycznymi, reprezentującymi prawdziwe ludzkie słabości. Mamy więc maturzystkę, która zakochała się z wzajemnością w studencie, mającym praktyki w jej szkole. Mamy jej ojca - człowieka z problemami, starającego się odwieść córkę od związku tuż przed egzaminem dojrzałości. Mamy też szaleńca, który staje się prorokiem i dziewczynę, starającą się ubić interes na całym tym zdarzeniu. Mamy też dwie zazdrosne maturzystki, znęcające się nad wszystkimi, różniącymi się od nich. Mamy więc, przede wszystkim, przekrój wszystkich grzechów w wykonaniu ułomniej ludzkości. Autentyzm bohaterów to jedna z głównych zalet tej powieści. To właśnie dzięki nim jesteśmy skłonni uwierzyć w wydarzenia całkowicie nierealne, przekazywane z ust to ust przez ludzi, którzy sami nie wiedzą, co się dzieje. Po raz kolejny Orbitowski nawiązał też do kwestii kultu i religijności. Bowiem wrocławska anomalia, nazywana Świętym Wrocławiem szybko znajduje nie tylko swojego proroka, ale i wyznawców. Niestety, każdy z nich, zafascynowany hipnotyzującym osiedlem, chce w nim odnaleźć coś innego i to niekoniecznie dobrego. Nie wiadomo bowiem, czy Święty Wrocław to niebo czy piekło, a może coś niezwiązanego z chrześcijańskim postrzeganiem świata.
Jednak dobry pomysł i ciekawi bohaterowie to nie wszytko. Niestety, w książce sporo zgrzyta. Problemem jest narrator. Wiemy, że gdzieś jest i że jego świat obumiera, nie ma sensu. Widział on wszystko, co działo się z poszczególnymi bohaterami tej historii, więc przez moment może się wydawać, że jest on Bogiem, ale żadne bóstwo nie byłoby tak słabe i pozbawione mocy, nawet na końcu dziejów. Kim więc jest narrator i gdzie się znajduje? Odpowiedź na to pytanie pozostaje tajemnicą. I tu właśnie ujawnia się kolejny problem tej powieści. Sekrety i niedopowiedzenia sprawiają, że fabuła jest frapująca, ale w pewnym momencie jest ich zbyt wiele i trudno dopatrzeć się rozwiązania, chociażby, połowy. A szkoda, bo gdyby nie to, że mgła tajemnic całkowicie przykryła sens większości wydarzeń, byłoby dużo ciekawiej. Niestety, nie na wszystkie pytania otrzymujemy odpowiedź, a samo zakończenie wydaje się być kolejną zagadką.
"Święty Wrocław" to ciekawa, dobrze skonstruowana fabuła, która ma jednak pewne wady. Decyzję, czy zaglądać do tej powieści pozostawię jednak Wam. Są przecież i tacy, którzy lubią zakończenia pełne tajemnic. Sama jednak nad tę książkę przekładam inne utwory Orbitowskiego i z niecierpliwością oczekuję kolejnych.

sobota, 15 lipca 2017

O trudnym procesie samoakceptacji, czyli "Herman" Larsa Saabye Christensena

L.S.Christensen, "Herman", tłumaczenie I. Zimnicka, Wydawnictwo Świat Literacki, 2000.
Mam słabość do pisarzy skandynawskich. Niestety, poza autorami kryminałów, rzadko tłumaczy się ich na język polski. Wyobraźcie więc sobie moją radość, gdy na bibliotecznej półce znalazłam wydaną w Polsce siedemnaście lat temu powieść jednego z moich ulubionych pisarzy - Larsa Saabye Christensena. "Herman", bo o tej książce mowa, wzrusza, bawi i uświadamia jak trudno poradzić sobie z samoakceptacją.
"Herman"to opowieść o życiu około dziesięcioletniego chłopca, który za pomocą wyobraźni ubarwia swój świat. Jest on samotnikiem, nie dogaduje się z prześladującymi go kolegami i na domiar złego zaczyna łysieć. Jako, że akcja ma miejsce w połowie zeszłego wieku, Herman musi się także zmierzyć z opresyjnym systemem szkolnym, w którym nie do każdego nauczyciela dociera, że uczeń lepiej czuje się w czapce na głowie. Jego życie, choć wydaje się tragiczne, nie jest wcale nudne, ze względu na sposób, w jaki chłopiec je kreuje. 
Dawno nie czytałam tak pięknej opowieści o akceptacji samego siebie. Historia Hermana, mimo że osadzona w połowie dwudziestego wieku, jest nad wyraz aktualna. Bowiem nawet dziś każdy, kogo charakteryzuje jakikolwiek rodzaj inności, musi sobie radzić z nieprzychylnością środowiska. Niekonieczne są nawet widoczne oznaki odmienności - wystarczy mieć oryginalne hobby czy bujać w obłokach. Herman nie tylko daje się ponieść wyobraźni, ale także charakteryzuje się niezwykłą wręcz wrażliwością. Dzięki temu jego świat jest tak magiczny, a cierpienie tak dotkliwe. Łysina może wydawać się nam czymś błahym. Jednak w świecie dziesięcioletniego chłopca jest to tragedia. Mimo wsparcia dwojga kochających rodziców, trudno mu się pogodzić z każdym kolejnym objawem choroby, która nie jest groźna dla jego zdrowia, ale niszczy chłopca psychicznie. Autor sprawia, że wraz z wrażliwym bohaterem przeżywamy każdy wypadający włos i każdy szkolny problem związany z jego odmiennością. Szykany kolegów, głupie kawały czy nadmierne zainteresowanie ze strony nauczycieli są dla Hermana codziennością. Tak jak nieustanne poszukiwanie leku na łysienie. I właśnie dzięki tej pogoni za odzyskaniem włosów historia Hermana nabiera humorystycznego rysu. Bo jak, jeśli nie tragikomicznie, może się skończyć przygoda chłopca, który dowiaduje się, że na porost włosów najlepsze jest piwo. Poprzez kolejne odsłony poszukiwań Hermana, możemy też zauważyć, jak bardzo się on zmienia. Godzi się ze światem i tym, co go spotkało. Coraz mniej czasu poświęca rozpaczy, stara się zapomnieć i po kolei bierze pod uwagę nowe wersje swojego wyglądu zewnętrznego. Postawa Hermana pokazuje, że nie trzeba być starym, by do czegoś dorosnąć. Dlatego tak bardzo podnosi na duchu. Co ciekawe w czasie, gdy Herman powoli godzi się ze swoim losem, wyobraźnia zaczyna grać coraz mniejszą rolę w jego życiu. I to w tej opowieści najsmutniejsze. Ponieważ dorastanie, godzenie się z samym sobą, akceptacja tego, kim się jest, odbiera nam to co najpiękniejsze - możliwość reinterpretowania świata za pomocą wyobraźni.
"Herman" to przepiękna opowieść. Szkoda tylko, że taka krótka. Losy tego nietuzinkowego chłopca to gratka dla tych, którzy w życiu nie boją się używać wyobraźni. Książkę Larsa Saabye Christensena polecam wszystkim tym, którym uda się do niej dotrzeć.

niedziela, 9 lipca 2017

O życiu na kilkadziesiąt sposobów, czyli "Rzeczy utracone" Łukasza Orbitowskiego

Ł.Orbitowski, "Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego.", Wydawnictwo Zwierciadło, 2017.

Zwykle nie czytam książek z felietonami. Szkoda mi na nie czasu. W końcu w większości są one zbiorami tekstów z różnych gazet i czasopism, które dawno już straciły swoją aktualność. Ostatnio jednak przeczytałam aż dwie, przy czym zakup jednej był w pełni przemyślanym czynem. Mowa o zbiorze "Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego". Cóż, nie będę ukrywać, jestem fanką powieści i opowiadań Orbitowskiego. Okazuje się, że felietonów chyba też.
"Rzeczy utracone" to zbiór krótkich form, które można nazwać felietonami. Przez lata Łukasz Orbitowski publikował je na swoim blogu pod hasłem "Tydzień z głowy". Niedawno część z blogowych tekstów zebrano, przeredagowano, uporządkowano pod kątem tematu i opublikowano w postaci książki. O czym one opowiadają? O wszystkim. O samotności, ludziach, życiu, wrażliwości, byciu pisarzem, kotach, miejscach, ojcostwie... Tematów jest bez liku, a przemyśleń co nie miara.
Pytanie brzmi: czy warto te felietony przeczytać? Nie wiem. Naprawdę trudno mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Sama sięgałam bowiem po pewniaka. Czytałam wcześniej kilkanaście tekstów z serii "Tydzień z głowy" i wiedziałam, czego mogę się spodziewać. A mianowicie tego, że Orbitowski to ciekawy gość, który wysnuwa całkiem sensowne tezy na każdy temat. Warto więc dać mu szansę i dowiedzieć się, co ma do powiedzenia. Mam jednak świadomość tego, że ktoś, kto dla mnie jest "ciekawym gościem" dla kogoś innego może być niezrozumiałym bubkiem. Wszystko zależy od wyznawanych przez nas wartości. Jednak bez względu na nie należy Orbitowskiemu oddać, że krótkie formy tworzy po mistrzowsku. Zbiory felietonów czyta się ciężko. Ze względu na zmienność tematów i szybkie przeskakiwanie z tekstu na tekst, można się nimi zmęczyć i znudzić. Podczas lektury "Rzeczy utraconych" nic takiego nie miało miejsca.  Właściwie zdarzyło mi się przejechać o jeden przystanek więcej w drodze do pracy tylko po to, by przeczytać jeszcze jeden tekst. Felietony Orbitowskiego są bowiem zgrabne, treściwe i często ironiczne, a przede wszystkim oparte na realnych przemyśleniach dotyczących życia normalnego człowieka. Nie będzie tu więc dywagacji na temat jedzenia ośmiorniczek – prędzej wypicia piwa z kumplami, które, wbrew pozorom, miewa spory sens.
Przede wszystkim jednak felietony Orbitowskiego były dla mnie opowieścią obieżyświata. Człowieka bez własnego miejsca, który nawet nie stara się go znaleźć, tylko mieszka tam, gdzie go akurat życie poniosło. Było to o tyle ciekawe, że porządek tekstów z miejscami nie miał wiele wspólnego. Dzięki temu można było zobaczyć, ile uroku miewa żywot tułacza, pod warunkiem, że człowiek sam wybrał dla siebie taki los. Orbitowski, którego odnajdujemy w tekstach niewiele się bowiem zmienia, bez względu na to gdzie mieszka, bierze swój los we własne ręce i pokazuje, że w życiu jest kilka ważniejszych rzeczy niż kasa i mieszkanie na kredyt. Przede wszystkim jednak zwraca uwagę na drobiazgi, nadające życiu sens, o których bardzo często zdarza nam się zapominać. I czasami w bajkowy wręcz sposób opowiada o prostych życiowych prawdach.

Na pytanie, czy warto przeczytać "Rzeczy utracone" nadal będę odpowiadać "nie wiem". Dla mnie było to wartościowe doświadczenie, możliwość poznania przemyśleń inteligentnego człowieka bliskiego życiowego półmetka, który wie co robi i dlaczego to robi. Być może jednak teksty te wydały mi się atrakcyjne dlatego, że się z nimi zgadzam. Ponieważ, może poza nieustannym podróżowaniem, podoba mi się sposób na życie prezentowany przez autora. A może, po prostu, Orbitowski napisał sporo całkiem dobrych tekstów.