sobota, 9 grudnia 2017

Melancholijna opowieść o nieuchronności śmierci, czyli "Ślady" Jakuba Małeckiego

J.Małecki, "Ślady", Wydawnictwo Sine Qua Non, 2016.

Długo zwlekałam z sięgnięciem po książki Jakuba Małeckiego. Większość recenzji, obok wychwalania piękna dzieł tego pisarza, wspominała o melancholii wydobywającej się z kart jego powieści. Trochę się jej obawiałam. Po lekturze muszę jednak stwierdzić, że "Ślady" Małeckiego to doskonały przykład na to jak pięknie opowiadać o rzeczach smutnych i nieuchronnych.
"Ślady" są jednocześnie powieścią i zbiorem swoistych miniatur. Bowiem każdy ich rozdział opowiada inną historię. Bohaterów łączy jednak wspólny przodek, Tadeusz, którego cząstka zdaje się tkwić w każdym z nich, nadając im piętno inności czy też smutku. Kalejdoskop postaci i ich przenikających się życiorysów to zbiór niezwykle realistycznych historii o splątanych ludzkich losach.
Książka Małeckiego wzbudza zachwyt. Z jednej strony przedstawia ludzkie losy jako coś przeraźliwie zwykłego, z drugiej, przez drobne dziwactwa bohaterów, pokazuje wyjątkowość każdego żywota. I mimo pozornego smutku napawa optymizmem. Bowiem chwilowość i ulotność wszystkiego zdaje się wydawać nakaz wykorzystywania życiowych szans i poszukiwania szczęścia w drobnych przyjemnościach. Najciekawsze jest jednak piętno ciążące na bohaterach, których losy do pewnego stopnia się przenikają. Każdy z nich jest w jakiś sposób inny, nie spełnia norm społecznych., wyłamuje się ze schematu. Są wśród nich prawdziwe wyrzutki jak szalony Chwaścior zapatrzony w prostotę własnego życia i niezdolny do działań wychodzących poza niezbędne minimum czy Eugenia, która za wszelką cenę odsuwa od siebie myśl o śmierci najbliższych i zaczyna chować zwierzęta przejechane przy drodze, będącej także miejscem ostatnich chwil jej rodziny. Jest też odnosząca sukcesy w czasach Polski Ludowej modelka Bożena, która w pogoni za karierą utraciła możliwość ułożenia sobie życia prywatnego. Wszystkie te życiorysy, a jest ich całkiem sporo, w specyficzny sposób się splatają, przez co pustka będąca ich wspólnym mianownikiem jeszcze bardziej rzuca się w oczy. Bowiem wszyscy bohaterowie zdają się żyć połowicznie, nie wykorzystują swojego potencjału i trwają przez lata w życiowej hibernacji, podczas której wypełniają minimum społecznych wymagań i nic więcej. Potem umierają. "Ślady" są  pewnego rodzaju przestrogą - zdają się sugerować, że każdy ma w sobie coś wyjątkowego, jednak łatwo tę oryginalność zaprzepaścić przez zwykłą codzienną rutynę i bierność. Nie można liczyć na to, że życie poda nam niezwykłe przeżycia na tacy. Wręcz przeciwnie. Dlatego też przesypianie danych nam lat jest największym błędem, jaki możemy popełnić. Ponadto historie bohaterów są napisane w sposób fragmentaryczny, pokazując, że jedynie niektóre momenty naszego życia są naprawdę czegoś warte. Podkreśla to także oniryczny charakter opowieści, pozwalający nam na obserwowanie bohaterów z ciekawej, ponadczasowej perspektywy.
"Ślady" to przepiękna opowieść o ludzkim życiu, zarówno w tym pięknym jak i przyziemnym wymiarze. Tytułowe ślady zdają się trwać w nas, jesteśmy powiem naznaczeni pamięcią swoich przodków, ale i my zostawiamy swoje ślady kolejnym pokoleniom. Biorąc pod uwagę smutny koniec większości z historii przedstawionych w książce, można to postrzegać jako namiastkę optymizmu. I choćby dla niego, jak i dla całej przepięknej warstwy artystycznej, warto przeczytać książkę Jakuba Małeckiego.

niedziela, 3 grudnia 2017

Cokolwiek by się nie działo, jesteśmy zwierzętami, czyli o "Wojnie płci" Paula Seabrighta

P.Seabright, "Wojna płci", tłumaczenie J.Ochab, Wydawnictwo Agora, 2014.

Wiele z naszych zachowań często tłumaczymy biologią. "Kobiety takie są", "To jest facet, nie potrafi inaczej" - ile razy słyszeliśmy tego rodzaju zdania? Ewolucyjne postrzeganie płci tkwi głęboko nie tylko w naszych głowach, ale i w naszych genach. O tym, jak ewolucja wpływa na zachowanie kobiet i mężczyzn i na ile udaje nam się uwolnić od wpływu genów napisał w swojej książce, o znaczącym tytule "Wojna płci", Paul Seabright. 
Ewolucja i antropologia mają ze sobą wiele wspólnego. Paul Seabright w swojej książce opisuje z skomplikowane relacje, jakie splatały kobiety i mężczyzn przez wieki i podkreśla to, co mogło je wykształcić. Pokazuje także to, co łączy nas w kwestii płci ze zwierzętami, a czego nauczyliśmy się, poniekąd, samodzielnie. Opowiada on o tysiącach lat rywalizacji płci, z których każda ma na koncie wiele błędów i nadużyć. 
Co dobrego mogę powiedzieć o tej książce? Cóż, jest całkiem przystępnie napisana. Choć sam Seabraight jest ekonomistą, a tematy poruszane w tej powieści to głównie antropologia i biologia, jego opowieści, dzięki przystępnemu językowi i obrazowym przykładom, wzbudzają ciekawość w czytelniku i nie wydają się zbyt skomplikowane. I na tym wyczerpują się zalety tej książki. Nie chodzi nawet o to, że się Seabrightem nie zgadzam. Owszem, mamy w sobie wiele ze zwierząt - to pokłosie ewolucji i prawdopodobnie nikomu z nas nie uda się całkowicie tej zwierzęcości wyzbyć. To dzięki niej działają nasze instynkty związane z przetrwaniem. Jednak twierdzenie, że kobiety zarabiają mniej od mężczyzn bo w dawnych czasach mięso, będące efektem polowań, uznawane było za więcej warte niż jagody zbierane przez kobiety, jest znacznym nadużyciem. Owszem, można zauważyć pewne analogie, ale dziś dysproporcja płacowa dotyczy także przedstawicieli różnych płci na tych samych stanowiskach z identycznym rodzajem obowiązków. Poza tym całość wywodu autora postrzegam jako pewnego rodzaju usprawiedliwienie. Seabright wyszukał przewinienia mężczyzn wobec kobiet i w mniej lub bardziej przekonujący sposób usprawiedliwił je ewolucją. Wysunął także parę zarzutów wobec tak zwanej płci pięknej, ale w tym przypadku uzasadnieniem była zazwyczaj fizyczna słabość płci żeńskiej. Być może to tylko moja interpretacja, ale wywód Seabrighta wydawał mi się tendencyjny i nastawiony na wyższość mężczyzn, co w kontekście opisu okładkowego zawierającego zdanie "A może w XXI wieku jest szansa na większą harmonię, równość i porozumienie?" wydało mi się pewnego rodzaju oszustwem. Bo ja, naiwnie, cały czas wierzę, że mimo biologicznych różnic, równość płci jest czymś, co można osiągnąć, a wzajemna rywalizacja jest niczym w porównaniu do dialogu. Interpretując to według punktu widzenia autora, można jednoznacznie stwierdzić, że świat będzie jedną nieustającą walką kogutów tak długo, jak u jego podwalin wypiszemy tzw. męskie zasady. Seabright zdaje się naiwnie wierzyć, że wszystkim zależy przede wszystkim na podporządkowaniu drugiego. A to, być może, największy błąd ludzkości.
Nie mogę nazwać "Wojny płci" Paula Seabrighta książką wartą przeczytania. Ewolucyjno-antropologiczne podejście do tematu konfliktu między płciami jest ciekawe, ale problemem jest zarówno podkreślanie samej idei opozycji płciowej i przyporządkowywanie kobiet i mężczyzn do konkretnych "drużyn" jak i tendencyjne podejście autora. Choć, być może, moja recenzja ma w sobie taką samą tendencyjność, tylko w wersji kobiecej. 

wtorek, 28 listopada 2017

To nie jest tekst dla każdego... O filozoficznych inspiracjach, czyli dlaczego nie napiszę o "O Wierze" Slavoja Žižka.

Książka, której tu nie zrecenzowałam, czyli: S. Žižek, "O wierze", tłumaczenie B.Baran, Wydawnictwo Aletheia, 2008.

To nie jest tekst dla wszystkich. Wielu z Was się on nie spodoba. Jedni uznają mnie za wywyższającą się snobkę, inni za płaczliwą i dołującą wszystkich wokół defetystkę. Czuję się jednak zobowiązana do tego, żeby napisać te kilkaset słów. Dlaczego? Ponieważ w dzisiejszych czasach już niemal nikt nie czytuje filozofów. A naprawdę chciałabym, żeby to się zmieniło.
Pierwsze prawdziwe spotkania z filozofią zaliczyłam w wieku lat siedemnastu. Oczywiście o jej istnieniu słyszałam już znacznie wcześniej w szkole, jednak zawierano ją w mniej lub bardziej spójnych regułkach podawanych uczniom w formie "do wykucia" na lekcjach języka polskiego. Dopiero jako siedemnastolatka postanowiłam znaleźć w filozofii coś więcej niż podstawowe różnice między stoicyzmem a epikureizmem. Zaczęłam od krótkich, niezbyt skomplikowanych tekstów, które pozwoliły mi wdrożyć się w język, składnię i podstawowe pojęcia. Kolejnym krokiem były eseje i całe książki. Przyznam, że sprawiało mi to wiele trudności. Ale każde zdanie, które rozumiałam choć po części dawało mi wielką satysfakcję. I nie żałuję ani jednego przeczytanego słowa. Dziś, po dziesięciu latach nadal nie czuję się wystarczająco kompetentna, aby opowiadać innym o filozofii. Dlatego też, tak jak zapowiedziałam w tytule, nie zrecenzuję "O wierze" Slavoja Žižka. Jestem na to za głupia. Przyznam jednak, że ta książka sporo mi dała zarówno w kontekście treści jak zawartego w niej specyficznego humoru. Gdybym posiadała odpowiedni aparat krytyczny, chętnie bym Wam o niej opowiedziała. Niestety, nie potrafię i prawdopodobnie nigdy się tego nie nauczę. A jeśli nawet, z pewnością nie będę miała tyle odwagi, żeby to zrobić. Wystarczy mi to, że mogę się cieszyć własnymi zmaganiami w tekstami filozoficznymi.
Dobra - pochwaliłam się, że czytam mądre książki, a nic nie powiem o ich treści, bo wyszłabym na idiotkę. Super. Tylko co mi z tego przyszło? I po co w ogóle to piszę? Ponieważ, mimo że nie jestem w stanie oceniać tekstów filozoficznych, mogę powiedzieć, dlaczego warto po nie sięgać. Zacznijmy od czytania ze zrozumieniem, logicznego myślenia, zapamiętywania, definiowania czy przyswajania pojęć - skrzywieni przez szkolną testomanię radzimy sobie z tym wszystkim coraz gorzej. Czytanie tekstów filozoficznych pomaga opanować, czy też wytrenować te umiejętności. A uwierzcie mi, posługiwanie się nimi na co dzień naprawdę się przydaje. Proszę, zastanówcie się nad tym, kiedy ostatnio pozwoliliście sobie na solidny wysiłek intelektualny? Nie mówię tutaj o uczniach i studentach, ponieważ oni, przynajmniej w teorii, powinni się uczyć i podejmować naukowe wyzwania. Mówię o absolwentach, którzy zazwyczaj pracują na stanowiskach niewymagających od nich podejmowania wielkiego wysiłku intelektualnego. Owszem, często trafia się na zadania będące w jakimś wymiarze wyzwaniem, ale w większości nie doprowadzają one do rewolucji w sposobie myślenia. Często nie wzbudzają nawet żadnych wątpliwości. Rozleniwiamy się intelektualnie przez co coraz łatwiej nas nabrać, wcisnąć nam kit na każdy temat. Być może część z nas czyta książki, gra w gry logiczne, czy uczy się języków obcych. Ale ciekawy kryminał nie zrewolucjonizuje naszego życia, tak samo jak nie zrobi tego gra, czy kilka słówek po chińsku. Filozofia to potrafi, pod warunkiem, że się na nią otworzymy. Potrzeba bowiem sporo wysiłku by nadążyć nad rozumowaniem autora, zrozumieć, co chciał przekazać i skąd wywodzi się ten pogląd. I wierzcie mi lub nie, ale ten wysiłek nie tylko sprawia mi ogromną satysfakcję, ale także przynosi efekty w codziennym życiu w szybkości i łatwości rozumienia coraz to bardziej skomplikowanych struktur.
A teraz ostatnie pytanie. To, z powodu którego część z Was nazwie mnie smętną defetystką. Często myślicie o sensie życia? O tym, co cały czas pcha nas do przodu? W co wierzymy i dlaczego? O tym, skąd to wszystko się wzięło? Nie? Zazdroszczę. Mi przytrafia się to bardzo często, a muszę przyznać, że według mnie sens życia nie istnieje. Albo raczej nie potrafię go znaleźć. Tak samo jak istoty naszego istnienia. Czytając teksty filozoficzne widzę, że w swoich naiwnych poszukiwaniach sensu czegokolwiek nie jestem sama. Te same pytania zadawały sobie przez lata największe umysły. Znajdowanie odpowiedzi wychodziło im lepiej lub gorzej, ale próbowali. Dlatego ja też mogę próbować. A jeśli się nie uda... Cóż, nie będę jedyna w swoim poczuciu braku i pustki.
Zabrałam się za niepopularny temat, którego pewnie nie powinnam poruszać. Jednak zrobiłam to z potrzeby serca. Nie napisałam tego po to, byście sięgnęli po moich ulubionych filozofów, ale po to, byście zajrzeli do jakiegokolwiek tekstu zmuszającego do głębszych przemyśleń. Dlatego też nie wymieniam tu nazwisk (poza jednym, które zainspirowało mnie do napisania tego tekstu) i prądów. Każdy może wybrać coś dla siebie. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że choć jedna osoba dotarła do końca mojego wywodu. A jeśli nie? Trudno. Przecież i tak nic nie ma sensu. 

niedziela, 26 listopada 2017

Gawęda, której odjęto brutalność, czyli "Mitologia nordycka" Neila Gaimana

N.Gaiman, "Mitologia nordycka", tłumaczenie P.Braiter, Wydawnictwo MAG, 2017.

Mitologię nordycką chciałam poznać od bardzo dawna, ale zawsze brakowało mi na to czasu. Problemem była też dostępność - długo nie mogłam znaleźć książki, która opowiedziałaby mi mity skandynawskie w przystępny sposób, tak jak kiedyś Parandowski przybliżył mi historie bogów starożytnych Greków i Rzymian. Sięgnęłam, co prawda, po "Eddę poetycką", ale choć nie mogłam odmówić jej uroku, przyznaję bez bicia, że mity opowiadane w formie pieśni to nie moja bajka. Dlatego też, kiedy w podpowiedziach na Storytel znalazłam "Mitologię nordycką" Neila Gaimana, postanowiłam wysłuchać jego wersji tych opowieści. I mam ambiwalentne odczucia.
Trudno opisać fabułę "Mitologi nordyckiej" Gaimana. Jest to bowiem autorska wariacja na temat historii znanych powszechnie od lat. Dzięki książce, utrzymanej w tonie gawędy przy ognisku, poznajemy opowieści o dziejach Thora, Lokiego, Odyna czy Frei oraz innych Asów i Wanów. Przeżywamy ich przygody związane z olbrzymami i innymi przedziwnymi stworami oraz to, co doprowadziło do nieuchronnego końca - Ragnaroku. Całość jest raczej wyborem mitów niż w pełni spójną opowieścią  i daje czytelnikowi namiastkę wierzeń wikingów.
Książka Gaimana nie spełniła moich oczekiwań. Nie wiem, czy jest to wina samej publikacji, czy tego, czego od niej wymagałam, ale postaram się wyjaśnić swój punkt widzenia. Otóż, mitologia nordycka została już tyle razy przetworzona literacko, a jej wątki zaadaptowane w innych działach kultury, że chcąc nie chcąc, każdy z nas ma o niej jakiekolwiek pojęcie. Mam je i ja. Niestety, albo stety, ostatnio przefiltrowałam je przez pryzmat serialu "Wikingowie", więc w moich oczach mity nordyckie to nie tylko pasjonujące, ale i bardzo krwawe historie. I tu pojawia się mój problem z "Mitologią nordycką" Gaimana - drogi autorze, to są bajki dla dzieci. Owszem, przyznaję, we wstępie do tego zbioru opowieści autor zaznaczył, że stworzył zbiór historii do opowiadania przy ognisku i być może uszczknął z nich odrobinę brutalności, ale ja mam wrażenie, że to jakoś nie przystoi. Świat wikingów był jaki był, odzieranie go z krwi jest równie autentyczne (nawet w przypadku mitów) jak twierdzenie, że w średniowieczu każdy brał prysznic dwa razy dziennie. Jeśli jednak oderwę się od swoich oczekiwań, muszę stwierdzić, że wybór mitów autorstwa Gaimana to zbiór całkiem ciekawych i barwnych historii, które warto poznać, chociażby po to, by śledzić ich tropy w różnych dziełach kultury. Kilka dni po wysłuchaniu tej książki miałam przyjemność oglądać film: "Thor: Ragnarok" i muszę stwierdzić, że scenarzystom dość mocno pokręciła się genealogia. Gdyby nie Gaiman, pewnie bym tego nie zauważyła. I owszem, analogia mitologii i filmów o Thorze jest najprostszą z możliwych, ale wierzcie mi, że można je znaleźć w bardzo wielu książkach fantasy, zarówno polskich, jak i zagranicznych. Bogami, którzy najczęściej pojawiają się w opowieściach Gaimana są Thor, Loki i Odyn. Niewątpliwie każdy z nich ma swój urok. Thor jest niemal niepokonanym wojownikiem, ale i nieco tępym mięśniakiem. Loki, owszem, góruje nad wszystkimi sprytem, ale jest też dowcipnisiem, któremu zdarza się przekraczać wszelkie granice przyzwoitości za co płaci często wysoką cenę. Natomiast Odyn wydaje się mądrym i potężnym władcą, który zapłacił wiele za swoje przymioty. Historie o nich wydają się wciągać ze względu na swego rodzaju autentyzm postaci i ich wewnętrzne słabości. Forma, na jaką postawił Gaiman, ma w sobie wiele z gawędy - w przypadku audiobooka miało to sporo uroku. Choć z lektorem miałam mały problem. Był nim Zbigniew Zamachowski i mam wrażenie, że jego głos nadał całości jeszcze bardziej bajowy wymiar. I gdzieś z tyłu mojej głowy czaiła się myśl, że wszystkie te historie opowiada mi bard Jaskier. W końcu Zamachowski grał go w serialu o Wiedźminie, o którym wszyscy pragniemy zapomnieć. Jednak miało to pewien specyficzny urok, choć przyznam, że radosna gawęda o końcu świata obu panom, przynajmniej w moim mniemaniu, nie wyszła.
"Mitologia nordycka" Neila Gaimana to z pewnością dobry i przystępny sposób na zapoznanie się z historiami, na których opierały się wierzenia dawnych Skandynawów. Jeśli oczekujecie porcji ciekawej gawędy, z pewnością nie będziecie zawiedzeni. Ale jeśli łakniecie krwawej autentyczności - poszukajcie innych źródeł.

piątek, 17 listopada 2017

Nie ma nic bardziej trującego niż polskie miasteczko, czyli "Czarna" Wojciecha Kuczoka

W.Kuczok, "Czarna", Wydawnictwo Od Deski do Deski, 2017.

Za serią "Na F/Aktach" Wydawnictwa Od Deski Do Deski stoi, moim zdaniem, genialny zamysł. Czy może być coś lepszego niż prawdziwe historie przefiltrowane przez emocje i pomysłowość pisarza? Wystarczy spojrzeć na "Inną duszę" Łukasza Orbitowskiego, by stwierdzić, że "raczej nie". Z kolei "Czarna" Wojciecha Kuczoka, której miałam okazję wysłuchać w interpretacji Edyty Olszówki, tylko potwierdza tę tezę. 
Tytułowa Czarna to małe miasteczko. Żyje w nim Jeremi - jeden z najbardziej poważanych obywateli, stateczny mąż i ojciec, którego oczkiem w głowie jest najmłodsze z dzieci - syn Pawełek. Mieszka tam też Maryśka - nauczycielka rozpaczająca po utraconej wolności. Udało jej się wyrwać z Czarnej do wielkiego miasta, jednak konieczność opieki nad chorym ojcem zmusiła ją do powrotu. Ojciec umarł, a ona utknęła w małym mieście z toksyczną matką bez krztyny bliskości i miłości. Z tej samotności wdaje się w romans z Jeremim. Od początku jednak wiadomo, że to nie może się udać. Oboje nie tylko oczekują od siebie czegoś innego, ale i bardzo szybko zaczynają być poddawani osądom miasteczka.
Specyficzną cechą niektórych książek z serii "Na F/Aktach" jest to, że znamy zakończenie. Sprawy opisywane przez pisarzy są na tyle głośne, że trudno znaleźć kogokolwiek, kto o nich nie słyszał. Od początku więc większość czytelników wie kto kogo zabije. Nie wiemy jednak dlaczego. I to jest dla autora największym polem do popisu. A Kuczokowi trzeba przyznać, że analizą motywów postaci zajął się po mistrzowsku. Znając sytuację, w której żyli bohaterowie ma się wrażenie, że dużo bardziej winne jest miasteczko niż rzeczywisty sprawca. I tutaj dochodzimy do sedna. Historia Jeremiego i Maryśki to romans jak ich wiele. Żonaty mężczyzna ma dość swojej żony, która po kilku porodach nie jest ani taka piękna ani tak radosna jak kiedyś. Znudziła mu się też z kilku innych powodów. Nie ma jednak zamiaru od niej odchodzić. Małżeństwo, przynajmniej na polskiej prowincji, jest zazwyczaj tworem wygodnym - ma się gosposię za darmo, a także status pana i władcy w gratisie. Jeremi potrzebuje rozrywki, więc decyduje się na romans. Choć jest atrakcyjną partią - właścicielem tartaku i lokalną szychą, nie ma zbyt wielkiego wyboru. Po krótkiej selekcji lokalnych panien typuje Maryśkę - ponieważ jest wolna, młoda i trochę nie pasuje do otoczenia. Trafia na podatny grunt - kobieta jest dręczona przez matkę, która za wszelką ceną pragnie wpisać córkę we własne schematy. Czarna jest mała, Maryśka nie ma szans na ucieczkę od rodzicielki. Tkwi więc w nieprzyjaznym domu, zamknięta w czterech ścianach i samotna. Jeremi wydaje jej się szansą na zmianę beznadziejnego losu. I dlatego się w nim zakochuje. Nie wie, że ta miłość będzie ją tyle kosztować. Miasteczko jest bezlitosne. Łatwo ocenia i piętnuje. Miasteczkiem żądzą mężczyźni. I choć to kobiety głównie oceniają, robią to według patriarchalnych standardów. Żonaty mężczyzna ma romans, więc możliwość jest tylko jedna - ta złośliwa lafirynda, która nie wie, gdzie jej miejsce, musiała zamieszać mu w głowie. Łatwo jest oceniać. Szczególnie, jeśli świat widzi się w czarno-białych barwach. Łatwo jest oceniać, kiedy nie ma nic innego do roboty. Łatwo jest oceniać, skoro oceniają wszyscy. Łatwo jest oceniać, kiedy wszyscy wokół żyją według tego samego schematu. Rozumiem Maryśkę, bo wiem, jak działają małe polskie miasteczka - jak piętnują tych, którzy myślą inaczej, wyglądają inaczej, czy negują to, co robią wszyscy. Kuczokowi udało się pokazać niuanse tej chorej sytuacji. Nie odpuszcza nikomu. Daje nam niemal na tacy wady wszystkich bohaterów. Obrywa się zarówno Maryśce i Jeremiemu, jak i ich bliskim i znajomym. Przede wszystkim obrywa się Czarnemu. Tym wszystkim pozornie anonimowym ludziom, tworzącym toksyczny kolektyw. Udaje się to dzięki stylowi jakim napisano tę książkę. Jeśli przyjrzeć się temu bliżej, można stwierdzić, że to powieść stworzona ku czci języka. Nie jest on prosty ani przyjemny. Każdy z bohaterów dostaje własny głos, często pełen obrzydliwości, dosadny i oceniający. Pod tym kątem, jak i pod każdym innym książka ta jest majstersztykiem. I choć zazwyczaj ambitną literaturę wolę czytać, a nie jej słuchać, niezmiernie cieszę się, że "Czarną" pochłaniałam w formie audiobooka. Głos lektorki pozwolił tej opowieści wybrzmieć, nadał jej dodatkowego charakteru, uwrażliwił na poszczególne style wypowiedzi. Przeczytajcie choć fragment tej książki na głos, a zrozumiecie o czym mówię. W "Czarnej" rozpacz i odrzucenie miesza się z nadzieją, beznadzieja z wrogością i ułudą. To tygiel uczuć i emocjonalnych obciążeń, które prędzej czy później muszą doprowadzić do tragedii.
Dawno nie czytałam, czy też nie słuchałam tak dobrej książki. Dzięki Kuczokowi można się przekonać, ile staranne konstruowanie języka może dać literaturze. Dowiedzieć się na ile emocje mogą zostać zawarte w słowach i dlaczego sztywne zasady i ślepe podążanie za irracjonalnymi regułami stworzonymi przez przepełnioną wrogością społeczność mogą doprowadzić do tragedii. 

niedziela, 12 listopada 2017

Zbyt długa partia szachów, czyli "Z jednym wyjątkiem" Katarzyny Puzyńskiej

K. Puzyńska, "Z jednym wyjątkiem", Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2015.

Powieści Katarzyny Puzyńskiej, opowiadające o sympatycznych policjantach ze wsi Lipowo, na stałe zagościły w moich czytelniczych planach. Nie uważam ich, co prawda, za arcydzieła, ale są w moim mniemaniu na tyle swojskie i emocjonujące, że daję się wciągnąć w ich mały świat. "Z jednym wyjątkiem" to czwarty tom tej serii i muszę przyznać, że Puzyńska niezmiennie trzyma poziom.
W okolicach Lipowa zostaje zamordowana kwiaciarka w podeszłym wieku. Nie dość, że jej ciało specjalnie upozowano po śmierci to jeszcze na stole ustawiono szachownicę, na której bierki zostały rozmieszczone w charakterystyczny sposób. Kto mógł zabić samotną kwiaciarkę? Odpowiedzi na to pytanie zaczynają szukać policjanci z Lipowa. Po wnikliwych przesłuchaniach okazuje się, że kobieta miała sporo wrogów i zamieszała się w kilka niejednoznacznych spraw. W rozwiązaniu zagadki, jak zwykle, policjantom przeszkadzają problemy osobiste i dylematy, z którymi muszą się zmierzyć. 
Ten, kto czytał choć jeden tom sagi o policjantach z Lipowa wie, że po Puzyńskiej można się spodziewać niespodziewanego. I owszem, prawie do końca nie domyślałam się, kto zabił. Uświadomiłam sobie za to, że świat szachów może być całkiem fascynujący - przynajmniej dla tych, którzy potrafią w nie grać. Sama znam jedynie zasady tej skomplikowanej gry, dlatego z zaciekawieniem poznawałam różne szachowe historie. Przynajmniej te współczesne. Ponieważ przeplatająca fabułę historia sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat po pewnym czasie robi się nużąca i niepotrzebnie przeciąga fabułę. Poza tym, moim zdaniem, naprawdę niewiele wnosi do całej opowieści. Wróćmy jednak do śledztwa. W tym przypadku Puzyńska zaprezentowała nam ciekawą i szeroką gamę bohaterów, którzy trochę nawiązują do stereotypów, by jednocześnie w niektórych aspektach je łamać. Mamy więc pustą blondynkę z tipsami, jej chłopaka -dresiarza, który kocha przyrodę niczym rasowy lewak i milicjanta na emeryturze, tęskniącego za zasadami starego systemu. Warto wspomnieć też o ofierze i jej koleżance, czyli dwóch walecznych emerytkach, które zamiast dołączyć do toruńskiej armii, zajmują się ekologią. Ponadto, w trakcie śledztwa przekonujemy się, że komisarz Klementyna Kopp może być nierozsądna i posiada więcej tłumionych uczuć, niż można się było spodziewać. A główny bohater - Daniel Podgórski odrywa się od sprawy, by lepiej poznać swojego syna, o którego istnieniu, do niedawna, nie wiedział. Jego pojawienie się sprawia, że policjant jest zupełnie zdezorientowany i próbuje rozwiązać zarówno kwestię związaną z kontaktami z chłopakiem, jak i z rozwijaniem jego dotychczasowego związku. Wątki obyczajowe w powieściach Puzyńskiej są zazwyczaj ciekawe i tak jest i w tym tomie. Nawet duża część zagadki kryminalnej oscyluje wokół relacji i konfliktów rodzinnych. "Z jednym wyjątkiem" jest książką, którą czyta się lekko, szybko i przyjemnie, choć ma ona, oczywiście, swoje zgrzyty.  Takie jak irytujący język, jakim posługuje się Klementyna Kopp. Można go jednak usprawiedliwić kreacją tej postaci.
Mamy przed sobą wiele długich jesiennych i zimowych wieczorów. Jeśli chcecie kilka z nich spędzić na lekkiej, emocjonującej i całkiem zabawnej lekturze, "Z jednym wyjątkiem" Katarzyny Puzyńskiej to dobry wybór. Ja z pewnością sięgnę po kolejne tomy. Jeden, z autografem autorki, już czeka na mnie na półce :)

wtorek, 7 listopada 2017

Nieskazitelność to tylko tarcza, czyli "Łowcy głów" Jo Nesbø

J. Nesbø, "Łowcy głów", tłumaczenie I. Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012.

Kto nie czytał jeszcze ani jednej książki Jo Nesbø? Ja. Udało mi się jednak wysłuchać audiobooka "Łowców głów" i przyznam, że moje pierwsze spotkanie z tym wychwalanym pod niebiosa autorem kryminałów, mogę uznać za całkiem udane. Owszem, książka ma swoje niedociągnięcia i pewną irytującą bohaterkę, ale tempo akcji sprawia, że nie ma nawet kiedy na nią narzekać.
Roger Brown jest, w swoim mniemaniu, najlepszym headhunterem w Norwegii. Niestety, mimo swoistego prestiżu i uznania, jego zarobki nie są w stanie sprostać wszystkim wymaganiom przywykłej do luksusu pani Brown. Dlatego też, po godzinach łowca głów zajmuje się kradzieżą dzieł sztuki i ich sprzedażą na czarnym rynku. Kiedy w jego zasięgu pojawia się, uznawany dotąd za zaginiony, obraz Rubensa, który mógłby zaradzić wszystkim problemom finansowym, headhunter zaczyna snuć plan jego zdobycia. Nie spodziewa się jednak, że tym razem trafi na godnego przeciwnika.
Cieszę się, że zapoznałam się z tą powieścią w formie audiobooka. Są ku temu dwa powody - narracja pierwszoosobowa i lektor - Krzysztof Gosztyła. Właśnie to zestawienie nadaje książce moc. Mimo że nie przepadam za historiami opowiadanymi ustami głównego bohatera, ta przypadła mi do gustu ze względu na ironiczny monolog Browna i sposób w jaki był czytany. Nie wiem, czy w innej interpretacji, czy też na papierze, byłabym tak samo zaintrygowana tą płynącą w niesamowitym tempie historią. A trzeba przyznać, że ma ona kilka dobrych stron. Przede wszystkim kreacja głównego bohatera. Roger Brown nie ma nic wspólnego z typowym macho. Jest niskiego wzrostu i ma z tego powodu kompleksy. Dysonans w jego życiu wywołuje także stosunek do ojca, któremu headhunter zarzuca zbyt niskie pochodzenie. Kiedy spojrzymy na wyrytą w świadomości Browna niższość, trudno nam się dziwić, że tkwi przy swojej pięknej, aż nieznającej wartości pieniądza żonie i stara się spełniać wszystkie jej zachcianki, bez względu na konsekwencje. Pani Brown, choć nie da się jej lubić i wydaje się mało realna nadaje książce specyficznego kolorytu - trudno sobie wyobrazić kogoś tak bardzo oderwanego od rzeczywistości i naiwnego. Nie wiem czym ta słodka dziewczynka w średnim wieku zaczarowała Rogera Browna, ale zapewniam, że jego przywiązanie, mimo ciągłych wybryków małżonki, jest wręcz niedorzeczne. Największy wpływ na fabułę ma jednak antagonista tytułowego łowcy głów, który w przeciwieństwie do głównego bohatera, ma wiele wspólnego z postaciami z filmów akcji i przeszkolenie w służbach specjalnych za sobą. To dzięki niemu mamy w książce do czynienia ze specyficzną walką dwóch inteligentnych mężczyzn, z których jeden jest trochę lepiej przeszkolony, a drugi odrobinę sprytniejszy. Jak skończy się tak historia zrodzona z troski o spełnianie zachcianek rozrzutnej żony? Tego możecie się dowiedzieć sami, zapoznając się z książką.
"Łowcy głów" to wciągająca i emocjonująca historia, która może nie wiele wnosi do naszego życia, ale z pewnością pozwoli na miłe spędzenie kilku godzin. Dzięki tej pozycji, swoje pierwsze spotkanie z Jo Nesbø uznaję za udane. A jeśli możecie i lubicie - zamiast czytać, posłuchajcie tej książki. Ironiczna historia Rogera Browna doskonale brzmi, kiedy opowiada ją Krzysztof Gosztyła.

czwartek, 2 listopada 2017

Książka, która śmieszy zamiast mrozić krew w żyłach, czyli "Osiemnaście stopni poniżej zera" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Osiemnaście stopni poniżej zera", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy, 2017.

Do pisarstwa Ahnhema mam stosunek ambiwalentny. Byłam niemal zachwycona jego pierwszą powieścią z cyklu o Fabianie Risku zatytułowaną "Ofiara bez twarzy" i rozczarowana "Dziewiątym grobem". "Osiemnaście stopni poniżej zera" uznaje za ostatnią szansę, jaką dałam temu autorowi. Na kolejną nie ma szans.
Podczas pościgu w szwedzkim Helsinborgu jedno z aut wpada do basenu portowego. Po jego wyłowieniu i bliższych oględzinach okazuje się, że kierowca nie żył już od kilku tygodni i był znaczącą personą w świecie IT. Policja rozpoczyna emocjonujące śledztwo, w którym co rusz pojawiają się nowe ofiary. Tymczasem Fabian Risk stara się uzdrowić stosunki rodzinne, co nie idzie mu za dobrze. Jego syn po raz pierwszy się zakochuje przez co coraz bardziej oddala się od rodziców, a żona jest skupiona, przede wszystkim, na swojej artystycznej karierze. Trudno się więc dziwić, że śledczy odnajduje odskocznię w nowej sprawie. W międzyczasie jego duńska koleżanka Dunia zmaga się z represjami ze strony byłego szefa, który zamyka przed nią wszystkie drzwi do kariery. Mimo tego, policjanta trafia na trop przedziwnej szajki.
"Osiemnaście stopni poniżej zera" to pełen wartkiej akcji kryminał. Niestety, zamiast napięcia wzbudził we mnie śmiech. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem szaleńcem, którego bawią ludzie zamarzający na śmierć - po prostu ilość naciąganych faktów w tej książce była tak wielka, że z dwojga złego uznałam, że lepiej śmiać się niż płakać. A najgorsze jest to, że nie mogę nikomu zdradzić źródła irracjonalności bez podania szczegółów fabuły. Jest jednak parę innych aspektów, o których mogę wspomnieć i nie omieszkam tego zrobić.Zacznijmy od bohaterów. Fabian Risk zawsze był irytującą ofermą, ale reszta policjantów, a w szczególności policjantek, naprawdę dała się lubić. Tym razem autor zrobił z Dunii, dotychczas kobiety, która naprawdę potrafiła sama zadbać o swoje interesy, kogoś, kto zbyt łatwo rezygnuje i daje się wykiwać. Jednak to nic w porównaniu z tym, co przytrafiło się szefowej helsinborskiej policji - ta bowiem z kompetentnej i inteligentnej kobiety zmieniła się w alkoholiczkę, którą niepodzielnie rządzi menopauza. Jak widać, niektórzy mężczyźni, w tym pisarze, zdają się myśleć, że przekwitanie odbiera istotom płci żeńskiej rozum. Poznęcać możemy się też nad młodzieżą pojawiającą się na kartach powieści. Teodor Risk, syn Fabiana to ucieleśnienie obaw każdego rodzica - jest zbuntowany, niezrównoważony i uwierzy we wszystko, co powie mu piękna dziewczyna. Właściwie zrobi też wszystko, żeby z nią być. A jego ojczulek, jak zwykle, nic nie zauważy. Słuchając o rodzinie Risków ma się ochotę wykrzyczeć im w twarz, aby wreszcie poszli każdy w swoją stronę, bo wspólne życie raczej im nie wychodzi, więc po co się męczyć... przez kolejne kilka tomów. Podsumowując - wątek obyczajowy kuleje niemal tak bardzo jak kryminalny. A całość w beznadziejności podkreśla silenie się na sceny w stylu "Pięćdziesięciu twarzy Grey'a" napisane tylko odrobinę lepiej niż pierwowzór. Dreszcz emocji podczas słuchania wzbudzał we mnie tylko lektor, Mariusz Bonaszewski, który umie nawet najbardziej irracjonalne fragmenty powieści przekazać w taki sposób, że mam ochotę się bać. Niestety, nie było czego.
Dałam Ahnhemowi ostatnią szansę, ale on jej nie wykorzystał. Szkoda, ponieważ pierwszy tom tego cyklu pokazał, że autor ma duży potencjał. "Osiemnaście stopni poniżej zera" to książka, po którą sięgać nie warto, ponieważ thriller czy kryminał fabularnie graniczący z absurdem, wzbudza śmiech zamiast strachu.

czwartek, 26 października 2017

Pierwsze urodziny bloga!!!


Pierwsze urodziny bloga - nawet koty nie mogą uwierzyć, że czas tak szybko leci :)

Chciałam pominąć ten wpis. Darować sobie. W końcu to tylko urodziny bloga. Czy blogi mogą w ogóle obchodzić urodziny? Być może te popularne owszem - w końcu urodziny to dobry czas na konkurs i pochwalenie się paroma sukcesami. Doskonały moment na kolejną PR-ową akcję. Tylko u mnie PR-u nie będzie. Konkursu też. W kwestii automarketingu jestem raczej niezdolna i leniwa. Robię to, co uważam za konieczne, naiwnie wierząc, że dobre teksty prędzej czy później obronią się same. Dlaczego więc zdecydowałam się na ten wpis? Powodów jest kilka.
Pisanie bloga przez rok być może nie jest wielkim sukcesem, ale kiedy wezmę pod uwagę to, jak wiele zmieniło się w ciągu tych ostatnich dwunastu miesięcy, jestem całkiem zadowolona z tego, że wytrwałam. Nie jestem idealna i nie zawsze wywiązuję się ze wszystkich blogowych obowiązków tak, jak powinnam. Choć, na moje szczęście, tylko ja i jeden mały plik w moim komputerze wiemy, jak wielkie są moje recenzenckie zaległości. Chociaż jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że przez ten rok zmieniłam kraj, w którym żyję, zaczęłam pracować w zawodzie związanym z pisaniem i adoptowałam dwa kociaki, moje zaległości wydają się być usprawiedliwione.
Warto wspomnieć również o tym, jak blogowanie wpłynęło na mój gust czytelniczy. Dzięki recenzjom innych blogerów otworzyłam się na nowe gatunki i przeczytałam książki, które do tej pory omijałam szerokim łukiem. Nie żałuję - reportaże wiele nauczyły mnie o świecie. Tak samo jak powieści noblistów, będące wspaniałym powrotem do dalszego odkrywania ambitniejszej literatury. Przeczytałam też masę kryminałów, które kiedyś wydawały mi się banalne, ale teraz stały się najlepszą tramwajową rozrywką (choć przyznam, że odkąd zaczął się rok akademicki czytanie w środkach komunikacji miejskiej zrobiło się znacznie trudniejsze z powodu deficytów przestrzeni).
Przez ten rok powstało sto jeden postów (ten jest sto drugi), z których tylko trzy nie były związane z konkretną lekturą. Z jednych jestem dumna bardziej, z drugich mniej, jednego (nie powiem, którego) się wstydzę. Część powstawała w dość nietypowych warunkach, ale w każdy z nich włożyłam serce i starałam się być szczera w swojej ocenie. Pomaga mi w tym poniekąd fakt, że (poza jednym wyjątkiem) sama zaopatruje się w czytane książki. Przyzwyczaiłam się do tej niezależności. Przynajmniej mam pewność, że nic się nie stanie, jeśli nie opublikuję paru recenzji w terminie. Choć obiecuję, że wszystkie nadrobię.
Z okazji pierwszych urodzin bloga chciałabym również podziękować tym, którzy czytają go mniej lub bardziej regularnie. Jako człowiek, któremu zdarza się pisać po dwadzieścia tysięcy (pozablogowych) znaków dziennie powinnam przywyknąć do tego, że ktoś czyta moje teksty, ale świadomość, że część z Was poświęca swój wolny czas po to, by choć zerknąć na moją opinię na jakiś temat, bardzo mi pochlebia. Dziękuję bardzo! Rok temu w życiu nie uwierzyłabym w to, że będzie Was tak wielu :)
A czego możecie się spodziewać po kolejnym roku bloga Tyle liter przed oczami? Kolejnych recenzji i, być może, paru felietonów okołoksiążkowych. W najbliższym czasie napiszę o takich pozycjach jak "Wymazane" Michała Witkowskiego, "Rdza" i "Ślady" Jakuba Małeckiego, "Kaprysik" Mariusza Szczygła, "Łowcy głów" Jo Nesbø czy "Mitologia Nordycka" Neila Gaimana. Widać więc, że będzie różnorodnie i, mam nadzieję ciekawie. No i z pewnością książkom na zdjęciach będą towarzyszyć moje koty. A tym, którzy sądzą, że te małe futrzaki nie mają nic wspólnego z literaturą przyznam w ramach urodzinowego sekretu, że Karl Ove został nazwany na cześć Knausgårda, a Lars w związku z sympatią do Larsa Saabye Christensena. I tak, jestem psychofanką norweskich pisarzy - nauczyłam się z tym żyć :)
A na koniec bonus w postaci kotów z książkami ich pisarskich patronów :)

poniedziałek, 23 października 2017

"Nielegalne związki" Grażyny Plebanek, czyli powieść o walce z nużącą normalnością

G.Plebanek, "Nielegalne związki", Wydawnictwo W.A.B., 2014.

Nie lubię opowieści o miłości, zdradzie i związkach. Grażyna Plebanek przekonała mnie jednak do swoich powieści wielokrotnie i byłam ciekawa, jaka jest jej wizja "Nielegalnych związków". Szczególnie, że bohaterem tej książki uczyniła mężczyznę, sprawiając, że daleko jej do sztampowego romansidła. Nie zmienia to jednak faktu, że powieść ta wzbudziła we mnie ambiwalentne uczucia.
Jonathan to Polak o skomplikowanej, międzynarodowej biografii. Razem ze swoją żoną przeprowadza się z Polski do Brukseli. Robi to dla niej i jej kariery. Stara się tam odnaleźć na nowo, co nie jest aż tak proste, jak mu się wydawało. Wtedy pojawia się ona. Ta druga. Andrea. Partnerka szefa jego żony. Kobieta uwodzicielska, wzbudzająca podziw, robiąca karierę dziennikarską. Jak pozostać wiernym żonie i dwójce dzieci w świecie, w którym nie ma się celu, kiedy obok stoi taka kobieta?
To nie jest zwykły romans. I właśnie to ratuję tę książkę. Ponieważ historia mężczyzny, który ma wszystko, czego chcieć powinien: odnoszącą sukcesy żonę, dwójkę cudownych dzieci, pracę sprawiającą satysfakcję, choć nie dającą wiele zarobić, w pełni ułożony świat. Jednak w momencie, w którym nawiązuje on kontakt z pozornie nieosiągalną kobietą to wszystko przestaje mieć znaczenie. Jest gotów umawiać się z nią ukradkiem w kościołach, do których w Brukseli nikt nie chodzi, by choć na chwilę być blisko niej. Jednocześnie Jonathan nie wyobraża sobie życia bez żony i dzieci. I właśnie to niezdecydowanie, ta ambiwalencja uczuć jest esencją tej powieści. Mężczyzna, stający się emocjonalnym i seksualnym niewolnikiem swojej kochanki, z drugiej nierozerwalnie przywiązany do rodziny, z którą żyje. Problem książki polega na tym, że Jonathana niezmiernie trudno zrozumieć. Być może winny jest temu charakter jego kochanki, kobiety nieautentycznej. Owszem, obserwujemy ją oczami Jonathana, jednak na początku miałam wrażenie, że tak idealne kobiety nie maja racji bytu, a potem zastanawiałam się jakim cudem ktoś taki może utrzymać przy sobie jakiegokolwiek mężczyznę. Andrea miała być marzeniem każdego mężczyzny, jednak z opisów Plebanek można wywnioskować, że jest to raczej kobieta odstręczająca. I nie chodzi o to, że nie można się z nią zaprzyjaźnić, raczej nie chce się mieć z nią nic wspólnego. Nie wiem, czy taki był zamysł autorki, czy to tylko moje odczucia, ale nie jest to kobieta, w której mógłby się zakochać ktokolwiek. Esencją książki jest z pewnością problem kontroli nad uczuciem. Kwestia zapanowania nad szaleństwem ciała i serca w imię dobra tych, którzy znacznie wcześniej w owym sercu zagościli. Niestety esencja ta zanika często pod płaszczykiem pożądania w tej powieści zamieniającego człowieka w zwierzę. Ciekawym przypadkiem jest również najbliższy przyjaciel głównego bohatera - Stefan. Zdaje się on być stereotypem mężczyzny, który dla seksu jest w stanie zrobić wszystko, a monogamia jest dla niego niewyobrażalną męką. Schemat, w który się on wpisuje jest interesujący, lecz gra z nim wydała mi się w efekcie za mało finezyjna. Tak samo jak jego rozmowy z głównym bohaterem, które zdają się nie wnosić wiele.
Po Grażynie Plebanek spodziewałam się więcej. Trójkąty miłosne i niezdecydowanie bohaterów potrafią wciągnąć, ale na krótką metę. Już w połowie powieść wydawała się nużąca i niemal przewidywalna. Jednak jeśli lubicie historie o relacjach damsko-męskich ta pozycja może się Wam spodobać. Przebija bowiem większość książek je poruszających łamaniem schematów i klasą, której nie można "Nielegalnym związkom" odmówić.

niedziela, 15 października 2017

Kilka słów bolesnej prawdy, czyli "Jak uleczyć fanatyka?" Amosa Oza

A.Oz, "Jak uleczyć fanatyka?", tłumaczenie D. Sękalska-Wojtowicz, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2006.

Z czym kojarzy nam się fanatyk? Z islamskim terrorystą, wyznawcą jedynej słusznej partii, kibicem sportowym, szalonym głosicielem wyższości aktywności fizycznej nad spożywaniem cukru i glutenu... Każdy z nas ma własne skojarzenia i są one mniej lub bardziej słuszne. Przypuszczam, że z boku niektórym też mogę wydawać się fanatyczną feministką albo fanatyczną miłośniczką powieści Knausgårda. Nie dziwi mnie to. Wszyscy odnosimy się do tego, co znamy i opowiadamy o tym z naszego punktu widzenia. Tak też zrobił izraelski pisarz i wykładowca - Amos Oz w swoich esejach zawartych w książce "Jak uleczyć fanatyka?"- opowiedział o fanatyzmie ze swojego punktu widzenia. Jednak jako, że przygląda się konfliktom różnego rodzaju fanatyków od dłuższego czasu, w swoich tekstach nie udziela nam łatwych odpowiedzi.
Trzy eseje zawarte w "Jak uleczyć fanatyka?" początkowo były wykładami. Amos Oz wygłosił je w Tybindze w 2002 roku, krótko po ataku na World Trade Center. Właśnie wtedy fanatyk zaczął się większości mieszkańców zachodniego świata kojarzyć z islamskim terrorystą. Jednak autor nie porusza tego tematu. Mówiąc o fanatyzmie odwołuje się przede wszystkim do sytuacji na Bliskim Wschodzie, którą zna z autopsji. I zamiast odpowiedzieć na pytanie "Jak uleczyć fanatyka?" odpowiada na to "Jak fanatykiem nie zostać?".
Fanatyk jest zazwyczaj niewolnikiem jednej książki, ewentualnie jednej idei. Dlatego też Oz, podając dość oczywiste sposoby na wykształcenie w człowieku pluralistycznych poglądów, opowiada jak został pisarzem i na ile umiejętność wczuwania się w sytuację innych ludzi, ułatwia życie wśród fanatyków. Wszystkie jego poglądy wydają się być wyważone i nie skłaniają nas do buntu wobec wypowiadanych słów. Oz, w przeciwieństwie do fanatyków, nie jest populistą. Nie boi się powiedzieć, że winą za konflikty powinno się obarczać obie strony. Na tej kanwie stara się budować kompromisy. Jest to doskonale widoczne, gdy opowiada o konflikcie na Bliskim Wschodzie, który zdaje się w kilku zdaniach rozwiązywać za pomocą kompromisu. Tylko kompromis ma to do siebie, że boli obie strony, dlatego zazwyczaj nikt nie chce się na niego zgodzić. Szczególnie, że osoba dochodząca do kompromisu to wręcz antyteza fanatyka. Jeśli szukamy w tej książce prostej odpowiedzi na pytanie "Jak uleczyć fanatyka" możemy powiedzieć, że ucząc go pluralistycznego myślenia. Niestety, jak doskonale wiadomo, jest to niemal niewykonalne przez co zaostrzane przez lata konflikty rzadko kończą się kompromisem. Same rozważania Oza na temat Bliskiego Wschodu pokazują także coś, czego nie chcemy dostrzegać na co dzień - rolę Europy w samym stworzeniu tamtego konfliktu. Nie chcę tutaj upraszczać historycznych niuansów, ale samo stworzenie państwa Izrael można uznać za konsekwencję antysemityzmu. Warto dowiedzieć się o tym nieco więcej od człowieka, który musi sobie z takimi problemami radzić.
"Jak uleczyć fanatyka?" Amosa Oza to trzy wciągające eseje napisane pięknym językiem. Mimo, że pochłania się je szybko, nie można przestać o nich myśleć przez dłuższy czas. I właśnie po ty, by mogły wzbudzić w nas refleksje, warto poświęcić im kilka dłuższych chwil.

niedziela, 8 października 2017

Prawda i zaprzeczenie, czyli "Mokradełko" Katarzyny Surmiak-Domańskiej

K. Surmiak-Domańska, "Mokradełko", Wydawnictwo Czarne, 2012.

Zanim przeczytałam "Mokradełko" Katarzyny Surmiak-Domańskiej miałam okazję je obejrzeć. W Teatrze Nowym w Poznaniu odgrywany jest bowiem spektakl stworzony na podstawie tego reportażu. Jest on nad wyraz wierny oryginałowi i przyznam, że czytając książkę mimowolnie patrzyłam na nią przez jego pryzmat. Mimo tego, nie żałuję czasu poświęconego na tę lekturę, ponieważ "Mokradełko" porusza wiele ważkich tematów, o których naprawdę warto mówić.
Halszka to kobieta z problemami. Wydała autobiografię, w której przedstawiła swoje dzieciństwo bez zbędnych przemilczeń. Mówiąc wprost opisała to, jak przez lata za niemą zgodą matki była molestowana przez ojca. Na książce się nie skończyło - Halszka udzielała wywiadów i występowała w telewizji, dzięki czemu okoliczni mieszkańcy szybko dowiedzieli się, kto opisał te tragiczne wydarzenia, mimo że autorka występowała pod pseudonimem. "Mokradełko" to opowieść o tym jak kobieta, która napisała głośną książkę "Kato-tata. Nie pamiętnik" odbija się w oczach swojego otoczenia. To także krótka historia jej relacji z matką, w podróży do której towarzyszy Halszce dziennikarka, mimowolnie znajdująca się w centrum opisywanych wydarzeń.
"Mokradełko" nie jest łatwą książką. Tak jak nie jest łatwa sama Halszka. To kobieta o sprzecznej osobowości, która mimo próby przepracowania traumy nie umie sobie z nią poradzić. Non stop poszukuje uwagi i nie umie przyjąć roli, jaką społeczeństwo przypisuje ofiarom - nie potrafi siedzieć cicho i cierpieć w samotności. W małej społeczności otwarte przyznanie się do bycia molestowanym nie jest łatwe. Przykład Halszki pokazuje, że można przysporzyć sobie takim wyznaniem więcej wrogów niż przyjaciół. Fakt, że dzieciństwo w specyficzny sposób wpłynęło na rozwój tej kobiety, również nie ułatwia jej życia. Jednak nie o opiniach sąsiadów, teściowej czy, tak zwanych, przyjaciół jest przede wszystkim ta książka. Reportaż Surmiak-Domańskiej opowiada bowiem głównie o relacjach pomiędzy autorką wstrząsającej autobiografii a jej matką. Te nie są łatwe. W "Kato-tacie" Halszka opisuje jak matka zanosi ją, małą dziewczynkę, umytą ojcu do łóżka. Wskazuje jasno, że matka musiała wiedzieć o tym, co zmarły już ojciec robi córce. Jednak dawała na to przyzwolenie i nadal zdaje się zachowywać, jakby nigdy nic się nie stało. W jej zachowaniu można jednak wyczuć poczucie winy, kiedy usiłuje zapchać córkę jedzeniem lub oddać jej swoje ostatnie zapasy tylko po to, by Halszka nie pytała dlaczego. Karolina, bo tak ma na imię matka głównej bohaterki, przez lata stała się mistrzynią w strategii unikania. Poza tym sama nie może wybaczyć córce tego, że publicznie zdradziła największy rodzinny sekret. Te zarzuty bardzo mocno uderzają w samą Halszkę, sprawiają, że kobieta staje się wewnętrznie sprzeczna. Ponieważ z jednej strony zrobiła to, co powinna, pokazała światu, co dzieje się w niektórych polskich domach, kiedy nikt nie patrzy, a z drugiej po części zdradziła swoją rodzinę. Problemem jest tu jednak nie sama Halszka tylko polska mentalność - to, że nadal istnieje w świadomości wielu z nas szereg spraw, które należy przemilczeć, ponieważ kalają obraz rodziny. Książka Halszki analizowana przez ten pryzmat wydaje się być pewnego rodzaju aktem desperacji - nie potrafiła dotrzeć do stosującej nieustanne uniki matki w inny sposób, więc napisała autobiografię. Nie spodziewała się tego, że Karolina potrafi zaprzeczyć nawet prawdzie medialnej. Wplątana w tę historię dziennikarka stara się załagodzić ten konflikt, choć przez moment porozmawiać z matką Halszki o "Kato-tacie". Jednak napotyka ona szereg trudności, jakby pamięć Karoliny została przepisana na nowo w sposób, który kobieta uważa za stosowny.
"Mokradełko" to ciekawy o poruszający reportaż o tym, jak radzić sobie ze światem po wyznaniu straszliwej prawdy. To także opowieść o polskim zakłamaniu i ludziach zdolnych do współczucia tylko wtedy, gdy osobiście nie znają ofiary. I choć książka ta potrafi wyczerpać czytelnika emocjonalnie, naprawdę warto ją przeczytać. A potem zobaczyć jej teatralną adaptację.

środa, 4 października 2017

Nerwowe nieporozumienie, czyli "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Dziewiąty grób", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy, 2016.

Nie lubię źle pisać o książkach. Ale czasami muszę. Szczególnie wtedy, gdy wiem, że autora stać na napisanie dobrego, spójnego i wciągającego kryminału, a dostaje... czytadło na średnim poziomie. Po "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema sięgnęłam, ponieważ miałam tego audiobooka od stycznia, a czekała mnie nocna podróż. Z niewyjaśnionych dla mnie powodów ludzie w pociągach i autobusach domagają się gaszenia światła już koło dwudziestej drugiej, a ja należę do osób, które nie zasną w towarzystwie obcych ludzi. Został mi więc Ahnhem. I chwilami naprawdę żałowałam, że nie mogę spać.
Znika szwedzki minister sprawiedliwości. Nie ma po nim śladu, a tropy urywają się jeden za drugim. Do śledztwa w tej sprawie wyznaczony zostaje Fabian Risk - nie może tylko nikomu zdradzić, nad czym pracuje. W tym samym czasie w Danii zostaje zamordowana żona prezentera telewizyjnego. Trop prowadzi do Szwecji. To właśnie tam zabójcy szuka duńska policjantka Dunja. Nie są to jednak jedyne ofiary. Coraz częściej znajdowani są w okolicy okrutnie zamordowani ludzie. Nikt nie wie, kto może stać za ich śmiercią. Mimo że "Dziewiąty grób" to drugi tom opowieści o Fabianie Risku, opowiada on o wydarzeniach sprzed "Ofiary bez twarzy".
Usiłując znaleźć pozytywy tej powieści, odnajduje jeden - otóż cieszę się, że skusiłam się na nią tak późno, bo jeszcze w grudniu zeszłego roku przeżywałabym katusze, gdyż Anhnem postanowił na kartach swojej książki wypatroszyć kobietę jakieś osiemset metrów od mojego ówczesnego domu. I tu przechodzimy do negatywów, czyli owego patroszenia. Nie jestem nazbyt wrażliwa na krwawe książkowe opisy, ale w trakcie słuchania tej powieści wiele razy miałam mdłości. Ahnhem był w nich aż nazbyt dosłowny, nie żałował ani jednego fizjologicznego szczegółu i obrazowo przedstawiał bawet najgorsze tortury. Wierzcie mi, w tym przypadku obrazowość nie jest zaletą. Zastanawiam się, co musi znajdować się w głowie autora, który wymyślił tyle brutalnych morderstw i opisał je z takimi detalami. Wróćmy jednak do pozytywów. Z pewnością należały do nich dwie przewijające się przez całą powieść bohaterki Dunja i Malin - dwie policjantki z zupełnie różnych światów mają mocno zarysowane charaktery i są nieustępliwe. I choć ich wątki są nieco naciągane - jedna przeżywa problemy w związku, a druga jest w ciąży i podkreśla to na każdym kroku, są one perełkami w porównaniu do głównego bohatera - Fabiana Riska. Cóż, nie porażał on już przy pierwszym tomie, a w tym jest jeszcze gorzej. Riskowi po prostu brakuje charakteru, przez co w opozycji do pojawiających się w powieście kobiet, wypada blado, bezbarwnie i nużąco. Problem mam też z samą intrygą kryminalną. Bo choć nie można odmówić tej powieści wciągającej akcji, zaskakujących jej zwrotów i rozwiązania, którego mało kto się spodziewa, w samym spięciu śledztwa jest wiele niedociągnięć. Powiedziałabym nawet, że część jest tak nieprawdopodobna, że wręcz niemożliwa. Na samego audiobooka dobrze wpłynął lektor - Mariusz Bonaszewski po raz kolejny sprawił, że powieść nabrała głębi i mrocznego wyrazu.
Podsumowując, muszę przyznać, że "Dziewiąty grób" to powieść, co najwyżej, średnia. I choć nie można jej odmówić tego, że wciąga czytelnika, niektóre jej elementy mnie zniechęciły. Ale jeśli macie nieograniczoną tolerancję na brutalne sceny i nie do końca uzasadnione wątki, możecie spróbować.

niedziela, 1 października 2017

Szczerze o pozornym raju, czyli "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie." Katarzyny Tubylewicz

K. Tubylewicz, "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie", Wydawnictwo Wielka Litera 2017.

Do sięgnięcia po książkę "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie" Katarzyny Tubylewicz zachęciła mnie sama autorka podczas występu w "Barłogu Literackim" Sylwii Chutnik i Karoliny Sulej. Tubylewicz opowiadała tam o Szwecji w sposób refleksyjny, odczarowując mit skandynawskiego raju. Jako, że sama miałam okazję rozwiać mgłę ułudy wiążącą się z ponoć najszczęśliwszym krajem na świecie - Danią, byłam niezmiernie ciekawa, co chowają przed światem Szwedzi. I przyznam, że dowiedziałam się wielu bardzo interesujących rzeczy.
"Moraliści" to podzielone na sześć części wywiady, mogące nam wiele powiedzieć o prawdziwym obrazie Szwecji. Nie tej, która jest równa dla wszystkich i przyjmuje niemal każdego pod swoje skrzydła, ale tej, nie do końca radzącej sobie z sytuacją, w jaką sama się wplątała. Czy w kraju idealnym mogą pojawiać się problemy związane z równością płci, wiarą, solidarnością czy wykluczeniem? Gdzie jest złoty środek pomiędzy tolerancją dla odmienności i religii a adaptacją do zasad panujących w państwie, do którego się przyjechało? Z czym kojarzą się w tym skandynawskim kraju solidarność, feminizm, tolerancja, dobroć, równość, integracja, wolność i uniwersalność? Tego możecie dowiedzieć się z książki.
Książkę Tubylewicz kupiłam impulsywnie, czułam, że muszę ją mieć, ponieważ potrzebowałam odpowiedzi. Jak niemal każdy człowiek, znający Skandynawię z czegoś więcej niż podręczniki i krótkie wakacje, próbowałam dojść do tego, co sprawia, że tamtejsze kraje pozornie wydają się rajem, ale po bliższym poznaniu okazują się być pełnymi problemów, o których otwarcie się nie mówi. Tubylewicz nie boi się o nich opowiadać. Z każdym ze swoich rozmówców (a trzeba przyznać, że nie są to jedynie rodowici Szwedzi) podejmuje trudne i czasami niewygodne tematy. Rozmawia z osobami, które na co dzień mają do czynienia z uchodźcami, znają ich problemy i wiedzą, jakie kłopoty generują. Podejmuje dialog z Birgittą Notlöf, która od trzydziestu lat pracuje na przedmieściach z kobietami, którym trudno zaaklimatyzować się w nowej ojczyźnie nie tylko dlatego, że ogranicza ich religia czy poglądy ich mężów, ale także dlatego, że są analfabetkami. To właśnie w tych miejscach, przez część naszych rodzimych polityków niesłusznie nazywanych "no go zones" widać, na czym polegają problemy uchodźców. Tubylewicz rozmawia także z kierowniczką ośrodka dla uchodźców, zdolną do uświadomienia nam, na czym polega największy ich problem. A jest nim bezczynność. Ośrodek dla uchodźców wydaje się być substytutem więzienia. Niby jest się w nowym miejscu, ale nie można iść do przodu ze swoim życiem, ponieważ trzeba czekać na decyzje odpowiednich urzędów. A to czekanie może trwać rok, a nawet i dłużej. Nie myślcie jednak, że "Moraliści" to wywiady tylko i wyłącznie dotyczące fali emigracji. Co to, to nie. Znajduje się tam wiele rozmów dotyczących innych problemów i samej istoty szwedzkości. Do moich ulubionych należy rozmowa z Evą Brunne, pierwszą na świecie luterańską biskupką otwarcie przyznającą się do swojego homoseksualizmu. Wyobrażacie sobie coś takiego w kraju nad Wisłą? A w Szwecji, choć jeszcze kilkadziesiąt lat temu wywołałoby to wielkie kontrowersje, jej nominacja na biskupa Sztokholmu była możliwa. Brunne opowiada bardzo dużo o istocie Kościoła Szwecji. Muszę przyznać, że, jak na razie, to jedyna instytucja kościelna, która wzbudziła cień mojej sympatii. Dlaczego? Ponieważ stara się być tolerancyjna. Tamtejsza rada biskupia dyskutuje na temat współczesnego świata i zastanawia się na ile jest on kompatybilny z naukami biblijnymi. Nie uznaje tekstów sprzed kilku tysięcy lat za niezmienne i niemożliwe do reinterpretacji. Drugi wywiad, który bardzo zapadł mi w pamięci Tubylewicz przeprowadziła z Ebbą Witt-Brattström, szwedzką literaturoznawczynią. Dotyczył on feminizmu i tego, że Szwecja jest tak naprawdę rajem dla mężczyzn, którzy w przeciwieństwie do kobiet, uznają swoją aktywność przy zajmowaniu się dziećmi za wielkie poświęcenie i żądają pochwał. W wywiadzie skrytykowała ona także mojego ulubionego Karla Ove Knausgårda. Przyznam, że całkowicie słusznie. I choć nie zgadzam się ze wszystkimi opiniami zawartymi w tej książce, muszę przyznać, że poglądy prezentowane przez rozmówców Tubylewicz zmuszają do myślenia.
"Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie." to książka pełna refleksji i chęci zrozumienia szwedzkich problemów. To także wstęp do próby pojęcia zmian, które nieustannie przekształcają nasz świat. Polecam ją wszystkim, chcącym rozwiać mgłę ułudy znad szwedzkiego raju. 

poniedziałek, 25 września 2017

Twórca zdjęty z piedestału, czyli "Jak oni pracują" Agaty Napiórskiej

A. Napiórska, "Jak oni pracują?", Wydawnictwo W.A.B, 2017.

Któż nie chciałby wzorować się na swoich mistrzach? Tak jak oni poświęcać się w stu procentach temu, co kochamy? Za sztuką często stoi jednak rutyna. Normalność, z którą musi zmierzyć się każdy, kto chce choć raz na jakiś czas skończyć któreś ze swoich dzieł. Właśnie o tej osnutej tajemnicą ciężkiej pracy opowiada książka Agaty Napiórskiej "Jak oni pracują?".
"Jak oni pracują?" to zbiór wywiadów z pięćdziesięcioma ośmioma osobami ze świata polskiej kultury. Znajdziemy tutaj wielu od Papcia Chmiela do Michała Rusinka, od Mariusza Szczygła do Wilhelma i Anki Sasnalów, od Zbigniewa Lwa-Starowicza do Łukasza Orbitowskiego. Trudno wymienić wszystkich, z którymi rozmawiała Napiórska. Każdy z przeprowadzonych wywiadów dotyczył jednak tego samego tematu - organizacji pracy, poszukiwania natchnienia i kwestii regularności w twórczości.
Przeczytałam tę książkę prawie jednym tchem. Wciągnęłam się w opowieści ludzi twórczych, ich sposoby na życie, smaczki i szczegóły, które sprawiają, że ich żywot jest trochę inny niż egzystencja ludzi pracujących od 8 do 16, wykonujących mniej lub bardziej kreatywną pracę. Choć nie powinnam uogólniać, bo polskie realia są, jakie są, w związku z czym część artystów musi traktować swoją sztukę jako hobby i oprócz tego tyra na etacie bądź śmieciówce. Czytanie tej książki jednym tchem miało jednak swoją wadę. Po czasie nie zawsze jestem w stanie przyporządkować sposób na życie do konkretnego artysty. A co takiego specyficznego znajdziemy w artystycznym sposobie na przeżycie dnia codziennego? Nic. Bowiem każdy z rozmówców Agaty Napiórskiej miał swój własny sposób na pracę, plan dnia i teorię, która może to uzasadniać. I choć zazdroszczę bohaterom części z tych wywiadów możliwości wstawania o dowolnej porze i pracy w środku nocy, po lekturze jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę z tego jak trudno jest być panem własnego losu. Bo o ile malarze mają to szczęście, że rytm ich dnia wyznacza, tak zwane "dobre światło", o tyle przedstawiciele wszystkich innych dziedzin muszą czasem dysponować samodzielnie. A nie jest to aż takie łatwe, kiedy ma się rodzinę, dzieci, przyjaciół. Kiedy jest się artystą można powiedzieć, że cały dzień się pracuje i cały dzień ma się wolne. Praca twórcza nawiedza bowiem myśli przez cały czas. Jednak czasami trzeba też zająć się jej realizacją, przelać myśli na papier, a to często wymaga skupienia, spokoju, wysłania dzieci do szkoły i partnera do pracy. Kolejną interesującą kwestią jest szukanie inspiracji. Jak pokazują historie bohaterów książki czasami przychodzi ona nagle, a innym razem trzeba godzinami wpatrywać się w pustą kartkę, by pojawił się choć przebłysk pomysłu. A przekucie idei w dzieło też nie dla wszystkich jest przyjemnością.
Cóż mogę powiedzieć po lekturze tej książki? Ciężkie jest życie artysty... A z pewnością nie jest ono sielanką, jaką wyobraża sobie część z nas. "Jak oni pracują?" Agaty Napiórskiej to zbiór ciekawostek o polskich twórcach, które przybliżają ich czytelnikowi, nadają im bardziej ludzki wymiar. Nie mi oceniać, czy odsłonili się oni przed dziennikarką w pełni. Myślę jednak, że jeśli sytuuje się przepytywanych w tej pozycji twórców na piedestale, warto przeczytać tę książkę, by przekonać się, że są ludźmi z krwi i kości i im też czasami "się nie chce".

czwartek, 21 września 2017

O książce mistrzyni, której raz coś się nie udało, czyli "Rok królika" Joanny Bator

J.Bator, "Rok królika", Wydawnictwo Znak, 2016.

Wielu przestrzegało mnie przed najnowszą powieścią Joanny Bator. Czytałam wiele niepochlebnych recenzji i całą masę utyskiwań nad jakością tej książki. Mimo tego musiałam przekonać się sama. I gdyby nie fakt, że zostałam zmuszona do spędzenia ośmiu godzin w pociągu relacji Poznań-Kraków pewnie nigdy nie skończyłabym "Roku królika".
Julia Mrok to autorka romansów historycznych, żyjąca na co dzień z dwoma mężczyznami. Nie stroni od rozkoszy i ponad wszystko pragnie opowieści. Te ostatnie inspirowane są nagłówkami tabloidów i historiami ludzi, którzy pojawiają się w jej życiu. Pewnego dnia Julia, zauważając pewien dysonans w swoim nietypowym związku, postanawia zniknąć. Zmienia tożsamość oraz wygląd i opuszcza Warszawę by trafić do Ząbkowic Śląskich, gdzie melduje się do hotelu, w którym znajduje się tajemnicze spa "pod królikiem". Wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a Julia Mrok musi zmierzyć się nie tylko z niespodziewanym biegiem wydarzeń, ale i z własną przeszłością.
Tyle z intrygującej fabuły. Trzeba przyznać, że jest ona raczej tłem do językowych popisów autorki. A te cieszą oko i wzbudzają podziw przez, mniej więcej, pierwsze sto stron. Potem irytują, nudzą i wydają się wymuszone. Tak jak ciągłe nawiązywanie do nagłówków tabloidów. Owszem - jest to pomysł świeży i intrygujący, ale w przypadku "Roku królika" nazbyt eksploatowany. Przytoczenie kilku nagłówków jest dla wymagającego czytelnika ciekawostką językową, ale po pewnym czasie zaczyna irytować. Gdyby ktoś chciał zgłębiać świat przez pryzmat tego typu "twórczości" czytałby "Fakt" i "Super Express", a nie powieść laureatki nagrody Nike. Poza tym może się wydawać, ze sama autorka się w tej zabawie pogubiła i dała ponieść magii nagłówków, wytaczającej ścieżki głównej bohaterki. To samo tyczy się poszukiwania przez Julię Mrok opowieści i fragmentów jej własnego "dzieła" przedstawianych na karatach powieści. Parodia romansu historycznego - bo zakładam, że miała to być parodia, bawi przez krótką chwilę, ale w książce przytaczane są dłuższe fragmenty owym czytadłem będące i sprawiające, że wprawny czytelnik pragnie wyłupić sobie oczy. Nadmiar jest problemem tej książki - w nadmiarze tajemnic, niedopowiedzeń, przypadków i eksperymentów językowych czytelnik się gubi. Bowiem stosowanie tych ostatnich tak spiętrza znaczenia, że bohaterowie zdają się zanikać pod ich warstwą razem z całą zagadką i grozą, która według założeń powinna się w tej powieści pojawić. Kolejnym problemem "Roku królika" jest podobieństwo do poprzedniego dzieła Bator - "Ciemno, prawie noc". Tutaj też mamy specyficzną bohaterkę zmieniającą swoje życie, tajemnice, niedopowiedzenia i ciekawy język. Tylko w poprzedniej powieści autorka trzymała to wszystko w cuglach. W "Roku królika" się pogubiła i choć nadal jest dla mnie mistrzynią słowa, nie potrafię pogodzić się z zanikiem klarowności fabuły. Kwestią do osobnej analizy jest sama Julia Mrok - bohaterka na wskroś egocentryczna, zaślepiona swą pasją do opowieści i pomijająca znaczenie ludzi w nich opisywanych. Świat to jedynie jej marionetki - muszą grać tak, jak ona im zagra, odgrywać jej powieść, ewentualnie przekształcać ją wciąż na nowo.
"Rok królika" to opowieść o kobiecie, która łaknie historii i chce skonstruować tą własną. Niestety, w nadmiarze znaczeń i smaczków językowych opowieść o Julii Mrok ginie i staje się męczącym chaosem, z którego czytelnik chce się wyrwać. Dlatego też, miłośnicy literatury, nie popełniajcie mojego błędu, trzymajcie się z dala od tej książki, bowiem Bator to mistrzyni, której raz coś się nie udało...

poniedziałek, 18 września 2017

O współczesnym niewolnictwie sankcjonowanym przez religię i prawo, czyli "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie." Mony Eltahawy

M.Eltahawy, "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie", tłumaczenie M.Juszkiewicz, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2016.

To nie będzie zwykła recenzja. Raczej tekst ulepiony z frustracji i bezsilności. Z nieznośnej świadomości, że są miejsca, w których kobiety mają jeszcze gorzej od nas, Polek, i nie mają prawa protestować. I choć przypuszczam, że i nam niedługo się to prawo odbierze, dzisiaj będę pisała o bardziej uciśnionych. Przeczytałam książkę Mony Eltahawy "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie" i mam wielką ochotę się zbuntować.
Ile można zrobić dla władzy? Dla ideologii? Czy zniewolenie połowy społeczeństwa nie jest wysoką ceną? Czy okaleczanie dzieci to za mało? Dlaczego więc nie mówimy nic, kiedy w krajach Bliskiego Wschodu kobiety traktowane są tak jak do niedawna niewolnicy? Nie mają prawa podejmować własnych decyzji, samotnie wychodzić z domu, władać własnym ciałem, a nawet jeździć samochodem. Stają się niewolnikami mężczyzn, prawo szariatu zezwala na znęcanie się nad nimi, a sądy uparcie twierdzą, że słowo kobiety równoważne jest połowie słowa mężczyzny. I wszystko to jest akceptowane przez większość obywateli, ponieważ dyskryminację usankcjonowała religia.
Nigdy nie zrozumiem lęku przed obrażaniem czyiś uczuć religijnych. Szczególnie, że często używa się własnego wyznania do czynienia zła. I nie mówię tu tylko o muzułmanach, ale i katolikach, którzy ograniczają wolność polskich kobiet dla własnych poglądów, których źródeł można dopatrywać się w tekstach liczących sobie tysiące lat. Niestety, muzułmanie zdają się być do swojej religii aż nazbyt przywiązani i większość z nich, nie potrafi podchodzić do niej na chłodno, bez zbędnych emocji. Dlatego też przestałam wierzyć, że piekło zgotowane tamtejszym kobietom uda się łatwo zamienić w raj. Są jednak muzułmanki, które pragną walczyć o siebie. Czasami na małą, a czasami na wielką skalę. Przypomnijmy sobie Arabską Wiosnę. W większości państw, gdzie miała miejsce, na ulice wychodziły także kobiety, które pragnęły walczyć także o swoje prawa. I jak to się skończyło? Nie tylko niewiele zmieniła się sytuacja kobiet w tych krajach, ale także podczas samych protestów stawały się one ofiarami wojska i współprotestujących mężczyzn. W końcu demonstracja to doskonały sposób na podszczypywanie, dotykanie i molestowanie kobiet, którym wydaje się, że mają prawo wyrażać własne zdanie i pojawiać się na ulicy. Dręczenie i molestowanie seksualne to codzienność kobiet na Bliskim Wschodzie. A najgorsza jest stojąca za tym hipokryzja. Bowiem ci, którzy zmuszają te kobiety do okrywania się od stóp do głów, twierdząc, że wodzą mężczyzn na pokuszenie, nie potrafią powstrzymać się przed dotykaniem, nawet kiedy kobiety są zakryte. Tutaj objawia się kolejny element życia kobiet na Bliskim Wschodzie, który zatrważa mnie do głębi. Otóż, dziewictwo córki jest tutaj sprawą honorową, dobrem rodzinnym, cenniejszym niż złoto. To zaprzecza ludzkiej wolności. Każdy, polityk, kapłan czy rodzić, który uzurpuje sobie prawo do decydowaniu o życiu seksualnym kobiet odbiera im człowieczeństwo i jednocześnie ustanawia siebie uzurpatorem ludzkiej wolności. Właśnie takimi handlarzami niewolników otoczone są tamtejsze kobiety. Należą do nich ich bliscy, rodziny, również inne kobiety, które same przeżyły horror obrzezania i zniewolenia i dla wpojonego im do głów honoru i religii są zdolne do zrobienia tego samego własnym córkom. Mona Eltahawy opowiada w swojej książce o wszystkich tych społecznych patologiach. Dodaje jednak wątki osobiste. Opisuje to, jak ona, nie rezygnując z bycia muzułmanką, walczyła z samą sobą by zdjąć z głowy chustę i nie obawiać się wyjść bez niej na ulicę. Mówi, ile razy stałą się ofiarą przemocy seksualnej tylko dlatego, że jest kobietą i wychodzi do miasta bez towarzystwa mężczyzny. Przyznała, że religijni muzułmanie nie powstrzymują się od molestowania kobiet nawet podczas pielgrzymki do Mekki. Opowiada o szeregu własnych tragedii i latach walki o to, by być feministką i muzułmanką jednocześnie. I choć większości z nas wydaje się to sprzecznością, okazuje się, że można to pogodzić, a Eltahawy jest tego sztandarowym, acz nie jedynym przykładem.
Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ nienawidzę niewolnictwa. Ponieważ chciałabym, aby ktoś wreszcie przestał zasłaniać się uczuciami religijnymi i kulturą podczas rozmowy na temat sytuacji kobiet na Bliskim Wschodzie. Ponieważ dzięki książce Eltahwy wiem więcej o tym, jak wygląda życie kobiety w państwie wyznaniowym (nie tylko islamskim) i chciałabym, aby tę przestrogę wzięli sobie do serca ci, przyklaskujący najbardziej patriarchalnym i szowinistycznym przedstawicielom władzy i kleru w Polsce, na których polecenia "dobra zmiana" zmienia życie polskich kobiet na gorsze.

czwartek, 14 września 2017

O zbrodni w medialnym bagnie, czyli "Prime time" Lizy Marklund

L.Marklund, "Prime time", tłumaczenie E.Frątcak-Nowotny, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Liza Marklund jest poczytną autorką skandynawskich kryminałów. Sama mam jednak do jej książek stosunek ambiwalentny. Owszem, czytam je, dzielnie wypożyczam z biblioteki kolejne części cyklu o Annice Bengtzon i pewnie będę to robić nadal, ale za każdym razem boję się rozczarowania. Ponieważ jedna z powieści Marklund już mnie zawiodła. Na szczęście, tym razem było inaczej i "Prime time" naprawdę mnie wciągnęło.
"Prime time" to trzeci tom opowieści o sztokholmskiej dziennikarce Annice Bengtzon. Tym razem zbiera ona informacje o morderstwie prezenterki telewizyjnej. W zamku na odludziu nagrywano program dla jednego z kanałów. Po zakończeniu nagrań część ich uczestników postanowiła razem świętować Noc Świętojańską, nie żałując sobie przy tym alkoholu. Impreza skończyła się, gdy nad ranem w wozie transmisyjnym uczestnicy zabawy odnajdują zwłoki. Czy zabił ktoś z nich? Czy komuś udało się zakraść na posesję? I czy idealny wizerunek gwizdy telewizyjnej Michelle Carlsson miał coś wspólnego z rzeczywistością?
Świat telewizji to cukierkowa wizja, którą serwują nam media. Prawda bywa jej odwrotnością. Kapryśnych gwiazd nienawidzą całe ekipy, a uśmiechnięte prezenterki poza planem płaczą w poduszkę. Wszystko to podszyte jest walką o bycie na wizji. W takim środowisku każdy ma motyw. Do tego umieszczenie miejsca akcji na odludziu ogranicza ilość podejrzanych. "Prime time" to klasyczny kryminał, w którym winnym może być każdy. Dlatego też trudno znaleźć mordercę. To, że śledczych zastępuje dziennikarka, tylko podkręca tempo. Nie patrzymy bowiem na świat mediów okiem kogoś z zewnątrz, ale kobiety, która zna to środowisko od podszewki. Annikę Bengtzon nie łatwo jednak omamić - dzięki przyjaciółce pracującej podczas nagrania dowiaduje się ona wiele o relacjach między poszczególnymi uczestnikami feralnej zabawy. Niestety, bliska osoba wśród podejrzanych nie ułatwia jej zachowania obiektywizmu. Tak samo jak fakt, że na tej liście znajdują się także pracownicy jej gazety, w tym felietonistka, której głównym hobby było pisanie złośliwych komentarzy pod adresem Michelle Carlsson. "Prime time" to dobrze skonstruowana intryga o morderstwie w świecie mediów, ale nie tylko. To także opowieść o samej Annice Bengtzon walczącej o własną wolność i feministyczne wartości. Kobieta ta wróciła niedawno z urlopu macierzyńskiego, próbuje na nowo odnaleźć się w pracy po latach poświęconych wyłącznie dzieciom. W tym czasie jej mąż spełniał wyłącznie swoje ambicje i nie zauważał, jak wiele poświęca jego żona. Po jej powrocie do pracy, kiedy mężczyzna ma się zająć swoimi pociechami przez jeden weekend, nie dość, że sobie nie radzi, robi karczemne awantury i wywołuje u Anniki niepotrzebne wyrzuty sumienia. Ten rodzaj szowinistycznej manipulacji, z którą kobieta musi sobie radzić na co dzień jest przerażający. Warto wspomnieć o jeszcze jednym wątku tej książki. Marklund, jak zawsze w swoim cyklu, opisuje także pracę gazety codziennej. Tym razem i tam wiele się dzieje. Kobieta zostaje wciągnięta w wewnętrzne konflikty o władzę. W ich obliczu nasuwa się pytanie: czy redaktorem naczelnym powinien być ten, który tworzy gazetę, czy ten, kto sygnuje ją swoim nazwiskiem i nie wie nic o pracy redakcji i jej pracownikach. 
"Prime time" to pojemna powieść, która zawiera zarówno ciekawe opisy medialnych przepychanek jak i zagadkę śmierci osoby z pierwszych stron gazet. I choć akcja czasami snuje się zamiast wartko posuwać się do przodu, warto wziąć tę pozycję Marklund pod uwagę w trakcie poszukiwań lekkiej, tramwajowej lektury.

czwartek, 7 września 2017

O zagadce śmierci, która nie powinna mieć miejsca, czyli "Wampir" Wojciecha Chmielarza

W.Chmielarz, "Wampir", Wydawnictwo Czarne, 2015.

Kryminały Wojciecha Chmielarza polecili mi znajomi. I choć w większości mam duży dystans do książek zachwalanych przez innych, postanowiłam dać szansę temu autorowi. Skusił mnie również tytuł. "Wampir" w końcu niezbyt pasuje do kryminału. Nie bójcie się jednak, Chmielarz nie oferuje swoim czytelnikom nic nadprzyrodzonego. Wręcz przeciwnie - "Wampir" to ciekawa i przemyślana opowieść kryminalna.
"Wampir" to pierwsza część cyklu gliwickiego Wojciecha Chmielarza. Pewnej nocy z dachu budynku skacze dwudziestoletni Mateusz. Prokuratura stwierdza, że to samobójstwo, jednak matka chłopaka nie chce w to uwierzyć. Twierdzi, że chłopak miał plany i marzenia, nie myślał o śmierci. Wynajmuje więc detektywa - Dawida Wolskiego. Kobieta nie wie, że trafiła na kłamcę, lenia i obiboka, który staje się jej jedyną nadzieją na rozwiązanie zagadki śmierci syna. Skok Mateusza udaje się poddać w wątpliwość już po pierwszych oględzinach. Jednak skoro to nie było samobójstwo, kto zabił tego chłopaka i jak do tego doszło? I czy ma to coś wspólnego z zaginięciem dziewczyny sprzed paru miesięcy?
Chmielarzowi udało się stworzyć jednego z najbardziej antypatycznych bohaterów opowieści kryminalnej. Dawid Wolski jest detektywem z przypadku. Nie udało mu się ukończyć studiów prawniczych, cały czas rozpamiętuje dawną miłość, pali nie tylko papierosy, pije i olewa swoją pracę. Jego najlepszym numerem jest zarabianie na śledzeniu żony mężczyzny, który podejrzewa ją o zdradę i nie ma pojęcia, że małżonka sypia z wynajętym detektywem. Można się po nim spodziewać jedynie pójścia po najmniejszej linii oporu i wyciągania kasy od nieświadomych klientów. Dlatego też nikogo nie dziwi jego początkowy brak zaangażowania. Do pracy zmusza go jedynie upór matki ofiary i świadomość, że jeśli zaniedba to zlecenie, ojciec przestanie mu załatwiać kolejne wśród swoich znajomych. Jednak im bardziej detektyw zagłębia się w życia chłopka, im więcej się o nim dowiaduje, tym bardziej przekonany jest, że jego matka nic o nim nie wie. Bowiem chłopak skrywał wiele tajemnic, a jego relacje z ludźmi były dość specyficzne. Ponadto wszyscy rówieśnicy zdają się coś ukrywać. Ciekawe w tej historii jest nie tylko wymuszone śledztwo, ale i sam obraz gliwickiej młodzieży - ludzi, którzy nie za bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić, dokąd pójść, czego szukać. Przypuszczam, że z takimi dylematami muszą zmierzyć się wszyscy współcześni dwudziestolatkowie. Przed nimi nie roztacza się już wizja dobrej, doskonale płatnej pracy zaraz po studiach. Mogą żyć albo według wizji rodziców, zapewniających im wszystko, czego zapragną, nie odnajdując siebie, albo próbować odnaleźć swoją ścieżkę wbrew wszystkiemu. Tylko na to niewielu jest gotowych. Ta przerażająca bezideowość występująca na kartkach książki i odznaczająca się w osobowości każdego młodego człowieka pojawiającego się w powieści wiele świadczy o problemach pokolenia, które nie ma już o co walczyć. Warto też wspomnieć o pokoleniowym niezrozumieniu. Ci, którzy zdobyli wszystko w czasach transformacji nie są zdolni do zrozumienia swoich dzieci, których świat naznaczony jest dostępnością wszystkiego za określoną cenę, ale pozbawiony jakiejkolwiek nadziei.
Trzeba przyznać, że Chmielarz starał się napisać powieść na miarę dzisiejszych czasów. W tej dość oszczędnej językowo, acz dobrze napisanej powieści pojawia się wątek w większości opisywany przez grupę na portalu społecznościowym. Może nie jest to największa innowacja we współczesnej powieści, jednak ten rodzaj zapisu podkreśla to, jak ważne dla niektórych są tego rodzaju media i w jakim stopniu zastąpiły nam one normalne życie.
"Wampir" to opowieść od brudnych interesach, dziwnych związkach i relacjach wymykających się z ogólnie przyjętych norm. Przede wszystkim jednak to opowieść o braku porozumienia, który prowadzi do mniejszych i większych ludzkich tragedii. Jakich? Tego dowiecie się czytając powieść Chmielarza, a zapewniam, że naprawdę warto.

niedziela, 3 września 2017

Opowieść o człowieku, który mieszkał na końcu świata, czyli "Zostawić Islandię" Huberta Klimko-Dobrzanieckiego

H.Klimnko-Dobrzaniecki, "Zostawić Islandię", Oficyna Wydawnicza Noir sur Blanc, 2016.

Co wiemy o Islandii? Tyle, że jest to wyspa na końcu świata, pełna gejzerów i wulkanów, które zatrzymują od czasu do czasu ruch lotniczy. Mieszka tam niewielu ludzi i jest tak zimno, że to właśnie ten kraj był scenografią do scen za Murem w "Grze o tron". Ludzie bardziej zainteresowani tym krajem potrafią jeszcze dodać, że stamtąd pochodzi Björk, Sigur Ros i autor kryminałów Arnaldur Indriðason. Pasjonaci ciekawostek pewnie dodadzą co nieco o charakterystycznych dla Islandii nazwiskach patronimicznych. Wymieniając te wszystkie zjawiska chcę zaznaczyć, że o tym kraju wiemy niezwykle mało zarówno ze względu na jego położenie jak i niewielką liczbę ludności, mogącej o swojej ojczyźnie opowiedzieć. Dlatego też warto spojrzeć na Islandię oczami, człowieka, który spędził tam wiele lat i postanowił to miejsce opuścić. Mowa o Hubercie Klimko-Dobrzanieckim, autorze książki "Zostawić Islandię".
Któż z nas chciałby mieszkać na Islandii? Klimko-Dobrzaniecki marzył o tym od wczesnej młodości. W końcu, po wielu perypetiach mu się udało. Imał się tam wielu zajęć, między innymi studiował i pracował jako pielęgniarz. Poznał ten kraj na wskroś, wraz z językiem i obyczajami. Być może nigdy do końca nie zrozumiał Islandczyków, ale na pewno wie o nich więcej od nas. W swojej książce żegna się z tym krajem. Opowiada o ostatnich miesiącach, snuje wspomnienia z nietypowych miejsc i przywołuje historie z nimi związane. Nie żałuje czytelnikom opowieści o trudnych początkach i anegdot z życia w obcym kraju. Przede wszystkim jednak stara się ująć w słowa swoją kiełkującą tęsknotę za miejscem, w którym starał się stworzyć własny dom i swoją historię.
Któż z nas chciałby mieszkać na Islandii? Ja nie miałabym nic przeciwko, choć wiem, że to mało realne. Nie wiem, czy opowiada się za tym skandynawska część mojej duszy, którą sobie implikowałam (niestety, wstępne badania moich korzeni wskazują, że jeśli jestem jakimś cudem Skandynawką to jedynie w nikłym promilu sprzed setek lat, objawiającym się w mojej wrodzonej niechęci do upałów), czy fakt, że w Poznaniu mieliśmy do niedawna powyżej 20 stopni, co dla mnie równe jest pięćdziesięciostopniowym upałom. Google twierdzi, że na Islandii temperatura spadła już poniżej 15 stopni, czyli w sam raz dla mnie. Jednak nie o swoich upodobaniach względem pogody miałam mówić, ale o powieści Klimko-Dobrzanieckiego. "Zostawić Islandię" przyswajałam w formie audiobooka i już wtedy wydawało mi się, że ów audiobook jest nadzwyczaj krótki. Miałam rację - okazuje się, że książka ma około 120 stron. Autor wykorzystał je jednak w pełni. Opowiada on o Islandii przez pryzmat własnej historii i licznych starań, by w ogóle dostać się na wyspę. Nie żałuje czytelnikom dygresji i właśnie z tego względu można się w tej opowieści trochę pogubić. Klimko-Dobrzaniecki jest doskonałym gawędziarzem, jego historii słucha się z czystą przyjemnością. Przyznam jednak, że nie wiem, czy takie samo podejście miałabym do papierowej wersji tej książki. Jest bowiem różnica pomiędzy gawędą a tekstem pisanym. Od tego drugiego wymaga się znacznie więcej. I choć język, jakim pisze autor jest niezwykle barwny, nie można spodziewać się po tym tekście nadmiaru natchnionych metafor. W "Zostawić Islandię" brakuje też samej Islandii. Wszystkie powieści Klimko-Dobrzanieckiego, jakie czytałam do tej pory były o nim samym. Z tą jest tak samo. Islandia oddaje pole osobowości autora, jego przeżyciom, dywagacjom, emocjom i typowo polskim skojarzeniom. I choć pisarz zdaje się mieć czarującą osobowość, sam tytuł zdaje nam się sugerować coś innego, przez co czytelnik łaknie Islandii, a zamiast na niej jest głównie w głowie autora, we wspomnieniach autora, w przeżyciach autora... Wyspa znika gdzieś pod Klimko-Dobrzanieckim i trudno ją odgrzebać z nadmiaru wspomnieć. Te, choć niezwykle interesujące, także zdają się być wyrywkowe, bo choć pisarz spędził na Islandii wiele lat, czytelnikom daje właściwie początek i koniec, większość pobytu ujmując w kilku zdawkowych zdaniach. A ja za ten środek, tę islandzką rutynę dałabym wiele.
"Zostawić Islandię" Klimko-Dobrzanieckiego to ciekawa gawęda o człowieku żyjącym w kraju, którego nie znamy. I choć ma ona swoje wady da się tego człowieka polubić i na pewno warto go posłuchać. Albo przeczytać. Ja z pewnością nie żałuję oddania mu czterech godzin swojego życia.

niedziela, 27 sierpnia 2017

O nienawiści zrodzonej z błędu, czyli "Trzydziesta pierwsza" Katarzyny Puzyńskiej

K.Puzyńska, "Trzydziesta pierwsza, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2017.
Czy są jeszcze tacy, którzy nie słyszeli o Katarzynie Puzyńskiej? Przypuszczam, że w środowisku miłośników literatury ze świecą szukać kogoś, kto o niej nie słyszał. Pierwszy raz o tej pisarce czytałam w 2015 roku na portalu NaTemat, gdzie twierdzono, że zostanie gwiazdą. Nie uwierzyłam. W mojej głowie nie mieściło się, że można stworzyć kilka części opowieści kryminalnej, której akcja ma miejsce na polskiej wsi. Potem przesłuchałam wszystkie powieści Camilli Lackberg i stwierdziłam, że małe miejscowości mają potencjał. Dlatego też dałam szansę Puzyńskiej. Niedawno przeczytałam trzeci tom jej cyklu - "Trzydziesta pierwsza".
Zbliżają się święta. W Lipowie nie jest to jednak czas pozbawiony trosk. Z więzienia ma wyjść podpalacz i morderca, winny śmierci czterech osób, w tym trzech lokalnych policjantów. Historia ta od lat elektryzuje całą wieś i wszystko wskazuje na to, że może dojść do linczu. Policja z Lipowa nie ma najmniejszej ochoty na ochronę byłego więźnia - na komendzie pracują rodziny zmarłych w pożarze policjantów. Ponadto do wioski przyjeżdżają tajemniczy Szwedzi, którzy grożą jednemu z mieszkańców, który przypadkowo jest bratem mordercy. Sensacją staje się także pojawienie się znanego naukowca, mającego za cel zbadanie osady, w której wiele lat wcześniej miała swoją siedzibę sekta.
Do kryminałów Puzyńskiej wróciłam po dłuższej przerwie. "Motylka" i "Więcej czerwieni" znam z audiobooków. Pozostałe części nie były wtedy jeszcze dostępne w wersji audio, choć przed chwilą sprawdzałam i okazało się, że "Trzydziestą pierwszą" już nagrali. Wcześniej udało mi się jednak upolować tę książkę w bibliotece i dałam się wciągnąć w perypetie policjantów z Lipowa. Co jest takiego pociągającego w tych małomiasteczkowych kryminałach? Trudno powiedzieć. Chciałabym stwierdzić, że to, iż zbrodnia nie jest wyłącznym udziałem wielkich miast, ale kiedy czytałam inny kryminał, którego akcja miała miejsce dziesięć kilometrów od mojego domu, nie wydawało mi się to aż takie fascynujące. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się teoria, że Lipowo to taki polski mikrokosmos. Mieszkający w nim ludzie nie są ani lepsi, ani bardziej fascynujący od nas, większość nie potrafi pilnować własnego nosa, a ich troski są dostępne przeciętnemu człowiekowi. Książki Puzyńskiej są po prostu swojskie, jednak do tej specyficznej swojskości dodają element atrakcyjny - tajemnice, historie sprzed lat, zbrodnie, chęć zemsty. Dzięki temu zwyczajność wydaje się być nadzwyczaj interesująca. Skupmy się jednak na "Trzydziestej pierwszej". To dobrze napisany kryminał, który potrafi wciągnąć. Ma, co prawda, pewne elementy, który irytują moją literackie oko, ale nie jest to coś, czego nie da się przetrwać. Mam na myśli nieustanne przedstawianie bohaterów w stylu "młodszy aspirant Daniel Podgórski" - w wersji audio było to bardzo pomocne, jednak na papierze wydaje się zbędne. Wystarczyłoby imię lub nazwisko. Nie jest to jednak zabieg, który pogrąża całą książkę. "Trzydziesta pierwsza" jest bowiem interesującą opowieścią o zemście, błędach, karze, winie i konsekwencjach cudzych czynów. Trudno przeanalizować wątki fabularne bez zdradzania zbyt wielu tajemnic. Wspomnę jednak o skomplikowanych relacjach rodzinnych i nienawiści, z którą trudno jest żyć. Potrafi ona doprowadzić do podejmowania decyzji niszczących życie wielu niewinnych ludzi i to czasami przy użyciu środków prawnych. Ma ją w sobie każdy z bohaterów. Jedni żywią ją do mordercy ojca czy męża, czy żony, inni do tych, którzy sprawili, że ich życie znacznie odbiegało od normy. Trzeba bowiem pamiętać, że często w poczet ofiar należy zaliczyć również rodzinę przestępcy - ludzi narażonych na ostracyzm społeczny i konieczność życia ze świadomością, że coś w ich otoczeniu mogło sprawić, że ich bliscy zeszli na ścieżkę zbrodni. Dlaczego postrzegamy ludzi przez pryzmat cudzych win, a nie ich własnych uczynków? Drugim ważnym wątkiem jest wpływ przeszłości na nas samych - strata może wzbudzać w nas złość, frustrację lub rozpacz. Każda żałoba musi jednak zostać przepracowana, inaczej nigdy nie uda się wrócić do normalnego życia. Widać to doskonale po zachowaniu niektórych bohaterów książki. Pozwolę sobie wspomnieć o nowej bohaterce cyklu - policjantce Emilii Strzałkowskiej. Choć z początku jej postać wydawała mi się interesująca głównie ze względu na jej dziwne relacje z synem, któremu daje za dużo wolności, jednocześnie nieustannie go okłamując. Potem jednak okazuje się, że jej pojawienie się w Lipowie może wiele namieszać. W kontekście całego cyklu warto napomknąć o tym jak wiele dobrego dał tej części brak postaci partnerki aspiranta Podgórskiego - Weroniki Nowakowskiej. Ta niedopasowana do wiejskiej rzeczywistości kobieta zazwyczaj niezwykle mnie irytowała - bez niej książkę czytało się z dużo większą przyjemnością.
"Trzydziesta pierwsza" Katarzyny Puzyńskiej to emocjonujący kryminał, który z pewnością trafi w gusta miłośników cyklu o policjantach z Lipowa. Jeśli jednak nie mieliście wcześniej do czynienia ze swojskimi kryminałami tej autorki - zacznijcie od "Motylka", bowiem lipowskie opowieści najlepiej poznawać od początku.