piątek, 18 sierpnia 2017

Kryminał z historią w tle, czyli "Tylko umarli wiedzą" Ryszarda Ćwirleja

R.Ćwirlej, "Tylko umarli wiedzą", Wydawnictwo Czwarta Strona, 2017.

Każdy z nas ma swój ulubiony rodzaj kryminału. Współczesne, noir, polskie, prawnicze, skandynawskie, retro... Jestem wierną wyznawczynią zbrodni opisywanej przez Skandynawów, ale powoli daję też szansę innym rodzajom kryminalnych historii. Ostatnio, na przykład, dzięki powieści Ryszarda Ćwirleja "Tylko umarli wiedzą" przekonałam się do kryminałów retro.
Lata 30-te ubiegłego wieku. W Europie trwa kryzys, a w Niemczech zbliżają się wybory to Reichstagu, w których o władze walczy między innymi kierowane przez Adolfa Hitlera NSDAP. Tymczasem w niemieckim wówczas Schendeidmühl (nam znanym jako Piła) dochodzi do morderstwa reprezentanta partii komunistycznej. Ludzie, w większości emocjonalnie zaangażowani w politykę, zaczynają się burzyć. Szczególnie, że w mieście ma się wkrótce pojawić sam Führer i trzeba zapewnić mu bezpieczeństwo. W międzyczasie pracujący w pilskiej policji kapitan Carl Aschmutat planuje spędzić trochę czasu ze swoim dawnym kompanem z frontu, policjantem z Poznania Antonim Fisherem. Ten nie pojawił się tam jednak po by wspominać stare czasy czy pomagać w śledztwie, ale po to, by zrealizować misję na specjalne polecenie polskiego wywiadu. Książka jest drugim tomem przygód Antoniego Fishera.
Zaczynanie cyklów od środka to moja specjalność, choć coraz częściej staram się tego nie robić. Tym razem się nie udało. Usprawiedliwię się tym, że latem wydawnictwo Czwarta Strona robi cudowne wyprzedaże książek pod swoją siedzibą, a to miejsce znajduje się niepokojąco blisko redakcji, w której pracuję. Zazwyczaj, kiedy dowiaduje się, że ustawiono stoisko, biegnę tam tuż po szesnastej i kupuję, co się da. Tak też w moje ręce wpadła powieść "Tylko umarli wiedzą" Ryszarda Ćwirleja. Na początku miałam wątpliwości - na słowa: wojna, Hitler czy naziści reaguję wręcz alergicznie. Polityczne spory z przeszłości też nie za bardzo mnie interesują. Wiem, że na podstawie historii możemy wiele nauczyć się o mechanizmach rządzących światem, ale mam wrażenie, że nawet współczesna polityka angażuje mnie za bardzo. Dałam jednak Ćwirlejowi szansę i nie żałuję. Jego powieść jest spójna, dobrze skonstruowana i politycznie obiektywna. O mechanizmach historycznych zdarza się opowiadać mimowolnie. Najważniejsze jest śledztwo. A w kryminale retro oparte jest ono na zupełnie innych schematach niż w książkach opowiadających o współczesnej policji. W latach trzydziestych nie było większości narzędzi ułatwiających pracę dzisiejszym śledczym. A mimo to zagadkę można rozwiązać. Choć tutaj ważniejszy od polegania na szkiełku i oku wydaje się instynkt, ponieważ śledztwo oparte jest przede wszystkim na zeznaniach i rekcjach świadków. To ciekawe z psychologicznego punktu widzenia. Interesujące w książce Ćwirleja jest, między innymi, zaprezentowanie czytelnikom motywów osób opowiadających o zbrodni. Dzięki temu dowiadujemy się, dlaczego kobieta podaje fałszywy rysopis sprawcy oraz dlaczego niektórzy pozornie niewinni ludzie zaczynają bać się śmierci. Wątek misji Fishera jest ciekawy szczególnie ze względu na retrospekcje. Autor trochę fantazjuje w nim na temat samego Adolfa Hitlera. I dobrze, bo dzięki temu pokazuje, że ktoś, kto jest dla nas postrachem z kart historii mógł być kiedyś normalnym człowiekiem i dopiero czas lub okoliczności sprawiły, że stał się jednym z największych zbrodniarzy świata. Nie mam zamiaru usprawiedliwiać w ten sposób Hitlera, raczej zwrócić uwagę na to, że ludzki charakter w większości tworzony jest przez społeczeństwo i warto o tym pamiętać także dziś, kiedy po naszych ulicach chodzi stanowczo zbyt wielu ludzi nienawidzących innych bez powodu. Niezwykle współczesna wydaje mi się także opowieść o rozgrywkach partyjnych. W książce pojawiają się bowiem bohaterowie, którzy są gotowi oddać życie za swoją ideologię, która racjonalnemu człowiekowi wydaje się wynaturzona i chora. I nie chodzi tu tylko o reprezentantów NSDAP, ale i komunistów. O dziwo, mam wrażenie, że z takimi ekstremami spotykamy się i dziś. I nie mówię tu jedynie o dżihadystach, ale i reprezentantach jedynej i słusznej partii, którzy opluwają własną rodzinę, kiedy ta udowadnia im, że niezależne sądownictwo jest jednak w kraju potrzebne. 
Kiedy pisałam o tym, że nie lubię historii, mówiłam szczerze. Lubię jednak kryminały. Dlatego cieszę się, że za pomocą tego rodzaju książki mogłam zgłębić pewne wątki, odnoszące się do teraźniejszości, których nie analizowałabym w innym wypadku. Do tego czytając powieść Ćwirleja bawiłam się całkiem dobrze. Trzeba więc stwierdzić, że była to lektura na wskroś pożyteczna. Może nie należała do najbardziej fascynujących w moim życiu, ale z pewnością warto do niej zajrzeć. Na potwierdzenie dodam, że już kupiłam pierwszy tom przygód Fishera.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

O szaleństwie ojcostwa, czyli "Wszystkie dzieci Louisa" Kamila Bałuka

K.Bałuk, "Wszystkie dzieci Louisa", Wydawnictwo Dowody na Istnienie, 2017.

Rodzicielstwo to wielka odpowiedzialność. Tak samo jak dawanie ludziom możliwości posiadania dzieci. Niestety, często rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, jak ich wybory mogą później wpływać na ich potomków. Kilka lat temu Holandię obiegła informacja o tym, że w wyniku zapłodnienia nasieniem z banku spermy jeden mężczyzna został ojcem dwusetki dzieci. Właśnie o tej sprawie opowiada reportaż "Wszystkie dzieci Louisa" Kamila Bałuka.
"Wszystkie dzieci Louisa" to książka o półsiostrach i póbraciach, ludziach, którzy w pewnym momencie życia dowiedzieli się, że ich ojcem jest anonimowy dawca i postanowili odnaleźć własne korzenie. Oprócz ojca, człowieka nader specyficznego, odnajdywali także coraz liczniejsze rodzeństwo, walcząc z systemem prawnym, który nie wykształcił odpowiednich rozwiązań gwarantujących im znajomość danych rodzica, a nawet gwarancji, że ten sam człowiek nie będzie mógł spłodzić setek potomków. W sprawę wmieszany jest także lekarz, właściciel kliniki w Barendrechcie, który w imię własnej, nie do końca określonej misji nie tylko łamie przepisy przyjmując dawców, ale i kłamie kontaktując się z ludźmi szukającymi swoich korzeni.
Trudno mi pisać o "Wszystkich dzieciach Louisa", ponieważ temat jest dla mnie dość kontrowersyjny i podchodzę do niego bardzo emocjonalnie. Po prostu uważam, że cokolwiek by się nie działo dziecko ma prawo do wiedzy o tym, kim jest jego ojciec, a każdy kto spłodził potomka ma obowiązek łożyć na jego utrzymanie. Sama instytucja banku nasienia w większości przypadków temu zaprzecza. Dlatego trudno było mi zrozumieć zarówno matki decydujące się na samotne macierzyństwo z własnej woli jak i dawców, którzy chcieli bez konsekwencji przedłużyć egzystencję swojego DNA. Książka Bałuka porusza naprawdę wiele istotnych tematów. Trudno powiedzieć, który jest najważniejszy. Zacznijmy od ułomności prawa - przez wiele lat w Holandii nie istniały przepisy regulujące to, kto może zostać dawcą nasienia, do zapłodnienia jakiej ilość kobiet można wykorzystać materiał pochodzący od jednego dawcy i czy dziecko po osiągnięciu określonego wieku może otrzymać dostęp do danych biologicznego ojca. Choć w Holandii już się to zmieniło, polskie prawo nie posiada dostatecznych regulacji. I właśnie z tych przepisów zrodziły się problemy bohaterów reportażu. Nie tylko mają oni dziesiątki półrodzeństwa, ale także ojca, który nigdy nie powinien zostać dawcą. Bowiem Louis cierpi na zespół Aspergera i w związku z tym traktuje swoje dzieci jak specyficzny rodzaj kolekcji. Wypatruje w nich swoich własnych cech fizycznych i stara się ich porównać do przodków. Mimo, że chętnie ich poznaje, nie potrafi nawiązać z nimi żadnej więzi emocjonalnej. Największymi ofiarami tego wszystkiego są jednak dzieci, dziś już w większości dorosłe. Złośliwi powiedzą, że gdyby nie decyzje ich matek i nasienie Lousia nigdy nie przyszłyby na świat. Owszem, jednak gdyby ktoś pomyślał o ich losie, przez całe życie nie musiałyby się zmagać z piętnem niepewności własnego pochodzenia i genami odziedziczonymi po obciążonym chorobą Louisie. Ominąłby ich koszmar poszukiwań, miesiące niepewności i liczne zaskoczenia, kiedy to okazywało się, że mają kolejnego półbrata lub półsiostrę. To nie jest normalne życie. Każdy, kto zdecyduje się przeczytać ten reportaż będzie mógł poznać trudną drogę dzieci Louisa, które chwytały się brzytwy tylko po to, by dowiedzieć się, kim są. Ich zmagania są o tyle smutne, że w większości kończą się rozczarowaniem. Bałuk nie pisze jednak wyłącznie o dzieciach Lousia. Wiele stron poświęca działaniu podejrzanej kliniki w Barendrechcie i jej dyrektora - lekarza łamiącego wszystkie przepisy w imię własnej misji. Czy naprawdę można pozwolić na zajmowanie się najdelikatniejszą ze sfer ludzkiego życia człowiekowi, który nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów? Przede wszystkim należy jednak wspomnieć, że "Wszystkie dzieci Louisa" to perfekcyjnie napisany reportaż, opierający się na rzetelnych źródłach i dziennikarskim śledztwie. Uwzględnia on zdania każdej ze stron i pokazuje świat takim, jakim niekoniecznie chcemy go widzieć.
Nie opowiedziałam tutaj całej książki Kamila Bałuka. Zarysowałam jedynie kilka wątków bulwersującej mnie sprawy. Ten reportaż, choć mówi o Holandii, jest potrzebny nam, Polakom. Ponieważ nasze prawo jest niewystarczające, tak jak holenderskie kilkanaście lat temu, a matek i rodzin, które chciałyby mieć dziecko bez względu na ewentualne konsekwencje jest coraz więcej. Warto zapoznać się z tą książką i pomyśleć o tych, którzy w aż nazbyt konserwatywnym polskim społeczeństwie będą musieli zmagać się z piętnem dziecka nieposiadającego ojca.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Dziennikarski kryminał z zamachem w tle, czyli "Zamachowiec" Lizy Marklund

L.Marklund, "Zamachowiec", tłumaczenie P.Pollak, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Książki Marklund czytam siłą rozpędu. Niby rozczarowałam się już Anniką Bengtzon, ale uparcie do niej wracam, ponieważ wiem, że dzięki opowieściom o tej bohaterce moja codzienna podróż do pracy będzie trochę mniej uciążliwa. (W tym miejscu aż prosi się o komentarz pod adresem pewnego łysego pana, który nie tylko uparcie pali na przystanku, ale i zdarza mu się raczyć współpasażerów marną odmianą dance z komórki, mimo wielokrotnie zwracanej uwagi.) Niemniej, książki Marklund bywają lepsze i gorsze. Jaką powieścią okazał się "Zamachowiec"?
"Zamachowiec" to pierwsza z części opowieści o szwedzkiej dziennikarce Annice Bengtzon. Pierwsza, jeśli patrzymy z punktu widzenia autorki. Według chronologii życia bohaterki jest to tom czwarty. Annika ma męża i dzieci, nie tak dawno dostała awans i próbuje się odnaleźć na stanowisku szefa działu kryminalnego. Jednocześnie zbliżają się święta i kobieta robi wszystko, by niczym wzorowa matka, uczynić je jak najlepszymi dla dzieci. Przeszkadza jej w tym zamach na stadion olimpijski, w którym ktoś ginie. Tymczasem z przewodniczącą Komitetu Olimpijskiego, znaną z niezwykłej pracowitości i nieposzlakowanej opinii, nie można się skontaktować. Annika, jak na prawdziwego dziennikarza śledczego przystało rzuca się w wir pracy i zaczyna rozwiązywać zagadkę. 
Nie dziwię się, że Lizie Marklund udało się odnieść sukces, skoro rozpoczęła swój cykl taką książką. Jak dotąd, to najlepsza z jej powieści, jakie czytałam, a mam na koncie już cztery. "Zamachowiec" to klasycznie zbudowana intryga kryminalna, w której sprawca jest zagadką do samego momentu kulminacyjnego. Jednocześnie ilość mylnych tropów może zdezorientować każdego, kto sam chce się domyślić, kto zabił. Jednak żyjemy w czasach, w których klasyczna powieść kryminalna to już za mało. Marklund daje nam jednak więcej - wgląd w redakcję gazety codziennej. Przyznam, że mi, jako zwykłej śmiertelniczce, która ma jako takie pojęcie o pracy redakcyjnej, trudno pojąć w jakim tempie pracują dziennikarze z książek Marklund. Przypuszczam, że z tą szaleńczą prędkością łączy się ogromna ilość pracowników redakcji. Jednak świat wewnątrz gazety jest z pewnością wart poznania. Szczególnie polecam go tym, którzy do dzienników zaglądają. Bowiem stworzenie dobrego, niezwykle aktualnego produktu w dwadzieścia cztery godziny to sztuka. Drugim problemem, z jakim mierzy się autorka jest rola kobiety we współczesnym świecie. Bo dano nam już (przynajmniej na papierze) prawo do robienia kariery zawodowej i zdobywania wysokich stanowisk, ale świat stanowczo się do tego równouprawnienia nie przystosował. Wydarzenia opisywane w powieści mają miejsce w Szwecji, więc trudno liczyć na wybuchy złości i komentarze męża twierdzącego, że żona ma siedzieć "przy garach". Tam, przynajmniej publicznie, takie słowa nie zostaną zaakceptowane. Jednak Annika, mimo bycia Szwedką, narażona jest na dąsy męża, jeśli z powodu pracy nie uda jej się odebrać dzieci z przedszkola albo być mamą na pełen etat. Drugą stroną są jej współpracownicy. Starszy dziennikarz, któremu wydaje się, że Bengtzon ukradła mu awans, ze względu na płeć podważa jej kompetencje i nazywa ją za plecami "głupią pizdą". Z kolei kolegium redakcyjne, w którym Annika jest pierwszą kobietą nadal nie może się powstrzymać od seksistowskich żartów. Jednak nie tylko ona stała się ofiarą męskiej nagonki. Wspomniana w opisie przewodnicząca Komitetu Olimpijskiego musiała stać się zimna i niedostępna by zdobyć posłuch u mężczyzn. O innych przypadkach dyskryminacji nie będę wspominać, aby nie zepsuć Wam zabawy :) Muszę napomknąć jednak o jeszcze jednym wątku - posiadaniu nieposzlakowanej opinii. Czy naprawdę można być idealnym? Czy istnieje ktoś, kto na szczyt dostał się dzięki własnym umiejętnościom, a nie protekcji czy szantażowi? Wiem, że nie mówimy o polskich realiach, ale nieskazitelność na szczycie cały czas wydaje nam się nienaturalna, wzbudza podejrzenia. Czy słusznie? Dowiecie się czytając "Zamachowca".
Chcecie dobrego kryminału, oto dobry kryminał. "Zamachowiec Lizy Marklund wzbudza emocje, wciąga i porusza wątki społeczne jednocześnie pokazując nam kawał dziennikarskiego świata, o którym niewiele wiemy. Ja od kryminału więcej nie wymagam. Ten dostaje ode mnie zasłużoną piątkę z dopiskiem "godny polecenia".

piątek, 28 lipca 2017

Czy warto uczyć się pisania od Katarzyny Bondy? O "Maszynie do pisania.Kursie Kreatywnego pisania".

K.Bonda, "Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania", Wydawnictwo Muza, 2015.


Od kogo warto nauczyć się pisać? Trudno powiedzieć. Naiwnie wierzę, że w tej materii oprócz ciężkiej pracy potrzebna jest też choć odrobina talentu. Nie będę ukrywać - sama staram się pisać. Kłopot sprawia mi jednak stworzenie czegoś, co będzie w pełni spełniało moje wygórowane wymagania. Niestety albo na szczęście od siebie wymagam znacznie więcej niż od dużej części pisarzy, którzy już odnieśli sukces. Cały czas staram się więc pracować by wyeliminować błędy i niedociągnięcia, aby pewnego dnia wprosić się poprzez własną powieść do cudzych biblioteczek. Jednym z elementów tego nieustannego doskonalenia umiejętności było uczestnictwo w kursie organizowanym przez Maszynę do Pisania. Kolejnym, naturalnym dla mnie krokiem stało się przeczytanie książki Katarzyny Bondy zatytułowanej właśnie "Maszyna do pisania".
"Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania" to podręcznik do nauki pisania stworzony przez autorkę bardzo poczytnych kryminałów. Odwołuje się ona do swoich własnych doświadczeń, dając czytelnikom wiele rad, ale nie tylko. Duża część podręcznika oparta jest na uporządkowanej wiedzy z innych książek dotyczących pisania, a nawet do prac naukowych. Pod koniec każdego z rozdziałów znajduje się lista ćwiczeń, które można wykonać, by bliżej zapoznać z zagadnieniami opisywanymi w tej części książki.
Od kogo uczyć się pisać? Od najlepszych. Nie jestem przekonana czy Katarzyna Bonda jest odpowiednim nauczycielem. Do podręcznika podeszłam z dystansem. Wiedziałam, że czytam książkę napisaną przez autorkę popularnych kryminałów, a nie Hemingwaya czy Dostojewskiego. Chętnie przyjęłabym kilka rad od Bondy, szczególnie, że sama pracuje nad opowieścią kryminalną. Tylko chwilowo z wzięciem do serca tych rad mam pewien problem i to ze względu na sposób, w jaki przedstawiała je autorka - niczym dogmatyczne dekrety nieomylnej papieżycy pisarstwa. Rozumiem wiarę we własne siły i osiągnięcia, ale odrobina pokory jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Kiedy przy podawaniu przykładów jednym ciągiem wymieniane są dzieła wielkich mistrzów literatury, często noblistów i Katarzyny Bondy czuję pewien dysonans. Rozumiem, że autorce najłatwiej opowiada się o własnych książkach, ale dobór przykładów powinien być choć odrobinę bardziej przemyślany. Mimo tego muszę przyznać Bondzie, że w relatywnie przystępny sposób przekazała całkiem sporo potrzebnej wiedzy teoretycznej. Początkujący mogą całkiem sporo nauczyć się o podstawach pisania i sposobach budowania fabuły. Jednak "początkujący" to słowo klucz. Wiem, że nie każdy, kto chce pisać książki jest polonistą, tak jak ja, jednak jestem przekonana, że każdy kto zabiera się za pisanie z wiedzę przedstawianą w tym podręczniku powinien mieć już w małym paluszku. Trzecim aspektem są ćwiczenia. Muszę przyznać, że to w większości się Bondzie udało. Nie wykonałam ich, ale już po krótkim przeanalizowaniu mogę stwierdzić, że duża część z nich jest całkiem skuteczna. Niestety, im dalej, tym autorkę bardziej ponosiła wyobraźnia. Naprawdę, bardzo wątpię, aby komukolwiek udało się przeprowadzić ćwiczenie z dialogu, wymagające zaangażowania dwóch osób postronnych do odegrania scenki. Kolejnym aspektem, o którym warto wspomnieć jest sposób na pisanie proponowany przez Bondę. Podoba mi się to, że autorka zachęca do szukania pomysłów w rzeczywistości - w gazetach, w radiu, w internecie. Podwaliny z realnych zdarzeń pozwalają na tworzenie fabuł, które nie wydają się później sztuczne i naciągane. Pochwalam też zachęcanie aspirujących pisarzy do tworzenia planu powieści, chociaż nie przykładałabym do tego tak wielkiej wagi jak autorka. Bonda zdaje się mieć na tym punkcie obsesję. Jest to jednak całkowicie rozsądne podejście do pisarstwa. Ten, kto wierzy w natchnienie, które poprowadzi go przez całą książkę jest naiwny. Bez pracowitego siedzenia nad klawiaturą może się udać napisać, co najwyżej, kilkanaście stron. 
Czy "Maszyna do pisania" Bondy to dobry sposób na naukę pisania? Jeśli jesteś na początku tej drogi, potrzebujesz odrobiny wiedzy i cenisz sobie tę pisarkę - tak. Jednak dla kogoś, kto posiada już podstawową wiedzę i nie uważa Bondy za guru pisarstwa to niekoniecznie dobra pozycja. Można ją przejrzeć, popatrzeć na ćwiczenia, ale to wszystko. Bo Bonda, jakkolwiek by nie patrzeć, zarówno w kwestii pisania książek jak i podręczników jest bardzo pracowitym średniakiem. Ja tam wolę uczyć się od najlepszych.

niedziela, 23 lipca 2017

"Strażnik sadu" Cormaca McCarthy'ego, czyli genialna książka z jedną drobną wadą

C.McCarthy, "Strażnik sadu", tłumaczenie M.Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, 2010.

Trudno przejść obojętnie obok tak wielkiego nazwiska jak Cormac McCarthy. Czy jest wśród miłośników literatury ktoś, kto nie słyszał o "Drodze"? Sama postanowiłam zacząć moją przygodę z tym pisarzem od jego debiutu, uhonorowanego nagrodą Faulknera "Strażnika Sadu". Proza opowiadająca o Ameryce z czasów Wielkiego Kryzysu to jednak duże wyzwanie.
"Strażnik sadu" to historia dwóch mężczyzn i chłopca. Jeden z nich Marion Sylder to przemytnik, który przed laty zabił człowieka. Drugi to ponad osiemdziesięcioletni Arthur Ownby, mieszkający na uboczu. W pobliżu jego domu, w zbiorniku na odpady chemiczne ukryte zostało ciało zabitego przez Syldera mężczyzny. Z kolei chłopiec - John Wesley Rattner jest synem ofiary zabójstwa. Pewnego dnia ratuje on przemytnika, który wjechał samochodem do rzeki. Od tego czasu Sylder staje się jego mentorem. Młody Rattner nie wie, że to ten człowiek jest sprawcą zniknięcia jego ojca, którego niepotwierdzoną jeszcze śmierć postanowił pomścić.
Jeśli spodziewacie się wartkiej akcji i ciężkich moralnych wyborów nie znajdziecie ich w tej książce. To opowieść o powolnym życiu w Ameryce w czasach Wielkiego Kryzysu. Nikomu nie jest łatwo, każdy walczy o przetrwanie, a dolar ma dużo większą wartość niż może nam się wydawać. Niemal wszyscy są gotowi posunąć się do nielegalnych działań tylko po to, by przetrwać. Kłusownictwo czy przemyt są potępiane chyba tylko przez policję. To także opowieść o czasach, w których żyją jeszcze ludzie potrafiący zachwycać się przyrodą i korzystać z jej dobrobytu. Nie chodzi tylko o myśliwych i kłusowników, ale i o ludzi zdolnych do odnalezienia spokoju wśród natury i doceniania uroku prostego życia. Widać to w poetyckich opisach McCartychy'ego, który rozwodzi się nad pięknem malowniczych zakątków Tennessee. Te piękne obszary jeszcze przed industrializacją czarują w sposób dziś już dla nas niedostępny. "Strażnik sadu" zdaje się być hołdem pisarza dla czasów, które miały na McCarthy'ego duży wpływ, ale stały się jedynie mglistym wspomnieniem. Ciekawym wątkiem jest relacja młodego Rattnera i Syldera. Chłopiec spotyka mężczyznę przypadkiem i od początku łączy ich mroczny, przemytniczy sekret. Początkowo przestępca zdobywa zaufanie chłopaka, by ten go nie wydał. Później zbliża się do niego i zdaje się być najbliższym mu mężczyzną, substytutem ojca. Obydwaj nie mają pojęcia o tym, że to właśnie przez Syldera chłopak jest półsierotą i wraz z matką musi walczyć o swój byt. Czytelnik, mając tę wiedzę, odczuwa pewien dysonans. Czuje, że cała ta sytuacja jest irracjonalna, ale jednocześnie rozumie targającą chłopcem potrzebę męskiego wzorca. Warto wspomnieć też o tytułowym "Strażniku sadu", czyli Ownbym. To specyficzny człowiek, żyjący poza oficjalnym porządkiem. Mógł zgłosić policji fakt, że odnalazł ciało, ale tego nie zrobił. Tak samo jak nie zgłosił się nigdy do żadnego urzędu po pomóc. Wolał żyć sam w nędzy i nie mieszać się, nie być obywatelem. Niestety państwo się u schyłku życia upomniało się nawet o niego. 
"Strażnik sadu" to piękna książka napisana poetyckim językiem, którego urok można znaleźć w każdym zdaniu. To także opowieść o trudnych, zapomnianych czasach, mających swój urok, ale kojarzących się z codziennym trudem i monotonną walką o przetrwanie. I to właśnie największa wada tej powieści. "Strażnik sadu", mimo swojej bardzo dobrej konstrukcji i pięknych opisów jest bowiem odrobinę nużący, żeby nie powiedzieć nudny.

środa, 19 lipca 2017

O legendzie miejskiej, która zaszła za daleko, czyli "Święty Wrocław" Łukasza Orbitowskiego

Ł.Orbitowski, "Święty Wrocław", Wydawnictwo Literackie, 2013.

Dobrych pisarzy czyta się seriami. Dlatego też nikogo nie powinno dziwić, że sięgnęłam po kolejną książkę Łukasza Orbitowskiego. Tym razem przekonałam się, jak wygląda zderzenie wyobraźni pisarza z ideą miejskiej legendy. Niestety, muszę z przykrością przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej.
Jedno z uboższych, wrocławskich osiedli. W blokach zaczyna dziać się coś tajemniczego. Najpierw dziwnie zachowują się zwierzęta, potem w blokach robi się coraz cieplej aż okazuje się, że pod tynkiem i tapetami całe osiedle zbudowane jest z czarnego, hipnotyzującego "czegoś". Mieszkańcy osiedla przestają normalnie funkcjonować. Nie wiadomo, co się z nimi dzieje, ponieważ nikomu, kto tam wszedł, nie udaje się wyjść. W dodatku całe miasto zaczyna czcić to niezwykłe miejsce nazywane Świętym Wrocławiem.
Legendy miejskie wzbudzają w nas niepokój. Dzieją się zbyt blisko, są niemal namacalne. Dlatego wydają się idealnym materiałem na horror. I początkowo tak jest: czarne ściany i pulsujące, hipnotyzujące ciepło w samym środku miasta skutecznie wprowadzają czytelnika w trans pochłaniania kolejnych stron. Podobnie jest z bohaterami - autentycznymi, reprezentującymi prawdziwe ludzkie słabości. Mamy więc maturzystkę, która zakochała się z wzajemnością w studencie, mającym praktyki w jej szkole. Mamy jej ojca - człowieka z problemami, starającego się odwieść córkę od związku tuż przed egzaminem dojrzałości. Mamy też szaleńca, który staje się prorokiem i dziewczynę, starającą się ubić interes na całym tym zdarzeniu. Mamy też dwie zazdrosne maturzystki, znęcające się nad wszystkimi, różniącymi się od nich. Mamy więc, przede wszystkim, przekrój wszystkich grzechów w wykonaniu ułomniej ludzkości. Autentyzm bohaterów to jedna z głównych zalet tej powieści. To właśnie dzięki nim jesteśmy skłonni uwierzyć w wydarzenia całkowicie nierealne, przekazywane z ust to ust przez ludzi, którzy sami nie wiedzą, co się dzieje. Po raz kolejny Orbitowski nawiązał też do kwestii kultu i religijności. Bowiem wrocławska anomalia, nazywana Świętym Wrocławiem szybko znajduje nie tylko swojego proroka, ale i wyznawców. Niestety, każdy z nich, zafascynowany hipnotyzującym osiedlem, chce w nim odnaleźć coś innego i to niekoniecznie dobrego. Nie wiadomo bowiem, czy Święty Wrocław to niebo czy piekło, a może coś niezwiązanego z chrześcijańskim postrzeganiem świata.
Jednak dobry pomysł i ciekawi bohaterowie to nie wszytko. Niestety, w książce sporo zgrzyta. Problemem jest narrator. Wiemy, że gdzieś jest i że jego świat obumiera, nie ma sensu. Widział on wszystko, co działo się z poszczególnymi bohaterami tej historii, więc przez moment może się wydawać, że jest on Bogiem, ale żadne bóstwo nie byłoby tak słabe i pozbawione mocy, nawet na końcu dziejów. Kim więc jest narrator i gdzie się znajduje? Odpowiedź na to pytanie pozostaje tajemnicą. I tu właśnie ujawnia się kolejny problem tej powieści. Sekrety i niedopowiedzenia sprawiają, że fabuła jest frapująca, ale w pewnym momencie jest ich zbyt wiele i trudno dopatrzeć się rozwiązania, chociażby, połowy. A szkoda, bo gdyby nie to, że mgła tajemnic całkowicie przykryła sens większości wydarzeń, byłoby dużo ciekawiej. Niestety, nie na wszystkie pytania otrzymujemy odpowiedź, a samo zakończenie wydaje się być kolejną zagadką.
"Święty Wrocław" to ciekawa, dobrze skonstruowana fabuła, która ma jednak pewne wady. Decyzję, czy zaglądać do tej powieści pozostawię jednak Wam. Są przecież i tacy, którzy lubią zakończenia pełne tajemnic. Sama jednak nad tę książkę przekładam inne utwory Orbitowskiego i z niecierpliwością oczekuję kolejnych.

sobota, 15 lipca 2017

O trudnym procesie samoakceptacji, czyli "Herman" Larsa Saabye Christensena

L.S.Christensen, "Herman", tłumaczenie I. Zimnicka, Wydawnictwo Świat Literacki, 2000.
Mam słabość do pisarzy skandynawskich. Niestety, poza autorami kryminałów, rzadko tłumaczy się ich na język polski. Wyobraźcie więc sobie moją radość, gdy na bibliotecznej półce znalazłam wydaną w Polsce siedemnaście lat temu powieść jednego z moich ulubionych pisarzy - Larsa Saabye Christensena. "Herman", bo o tej książce mowa, wzrusza, bawi i uświadamia jak trudno poradzić sobie z samoakceptacją.
"Herman"to opowieść o życiu około dziesięcioletniego chłopca, który za pomocą wyobraźni ubarwia swój świat. Jest on samotnikiem, nie dogaduje się z prześladującymi go kolegami i na domiar złego zaczyna łysieć. Jako, że akcja ma miejsce w połowie zeszłego wieku, Herman musi się także zmierzyć z opresyjnym systemem szkolnym, w którym nie do każdego nauczyciela dociera, że uczeń lepiej czuje się w czapce na głowie. Jego życie, choć wydaje się tragiczne, nie jest wcale nudne, ze względu na sposób, w jaki chłopiec je kreuje. 
Dawno nie czytałam tak pięknej opowieści o akceptacji samego siebie. Historia Hermana, mimo że osadzona w połowie dwudziestego wieku, jest nad wyraz aktualna. Bowiem nawet dziś każdy, kogo charakteryzuje jakikolwiek rodzaj inności, musi sobie radzić z nieprzychylnością środowiska. Niekonieczne są nawet widoczne oznaki odmienności - wystarczy mieć oryginalne hobby czy bujać w obłokach. Herman nie tylko daje się ponieść wyobraźni, ale także charakteryzuje się niezwykłą wręcz wrażliwością. Dzięki temu jego świat jest tak magiczny, a cierpienie tak dotkliwe. Łysina może wydawać się nam czymś błahym. Jednak w świecie dziesięcioletniego chłopca jest to tragedia. Mimo wsparcia dwojga kochających rodziców, trudno mu się pogodzić z każdym kolejnym objawem choroby, która nie jest groźna dla jego zdrowia, ale niszczy chłopca psychicznie. Autor sprawia, że wraz z wrażliwym bohaterem przeżywamy każdy wypadający włos i każdy szkolny problem związany z jego odmiennością. Szykany kolegów, głupie kawały czy nadmierne zainteresowanie ze strony nauczycieli są dla Hermana codziennością. Tak jak nieustanne poszukiwanie leku na łysienie. I właśnie dzięki tej pogoni za odzyskaniem włosów historia Hermana nabiera humorystycznego rysu. Bo jak, jeśli nie tragikomicznie, może się skończyć przygoda chłopca, który dowiaduje się, że na porost włosów najlepsze jest piwo. Poprzez kolejne odsłony poszukiwań Hermana, możemy też zauważyć, jak bardzo się on zmienia. Godzi się ze światem i tym, co go spotkało. Coraz mniej czasu poświęca rozpaczy, stara się zapomnieć i po kolei bierze pod uwagę nowe wersje swojego wyglądu zewnętrznego. Postawa Hermana pokazuje, że nie trzeba być starym, by do czegoś dorosnąć. Dlatego tak bardzo podnosi na duchu. Co ciekawe w czasie, gdy Herman powoli godzi się ze swoim losem, wyobraźnia zaczyna grać coraz mniejszą rolę w jego życiu. I to w tej opowieści najsmutniejsze. Ponieważ dorastanie, godzenie się z samym sobą, akceptacja tego, kim się jest, odbiera nam to co najpiękniejsze - możliwość reinterpretowania świata za pomocą wyobraźni.
"Herman" to przepiękna opowieść. Szkoda tylko, że taka krótka. Losy tego nietuzinkowego chłopca to gratka dla tych, którzy w życiu nie boją się używać wyobraźni. Książkę Larsa Saabye Christensena polecam wszystkim tym, którym uda się do niej dotrzeć.

niedziela, 9 lipca 2017

O życiu na kilkadziesiąt sposobów, czyli "Rzeczy utracone" Łukasza Orbitowskiego

Ł.Orbitowski, "Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego.", Wydawnictwo Zwierciadło, 2017.

Zwykle nie czytam książek z felietonami. Szkoda mi na nie czasu. W końcu w większości są one zbiorami tekstów z różnych gazet i czasopism, które dawno już straciły swoją aktualność. Ostatnio jednak przeczytałam aż dwie, przy czym zakup jednej był w pełni przemyślanym czynem. Mowa o zbiorze "Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego". Cóż, nie będę ukrywać, jestem fanką powieści i opowiadań Orbitowskiego. Okazuje się, że felietonów chyba też.
"Rzeczy utracone" to zbiór krótkich form, które można nazwać felietonami. Przez lata Łukasz Orbitowski publikował je na swoim blogu pod hasłem "Tydzień z głowy". Niedawno część z blogowych tekstów zebrano, przeredagowano, uporządkowano pod kątem tematu i opublikowano w postaci książki. O czym one opowiadają? O wszystkim. O samotności, ludziach, życiu, wrażliwości, byciu pisarzem, kotach, miejscach, ojcostwie... Tematów jest bez liku, a przemyśleń co nie miara.
Pytanie brzmi: czy warto te felietony przeczytać? Nie wiem. Naprawdę trudno mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Sama sięgałam bowiem po pewniaka. Czytałam wcześniej kilkanaście tekstów z serii "Tydzień z głowy" i wiedziałam, czego mogę się spodziewać. A mianowicie tego, że Orbitowski to ciekawy gość, który wysnuwa całkiem sensowne tezy na każdy temat. Warto więc dać mu szansę i dowiedzieć się, co ma do powiedzenia. Mam jednak świadomość tego, że ktoś, kto dla mnie jest "ciekawym gościem" dla kogoś innego może być niezrozumiałym bubkiem. Wszystko zależy od wyznawanych przez nas wartości. Jednak bez względu na nie należy Orbitowskiemu oddać, że krótkie formy tworzy po mistrzowsku. Zbiory felietonów czyta się ciężko. Ze względu na zmienność tematów i szybkie przeskakiwanie z tekstu na tekst, można się nimi zmęczyć i znudzić. Podczas lektury "Rzeczy utraconych" nic takiego nie miało miejsca.  Właściwie zdarzyło mi się przejechać o jeden przystanek więcej w drodze do pracy tylko po to, by przeczytać jeszcze jeden tekst. Felietony Orbitowskiego są bowiem zgrabne, treściwe i często ironiczne, a przede wszystkim oparte na realnych przemyśleniach dotyczących życia normalnego człowieka. Nie będzie tu więc dywagacji na temat jedzenia ośmiorniczek – prędzej wypicia piwa z kumplami, które, wbrew pozorom, miewa spory sens.
Przede wszystkim jednak felietony Orbitowskiego były dla mnie opowieścią obieżyświata. Człowieka bez własnego miejsca, który nawet nie stara się go znaleźć, tylko mieszka tam, gdzie go akurat życie poniosło. Było to o tyle ciekawe, że porządek tekstów z miejscami nie miał wiele wspólnego. Dzięki temu można było zobaczyć, ile uroku miewa żywot tułacza, pod warunkiem, że człowiek sam wybrał dla siebie taki los. Orbitowski, którego odnajdujemy w tekstach niewiele się bowiem zmienia, bez względu na to gdzie mieszka, bierze swój los we własne ręce i pokazuje, że w życiu jest kilka ważniejszych rzeczy niż kasa i mieszkanie na kredyt. Przede wszystkim jednak zwraca uwagę na drobiazgi, nadające życiu sens, o których bardzo często zdarza nam się zapominać. I czasami w bajkowy wręcz sposób opowiada o prostych życiowych prawdach.

Na pytanie, czy warto przeczytać "Rzeczy utracone" nadal będę odpowiadać "nie wiem". Dla mnie było to wartościowe doświadczenie, możliwość poznania przemyśleń inteligentnego człowieka bliskiego życiowego półmetka, który wie co robi i dlaczego to robi. Być może jednak teksty te wydały mi się atrakcyjne dlatego, że się z nimi zgadzam. Ponieważ, może poza nieustannym podróżowaniem, podoba mi się sposób na życie prezentowany przez autora. A może, po prostu, Orbitowski napisał sporo całkiem dobrych tekstów.

środa, 5 lipca 2017

Teoria jeszcze nikomu nie zaszkodziła, czyli kolejna odsłona felietonu nad książką...

Inspiracje: Ciało i tekst. Feminizm w literaturoznawstwie. Antologia szkiców. Praca zbiorowa pod redakcją A.Nasiłowskiej, Instytut Badań Literackich PAN, 2001. Książki, nr specjalny 1/2017.


Nie polubicie mnie po tym felietonie. Ale ten utworek dziennikarski ma to do siebie, że jest nie tylko osobisty, ale i złośliwy. Nie uważam się za dziennikarkę (choć pracuję jako redaktorka), ale grzech tego felietonu i tak mam zamiar popełnić. Dlaczego? Powody są dwa: po pierwsze i niezaprzeczalne, jestem panią magister od polskiego, a po drugie przeczytałam właśnie antologię szkiców krytyczno-literackich "Ciało i tekst. Feminizm w literaturoznawstwie."
Jednak to nie przez feminizm mnie znienawidzicie. O tej, jakże konfliktowej w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-politycznej, sprawie już się rozpisywałam i jeszcze nikt mnie nie zlinczował. O nie, teraz będzie gorzej. Bo zamiast opowiadać Wam o moich ukochanych tekstach (a dużą część antologii czytałam nie po raz pierwszy) będę bredzić o czymś innym. O czymś, o czym większość blogerów nie chce słyszeć. Jednak najpierw wspomnę tylko, że warto zajrzeć do tej, wiekowej już jak na teksty krytyczne, bo ponad piętnastoletniej antologii, ponieważ pozwala ona zupełnie inaczej spojrzeć na bardziej i mniej znane powieści czy wiersze. Pomaga odnaleźć kobiecość tam, gdzie ją wykluczono i pokazuje, w jaki sposób, jeszcze nie tak dawno, wartościowano literaturę pisaną przez kobiety. A jeśli nadal nie wierzycie, że warto, powiem, że dzięki esejowi "Matki i ich władza we współczesnej literaturze niemieckiej" Bożeny Chołuj zaczęłam czytać książki Elfriede Jelinek. A kocham jej twórczość niemal tak mocno jak powieści Knausgårda. Tylko Jelinek rzadziej wydają w Polsce, a to co już opublikowano zdążyłam dawno pochłonąć. Trochę szkoda, ale moja ukochana noblistka pisze tak, że niejednego tłumacza może doprowadzić do ostrej nerwicy.
Ale nie jest to też felieton o Elfriede (choć wielką pisarką jest), ale o blogerach. Bo krytycy nas nie lubią. Ci oficjalni krytycy, ci, którzy coś wiedzą. Pisarze też podchodzą do nas z dystansem, szczególnie, jeśli aspirują do pisania literatury ambitnej. Nie dalej jak miesiąc temu byłam w Poznaniu na spotkaniu literackim z Kubą Wojtaszczykiem i się nasłuchałam, że bloger to nie jest dobry recenzent, ponieważ myli pojęcia i zazwyczaj nic odkrywczego nie wymyśli. Przyznam, że zrobiło mi się trochę przykro. Nie, żebym miała się za talent recenzencki, to co piszę, robię po części dla siebie, po części dla czytelników (dobrze, że są, ale w razie czego mąż z przymusu da mi chociaż jedno wyświetlenie), ale dewaluowanie całej grupy na forum to lekka przesada. Bo nie po to tyrałam przez pięć lat na studiach polonistycznych, żeby mi teraz mówili, że mylę pojęcia, bo jestem blogerką. Wiecie, ja naprawdę się starałam, nawet z teorii literatury i poetyki miałam dobre stopie, a teraz wysłuchuję, że nic nie umiem. Ale spokojnie... nie szukajmy winy tylko w innych. Ze mną też jest coś nie tak. Ponieważ nie piszę tutaj profesjonalnych recenzji, które mogłyby się ukazać w czasopiśmie literackim. Nie, że nie potrafię. Po prostu większość nie chciałaby tego czytać. Jeśli nie wierzycie, sprawdźcie nakład któregoś z czasopism literackich. I nie mówię tu o magazynie "Książki". Także mea culpa. Wolę napisać coś o książkach w wersji pop, niż skończyć ze stoma czytelnikami rocznie (z czego za dziewięćdziesiąt procent wyświetleń będzie odpowiedzialna moja rodzina). Więcej - popełniam straszniejsze zbrodnie - czasami piszę dobrze o książkach popularnych. I nie wytykam im, że są złe, na za niskim poziomie i za lekko się je czyta. Litości! Sięgam po nie po to, żeby się odprężyć po bardzo wyczerpującym dniu. A skoro ja się relaksuję, to czemu nie mam polecić danej pozycji komuś innemu, kto też wraca styrany po pracy i nie chce mu się doszukiwać intertekstualności w metaforach? 
Jednak nie jest to tekst o tym, że źli krytycy nas nie lubią, a my, blogerzy jesteśmy tacy super. Nie. Właśnie nadszedł czas na kontrowersyjną część. Owszem, każdy z nas pisze o książkach z gatunku, który lubi, nie mam zamiaru nikogo oceniać ze względu na to, czy przepada za horrorem, romansem, powieścią historyczną, czy fantasy. Nie będę też nikogo zmuszać do wyszukiwania tropów i intertekstualności, bo wiem, że nie każdy odnajduje w tym przyjemność. Ale ludzie, blogerzy, poduczmy się trochę. Podstawowych zasad. Konstrukcji recenzji. Bo naprawdę takowa istnieje i o ile można z nią eksperymentować, o tyle wklejanie nagłówków "opis wydawnictwa" i "moja opinia" jest trochę nie na miejscu. Można wbić sobie do głowy, że istnieje coś takiego jak uzasadniona argumentacja i pisanie "książka jest dobra, bo jest fajna" nie przystoi komuś, kto chce nazywać się recenzentem. Warto też czasami przypomnieć sobie, co mówiła pani od polskiego i nie mylić podstawowych pojęć literackich. Bo właśnie przez takie błędy nikt nie bierze nas na poważnie. Nie przez literówki, czy własne przemyślenia, ale z powodu pokazywania wszem i wobec, że nie znamy się na tym, co robimy. Przez to, że część z nas to ignoranci! Trochę teorii jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nie każdy musi czytać antologie tekstów literackich i profesjonalne czasopisma. Nie o to chodzi. Ale można zajrzeć, chociażby, do wspomnianego tu magazynu "Książki". Wiem, że wielu z nas to robi, widzę liczne egzemplarze na Instagramie. Pytanie, czy nie warto z tego czytania zrobić pożytku i zobaczyć w jak różnorodny sposób można profesjonalnie pisać o literaturze? Książki są dobre, bo są fajne - naprawdę poszerzają horyzonty, wiele uczą o świecie i mogą być podstawą do wartościowej, dobrze napisanej recenzji. Trzeba tylko chcieć i nabrać pokory.
Dlatego też chylę przed Wami głowę, właściwie kładę ją pod katowski topór. Ale musiałam to napisać. Ponieważ możemy naprawdę wiele. Czemu więc nie zrobić tego dobrze?

niedziela, 2 lipca 2017

Żulczykowi nie zawsze wychodzi, czyli kilka słów o "Instytucie"...

J.Żulczyk, "Instytut", Wydawnictwo Świat Książki, 2016.

Kilka tygodni temu zachwycałam się "Wzgórzem psów" Jakuba Żulczyka i zapewniałam, że wrócę jeszcze do tego autora. Nie było to trudne, ponieważ cztery nieprzeczytane powieści napisane przez tego pisarza zalegały na mojej półce. Chwyciłam więc za "Instytut" i mam bardzo mieszane uczucia. I wątpię, aby, którekolwiek z nich było pozytywne.
"Instytut" (wydanie drugie, poprawione ze zmienionym zakończeniem) opowiada o losach Agnieszki, która wraz z grupą współlokatorów i znajomych zostaje zamknięta w krakowskim mieszkaniu, odziedziczonym po babci. Podczas zmagań z tajemniczymi oprawcami, stojącymi za uwięzieniem mieszkańców tajemniczego lokalu, poznajemy także motywy i przeszłość głównej bohaterki, która zdecydowała się porzucić męża i córkę, aby zamieszkać w odległym Krakowie.
"Instytut" mógłby być dobrym horrorem. Mógłby także wnikliwie pokazać stosunki międzyludzkie i przekrój społeczeństwa. Mógłby przedstawić emocje osaczonej i sfrustrowanej kobiety, która zatraciła siebie. Mógłby! Bo, niestety, autor swój całkiem niezły pomysł kompletnie zniweczył poprzez słabe wykonanie. Nie wiem, czy wpływ na moją ocenę tej książki miał wysoki poziom "Wzgórza psów", czy fakt, że "Instytut" jest po prostu literacką fuszerką. Cieszę się, że trafiłam na wydanie drugie, poprawione, ponieważ boję się tego, co było w pierwszym. Wydarzeniom przedstawionym w "Instytucie" brak głębi, a bohaterowie, zamknięci w mieszkaniu w krakowskiej kamienicy zachowują się kompletnie irracjonalnie. Można zrozumieć ich frustrację i brak logiki czynów, spowodowane zamknięciem, ale część zachowań jest zbyt naciągana nawet jak na sytuację graniczną. Tę samą irracjonalność widać w niektórych zwrotach akcji. O ile zamknięcie kraty i uszkodzenie windy wydaje się całkiem prawdopodobne, o tyle zamurowanie wszystkich okien na czwartym piętrze od zewnątrz w ciągu kilku godzin to już szczyt absurdu. Można stworzyć horror, ale jeśli chce się go rozwiązać w sposób pozornie racjonalny (a tak zrobił Żulczyk) trzeba się trzymać rzeczywistości. Autor, niestety, bardzo od niej odbiega. Poza tym powieść najeżona jest błędami. Jednym z nich jest to, że wygląd jednej z bohaterek - Igi - opisany został dwukrotnie w skrajnie różny sposób. A to nie najbardziej kompromitująca usterka odnaleziona w książce. 
Wielkie nadzieje wiązałam z historią Agnieszki, artystki, która w młodym wieku z powodu nieplanowanej ciąży dala się wciągnąć w życie rodzinne i utknęła w nim na długie lata. Irytuje już sama jej relacja z teściami, a konkretnie to, że kobieta wierzy ich groźbom i nawet nie próbuje walczyć. Daje się wepchnąć w kierat nieszczęśliwego, przykładnego małżeństwa i wszystkie swoje niespełnione marzenia przerzuca na córkę. Dlatego też mała Ela chwalona jest za każdą formę buntu i protestu, co tylko podkreśla, że jej matka jest nie do końca wydolna wychowawczo. Obraz Agnieszki to portret kobiety słabej, która do niczego nie potrafi się przywiązać, ale jednocześnie nie radzi sobie z samotnością. Co innego można powiedzieć o osobie porzucającej dziecko i przygarniającej do swojego mieszkania po kolei niemal obcych ludzi z baru i dwa koty? Owszem, Agnieszka cały czas wspomina o tęsknocie za córką, ale nie przeszkadza jej to w opróżnianiu kolejnych butelek wódki ze znajomymi i obiecywaniu Eli, że niedługo sprowadzi ją do siebie. To "niedługo" trwa miesiącami. I może ten portret postaci byłby wiarygodny, gdyby nie odczucie, że autor chciał nam pokazać zupełnie kogoś innego - kobietę stłamszoną, ale silną, która w końcu radzi sobie z sytuacją. Agnieszka taka nie jest i podkreśla to najsłabszy element tej książki - zakończenie. Inne postaci również nie należą do najlepiej zarysowanych. Właściwie są to stereotypy dresiarza, pankówy, wróżki czy yuppie. Tuż po ich krótkiej charakterystyce można przewidzieć wszystkie możliwe zwarcia i konflikty, co eliminuje ewentualny fabularny element zaskoczenia.
Nie czytajcie "Instytutu". To marna, nieprzemyślana i niedbale napisana książka. Naprawdę nie warto. Nie zmienia to jednak faktu, że mam zamiar dać Żulczykowi kolejną szansę. Już udowodnił, że umie pisać, mam więc nadzieję, że historia Agnieszki i jej przyjaciół to tylko literacka wpadka.

czwartek, 29 czerwca 2017

Świat, o którym nie chcemy wiedzieć, czyli "Polska odwraca oczy" Justyny Kopińskiej

J.Kopińska, "Polska odwraca oczy", Wydawnictwo Świat Książki 2017.

Rzadko sięgam po literaturę faktu. Może to przez moją nieskrywaną miłość do fikcji literackiej, a może przez fakt, że trudno uwierzyć w absurdy i tragedie, które mają miejsce w naszym kraju. Owszem, czytam reportaże publikowane w gazetach, ale zazwyczaj pojedynczo w jakimś egzemplarzu sprzed dwóch tygodni, który udało mi się od kogoś wyżebrać. Po książkę Justyny Kopińskiej "Polska odwraca oczy" sięgnęłam, ponieważ na okładce miała informacje o kilku ważnych nagrodach, a ja chciałam zrozumieć niesprawiedliwość otaczającego mnie świata. Nie zrozumiałam, ale przekonałam się, że sprawiedliwość nie istnieje.
"Polska odwraca oczy" to zbiór reportaży napisanych przez Justynę Kopińską i publikowanych w ostatnich latach między innymi w Gazecie Wyborczej i Dużym Formacie. Dotyczą one spraw społecznych i kryminalnych. Do najsłynniejszych należą "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie?" czy "Biała bluzka. Tajemnica minister Zdrojewskiej". W każdym autorka pochyla się nad poszkodowanymi, stara się zrozumieć obie strony i zastanawia się jakie błędy systemowe mogły doprowadzić do wystąpienia danych sytuacji.
Wydawało mi się, że literatura faktu nie będzie potrafiła mnie wciągnąć. Myliłam się. Reportaże Kopińskiej pochłonęłam w jeden dzień i nadal było mi mało. Ponieważ po tej książce Polska zamiast odwracać oczy powinna je otwierać. Żyjemy bowiem w świecie patologii prawnych, doprowadzających do degradacji społeczeństwa. Nie wszystkie teksty znajdujące się w tym zbiorze mogły mnie zaskoczyć - część już czytałam w prasie, a o niektórych opisywanych w książce sytuacjach można było usłyszeć w telewizji. Wspomniana już przeze mnie sprawa siostry Bernadetty wstrząsnęła cała Polską. Mało kto pamięta jednak o tym, że ta oprawczyni za wszelką cenę unikała kary i została skazana niewspółmiernie do swoich win. Z kolei większość z pozostałych, przepełnionych okrucieństwem sióstr zakonnych, nadal nie poniosła kary. Na podstawie tego reportażu widać, że mamy w Polsce dwa rodzaje prawa - to stosowane wobec normalnych ludzi, wymierzające nadzwyczaj dotkliwe kary i prawo uprzywilejowanych - duchowieństwa, polityków, ludzi bogatych, którzy mogą popełnić najgorszą zbrodnię i albo wywinąć się od wyroku albo uzyskać najniższy wymiar kary. Kopińska celnie wskazuje czytelnikom również społeczną dyskryminację wobec osób pochodzących z biednych rodzin - jak bite dziewczyny z Specjalnego Ośrodka Sióstr Boromeuszek nie mające prawa do domagania się odszkodowań, czy kobiet jak zgwałcona podczas wyjazdu służbowego tłumaczka, którą podczas dochodzenia i procesu torturuje się psychicznie by potem gwałcicieli skazać na karę w zawieszeniu. Albo więźniów zmuszanych do handlu narkotykami pod groźbą zrobienia krzywdy ich bliskim. To samo ułomne prawo dotyczy też innych osadzonych, wypuszczanych na wolność mimo popełnienia strasznych zbrodni tylko po to, by znów gwałcili i mordowali. Po przeczytaniu tych reportaży nie mam ochoty na jakiekolwiek spotkanie z prawem, ponieważ mam świadomość, że dziewięćdziesiąt procent tego środowiska to towarzystwo wzajemnej adoracji, które pomiędzy własnym urzędem i przepisami nie potrafi zauważyć człowieka.
Najbardziej ujmujące w tych tekstach było nie tylko profesjonalne wyważenie i przedstawienie racji każdej ze stron konfliktu (czasami, niestety, tylko chęć dania głosu tym, którzy o swoich winach nie chcą mówić, ani się do nich przyznać), ale i pokazanie osamotnienia człowieka wobec machiny, jaką jest prawo. Sytuacje z prawdziwego życia, przedstawiane w reportażach Kopińskiej czyta się niczym powieść sensacyjną, mimo że ich skrupulatność i dziennikarska dokładność jest nie do podważenia. 
"Polska odwraca oczy" to początek mojej przygody z reportażem. Wiem jednak, że będę ją kontynuować. Kopińska pokazuje, że należy stawać po stronie najsłabszych, od których odwrócił się świat, a prawo, mające ich bronić, działa przeciwko nim. I choć takie teksty mogą wywoływać w czytelniku chęć odwrócenia wzroku, w głębi chce się czytać jeszcze więcej, aby nie zostawić tych tragedii bez rozgłosu i bez sprzeciwu.

niedziela, 25 czerwca 2017

Feministki też mają poczucie humoru, czyli felieton inspirowany "Zadymą" Kingi Dunin

K.Dunin, "Zadyma", Wydawnictwo Literackie, 2007/"Wysokie Obcasy", nr 22/2017.


Ostatnio czytałam w "Wysokich Obcasach" o tak zwanych "femikomiczkach", czyli kobietach, które łamią stereotyp mówiący, że poczucie humoru jest domeną mężczyzn, a płeć piękna może co najwyżej potakiwać i śmiać się ukradkiem. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło, bo do tej pory kobiety były dla mnie synonimem ironicznego, często inteligentnego humoru, który nawet wtedy, gdy bazuje na stereotypach, nie obraża wszystkich wokół. Z kolei mężczyźni, w większości, wydają mi się autorami "sucharów", słabych dowcipów nawiązujących do czynności fizjologicznych i przaśnych scenek na poziomie Mazurskiej Nocy Kabaretowej. Ale widocznie żyję w innym świecie. Czemu piszę o tym na blogu, z założenia mówiącym o książkach? Ponieważ w zeszłym tygodniu, w ramach jakiegoś feministycznego przebudzenia z bibliotecznej półki oznaczonej "Nauki społeczne, gender" (etykietka nie do końca dopasowana, ale mam wrażenie, że zabarwienie jej pejoratywnie w oczach większości Polaków było zamierzone) książkę Kingi Dunin pod tytułem "Zadyma". I to właśnie do niej, z założenia, ma się odnosić ten tekst. 
Czym jest "Zadyma" i co ma wspólnego z humorem, nad którym rozwodziłam się przez trzy czwarte pierwszego akapitu? Jest to zbiór felietonów Kingi Dunin publikowanych przez lata w "Wysokich obcasach". W tym momencie możemy się zastanawiać czy sens ma czytanie krótkich, często nawiązujących do bieżących zdarzeń, form literackich wydanych dziesięć lat temu, a napisanych jeszcze wcześniej? Oj, ma. O dziwo, znajduje w tym całkiem sporo sensu. Aż kusi, żeby powiedzieć, że niestety, ale rządzi nami ta sama, antykobieca partia. To jednak nie jedyny powód. Bowiem antykobieca zdaje się być niemal cała polska polityka. Nie zmieniła się również za bardzo nasza rzeczywistość, a czasami wydaje mi się, że dziesięć lat temu jakoś bliżej nam było do Europy, równości, przestrzegania praw kobiet, czy mniejszości seksualnych niż teraz. Dla przykładu, kiedyś Młodzież Wszechpolska była popierana jedynie przez LPR, a nie przez partię rządzącą. Zmienił się chyba jedynie Roman Giertych, do pewnego stopnia nawrócony przez swoją porażkę. Ale i tak, cieszyłabym się, gdyby młodsze pokolenia przypomniały sobie, że zawdzięczają mu nie tylko noszenie przez jakiś czas obrzydliwych polarów symulujących mundurki szkolne, ale i próbę wprowadzenia ideologii do programów nauczania. Cóż, to ostatnie, dziś już przegłosowano. Tylko w mojej głowie nieustannie kołacze się myśl, że od czytania Gombrowicza nikt nie umarł, a przez ślepe podążanie za wartościami "narodowymi" aż zbyt wielu. 
Miałam jednak pisać o książce, a piszę o przeszłości, będącej dla mnie niemal prehistorią, bo w 2005 dopiero zaczynałam liceum i żyłam w małym miasteczku. twierdzącym niemal zgodnie, że sytuacja w której po pracy kobieta tyra i zajmuje się domem, a mężczyzna ślęczy na  kanapie przed telewizorem to norma, a nie patriarchalny burdel. Teraz, jako kobieta młoda i, mniej więcej, świadoma, potrafię docenić to, co pisała Dunin w swoich felietonach. To, z jakim humorem wbijała szpilę wszystkim tym, którzy nie rozumieli i nie chcieli zrozumieć, że równość kobiety i mężczyzny jest dobrem wspólnym, a nie fanaberią. Zresztą nie tylko o płeć i postrzeganie kobiety w kulturze w tych krótkich formach chodziło. Mój ulubiony felieton - "Futbolizm" poprzez ironiczną metaforę pokazuje jak irracjonalne jest prawicowe myślenie o panoszeniu się homoseksualistów w przestrzeni publicznej. W końcu polskie feministki wzięły na swoje barki prawa niemal wszystkich mniejszości. I dobrze - powinniśmy trzymać się razem. W końcu kiedy wyjmiemy poza margines wszystkich tych, którzy nie odpowiadają "mainstreamowi" (a ostatnio dołączają do nich nawet rowerzyści czy wegetarianie) będzie nas więcej na marginesie niż na kartce. 
Kinga Dunin nie jest komiczką, ale krytyczką literacką, jedną z tych, które najbardziej cenię od czasu studiów. Żałuję, że na jej felietony trafiłam tak późno. Bo czym innym jest artykuł czy praca krytyczna, a czym innym krótka forma, w której można ująć wszystko. Pokazać, że inteligentny humor, ironia i przedstawianie postulatów w przystępny, czasami zabawny sposób, nie jest domeną mężczyzn. Wręcz przeciwnie. Skoro przez lata odbierano kobietom bycia zabawnymi, musiały wykształcić niezły kunszt, żeby się przebić. A że pod płaszczykiem błyskotliwości można wyłożyć ważna sprawę, to co innego. W końcu w mediach feministka przedstawiana jest najczęściej jako brzydka, nieszczęśliwa, samotna, bezdzietna baba, która chce narzucić swoje nieszczęście innym. Takie babsko nie jest groźne, wydaje się być obrazem skrajnej frustracji, domagającej się wykrzyczenia. Dlatego krzyczy i narzuca. A teraz zastanówcie się, kiedy ostatnio telewizja pokazała prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? I obejrzyjcie zdjęcia z czarnego protestu. Naprawdę myślicie, że w Polsce jest aż tyle brzydkich, nieszczęśliwych, samotnych, bezdzietnych bab? Odczarujmy sobie feministkę. Kobietę o każdym typie urody, szczęśliwą lub nie, samotną lub w związku, samodzielnie decydującą o tym, czy chce być matką, dyskutującą o swoich poglądach i pokazującą, że feminizm nie jest niczym strasznym. Walka o swoje jest czymś naturalnym. A można to robić na wiele sposobów. Czasami trzeba pokrzyczeń w telewizji, a innym razem wyjść na ulicę.
Miałam napisać recenzję zbioru felietonów, a zamiast tego napisałam felieton. I nie żałuję. Muszę jednak wspomnieć, że "Zadymę" Kingi Dunin warto przeczytać. Przynajmniej tyle mogę jej oddać za zainspirowanie mnie do tego tekstu. I dodam coś jeszcze. Przed chwilą, gdy powiedziałam mężowi, że zamiast recenzji wychodzi mi felieton, stwierdził "oby to nie była laurka dla feminizmu". Przypuszczam, że jest to właśnie taka laurka. Ale nie żałuję. Bo o swoje trzeba walczyć. Nawet jeśli chodzi tylko o głupi tekst.

czwartek, 22 czerwca 2017

Podskórny niepokój, czyli "Nadchodzi" Łukasza Orbitowskiego

Ł.Orbitowski, "Nadchodzi", Wydawnictwo Literackie, 2010.

Do niedawna nazywano Łukasza Orbitowskiego polskim Stephenem Kingiem. Cóż, to już chyba taki nasz narodowy zwyczaj, żeby każdemu lokalnemu zjawisku dodać estymy poprzez światowe porównanie. W tym przypadku przyrównanie jest niesłuszne, bo Orbitowskiego uznaję za tak dobrego pisarza, że nadawanie mu łatki Kinga, niepotrzebne mu do niczego. Poza tym na książkach polskiego pisarza nigdy się nie zawiodłam, a tak zwanego mistrza horroru raczej nie lubię. (Wyznawcy Kinga mogą mnie teraz zmieszać z błotem, ale zdania pewnie nie zmienię).
"Nadchodzi" to zbiór pięciu tekstów. Czterech, relatywnie krótkich opowiadań i jednej noweli, czy też minipowieści, której tytuł nadano całej kompilacji. Jej narratorem jest mężczyzna, opowiadający o strachach swojego ojca - pisarza i działacza komunistycznego, niemogącego oderwać się od wydarzeń z przeszłości. Mamy tutaj także osadzoną w czasach wojny historię "Popiela Armeńczyka", czyli opowieść o człowieku, który zagubił się wśród wojen. "Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj" opowiada o losach kobiety, przebywającej w szpitalu leczącym nie ciało, ale ducha. W zbiorze znajdziemy także historię człowieka, który nie może umrzeć, ponieważ widział zbyt wiele, czyli opowiadanie "Zatoka tęczy". A także "Cichy dom", który przyciąga motywem martwego anioła i niełatwych do zmycia win.
W recenzji zbioru opowiadań wypada mówić o ich częściach wspólnych. Łączy je jednak głównie to, że wzbudzają lęk. Nie strach, ale podskórny niepokój, którego trudno się pozbyć. Poruszają także tematy, o których na co dzień wolimy nie myśleć. Klątwa, wiara, śmierć, wina, odkupienie. Nie myślcie jednak, że to jakaś religijna opowieść. Raczej teksty z czasów, w których Orbitowski był jeszcze fantastą, a w tego typu opowiadaniach dużo łatwiej ująć w słowa sprawy trudne. Nie zmienia to jednak faktu, że mimo pozornej trywialności gatunku (podkreślanej przez niektórych recenzentów), Orbitowski odrobił literacką pracę domową. Nie tylko stworzył opowiadania w pięknym stylu, ale i igrał z czytelnikiem, wplątując, chociażby, do "Popiela Armeńczyka" nawiązania do "Króla-Ducha" Słowackiego. 
W tekstach tych widać nieustanne dywagacje na temat człowieczeństwa, życia i śmierci. Widać to, chociażby, w "Zatoce Tęczy", gdzie jedno z najbardziej trywialnych uproszczeń chrześcijaństwa staje się prawdą, a czasy, w których żyjemy zmieniają tę prawdę w okrucieństwo. Wierzenia znajdują swoje miejsce również w "Cichym domu" - w końcu czym są anioły, jeśli nie dowodem na istnienie Boga, posłańcami nowiny i kary. Za każdy czyn trzeba przecież zapłacić, a czy może być coś gorszego niż zabicie anioła? Czy da się w ogóle żyć po czymś takim? Wiem, wchodzimy w świat abstrakcji, ale jest to o tyle ciekawe, że skoro, statystycznie, dziewięćdziesiąt pięć procent Polaków wierzy w chrześcijańskiego Boga i inne związane z nim istoty, możemy brać taką sytuację bardziej serio. Ile razy widzieliśmy obrazy sądu ostatecznego, na których uzbrojeni w miecze aniołowie wymierzają ludzkości boską sprawiedliwość? Jest to na tyle zakorzenione w ludzkiej wyobraźni, że trudno dyskutować tutaj nad kategorią prawdy i fałszu. A co gdyby przypadek odwrócił te role i to jeszcze przed ostateczną rozprawą?
O winie, jako takiej, opowiada także "Nadchodzi", które zdaje się nawiązywać do biblijnego ponoszenia kary za uczynki ojców. Jest to nie tylko najdłuższy tekst w całym zbiorze, ale i najbardziej skomplikowana historia - opowieść o życiu człowieka, od początku do końca, o tym, że najtragiczniejsze wydarzenia, najgorsze w skutkach błędy zawsze będą nas gonić i zostawiać ślad na nieznośnej doczesności. Ucieczka przed odpowiedzialnością staje się tylko pozornym ukojeniem.
Wstrząsa jednak najbardziej tekst "Strzeż się gwiazd, a w dymie się kryj". Byłam zaskoczona tym, że mężczyźnie tak dobrze udało się uchwycić stan psychiczny kobiety w sytuacji granicznej. Bowiem bohaterka, znajdująca się w szpitalu leczącym ludzką duszę, wydaje się być alegorią niedoszłej matki, która traci nienarodzone dziecko. Nie ma tutaj jednak moralizowania. Jest rozpacz, chęć powstrzymania najgorszego i nieustanny potok myśli, będących gdybaniem na temat innej wersji przyszłości. Jeszcze nigdy nie czytałam tekstu tak delikatnego i wstrząsającego zarazem.
Podsumowując, czytajcie Orbitowskiego. Jego opowiadania są niczym małe powieści, trudno więc napisać wiele o każdym z osobna. Muszę przyznać, że wielokrotnie nagradzany "Popiel Armeńczyk" nie za bardzo przypadł mi do gustu, choć nie mogę mu odmówić dobrej konstrukcji i prowadzącej na wiele ścieżek intertekstualności. Pozostała czwórka jest jednak dla mnie przykładem tego, jak wiele może nam powiedzieć opowiadanie i że ilość, nie zawsze świadczy o jakości. Bowiem zawarte w "Nadchodzi" krótkie teksty Orbitowskiego naprawdę warto przeczytać.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Przeszłość zawsze nas dogania, czyli "Pokój numer 10" Åke Edwardsona


Å.Edwardson, "Pokój numer 10", tłumaczenie P.Urbanik, Wydawnictwo Czarna Owca, 2012.

Jest w Skandynawii kilku autorów kryminałów, po których chwytam w ciemno. Nie mogę powiedzieć, że każda napisana przez nich książka jest idealna, ale nigdy nie zawiodłam się na tyle, aby czytanie przestało być przyjemnością. Do takich twórców należy Åke Edwardson. "Pokój numer 10" to kolejny tom jego cyklu, opowiadającego o komisarzu Eriku Winterze.
"Pokój numer 10" to siódma część przygód policjanta z Göteborga, ale można ją czytać jak całkowicie samodzielną powieść. W pokoju hotelowym zostają znalezione zwłoki niespełna trzydziestoletniej kobiety. Jej ręka pomalowana została na biało. Jej gipsowy odlew odnajduje się wkrótce po zabójstwie w dworcowej przechowalni bagażu. Wszystko wydaje się nieodgadnione. Aby to skomplikować, policjanci przypominają sobie, że inna kobieta, która zaginęła wiele lat wcześniej, była widziana po raz ostatni w tym samym pokoju hotelowym. Zagadki jej zniknięcia nigdy nie rozwiązano. Policja zastanawia się, czy te dwie, oddalone w czasie sprawy, mogą się łączyć.
Kryminał Edwardsona to klasyczna zagadka kryminalna ze sprawą z przeszłości w tle. Jednak rozwiązanie z klasyką nie ma nic wspólnego, co daje czytelnikowi dużą dawkę nieprzewidywalności. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale wspomnę, że historie z przeszłości mogą zaskakiwać swoim zagmatwaniem, a główny podejrzany zmienia się co kilka stron. Zaskakuje jednak przesłanie książki. To, że nie można uciec przed przeszłością. Błędy, które się kiedyś popełniło, mimo perfekcyjnego zatuszowania, mogą wyjść na jaw i zacząć mścić się nie tylko na nas, ale i na naszych bliskich. W tej sytuacji prawda, nawet najgorsza, wydaje się najlepszym wyjściem, ponieważ zapobiega ona wybuchowi, którego skala, po latach, może być olbrzymia.
Nie mogę jednak określić książki mianem ideału. Dlaczego? Ponieważ autor w niezbyt umiejętny sposób wykorzystał całkiem ciekawy pomysł. Otóż "Pokój numer 10" pełen jest retrospekcji, dzięki którym możemy poznawać nie tylko fragmenty spraw sprzed lat, ale także zobaczyć na ile zmienili się bohaterowie znani czytelnikom całego cyklu od dawna, ale nie z czasów ich początków w wydziale śledczym. To zupełnie inni ludzie. Szkoda tylko, że retrospekcje są wprowadzone w powieści w tak chaotyczny sposób, iż czasami dopiero po kilku akapitach czytelnik domyśla się, że czyta o wydarzeniach z przeszłości. Umieszczenie daty przed konkretną sceną, usunęłoby ten problem, jednak autor wolał postawić na chaos, czym wprawia czytelników w stan nieustającej irytacji. 
W siódmym tomie przygód Erika Wintera widać również, jak bardzo wyewoluowała ta postać. Komisarz z człowieka, dla którego związki były mrzonkami, a praca sensem życia, zamienił się w statecznego ojca i partnera, gotowego niemal na porzucenie śledztwa w toku, tylko po to, by spędzić więcej czasu z najbliższymi. Przyznam jednak, że brakuje mi dawnego Wintera. Bowiem kwilenie dzieci i ich problemy zdrowotne są zapewne urocze, ale jazz, whiskey i cygara nadawały komisarzowi charakterystyczny rys człowieka wyjątkowego w swojej prostocie. Szkoda, że autor wymazał z tego obrazu niemal wszystko.
Podsumowując, jest to książka warta przeczytania. Ale nie przypisałabym jej hasła "czytaj, bo umrzesz". Jeśli jesteście zmęczeni po pracy i chcecie skupić się na kryminalnej historii, albo nie macie czego robić w pociągu i tramwaju, przeczytajcie ją. Jednak, jeśli okoliczności pozwalają Wam na uważną i spokojną lekturę - sięgnijcie po coś innego.


czwartek, 15 czerwca 2017

Życie nieustannie brnie do przodu, czyli "Lato" Karla Ovego Knausgårda

K.O.Knausgård, "Lato", tłumaczenie M.Skoczko, Wydawnictwo Literackie, 2017.

Ta recenzja musiała się tu pojawić. Karl Ove Knausgård jest moją literacką obsesją. Sposób w jaki obnaża swoje wnętrze przed czytelnikami nadaje ekshibicjonizmowi piękny wymiar. "Lato" jest kolejną książką, w której autor przedstawia nam, przy pomocy literatury, niepozorną cudowność codziennego życia.
"Lato" to ostatni tom cyklu "Cztery Pory roku". Po raz kolejny autor skupia się w nich na rzeczach pozornie małych, które opisuje dla swojej najmłodszej córki. Nie jest to jednak przedstawienie suchych faktów, kształtów czy zjawisk, ale słowny portret rzeczy, cechy czy czynności, pogłębiony, często bardzo głębokimi, wręcz filozoficznymi, przemyśleniami. W tym tomie autor ofiarowuje nam również swój dziennik. Opisuje kolejne dni i związane z nimi wydarzenia, przekładając środek ciężkości z rutyny na refleksję nad każdym momentem, obrazem czy czynem, zaczynając od rzeczy tak prozaicznych jak badanie lekarskie, a kończąc na wizycie w pracowni jednego z najpopularniejszych malarzy współczesnych. Tym razem książka wzbogacona została o reprodukcje obrazów Anselma Kiefera.
Knausgård nie oszczędza swoich czytelników. I chwała mu za to. "Lato", jak i inne jego książki, choć przesycone egoizmem, czaruje czytelnika od pierwszej do ostatniej kartki. Żałuję tylko, że to już koniec "Czterech pór roku", bowiem poznawanie świata razem z pisarzem pozwala nam spojrzeć na normalność w zupełnie inny sposób. Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym, czym jest trawnik, czy biedronka. Owszem, brzoza w Polsce bywa tematem wielu dyskusji, ale w zupełnie innym kontekście, więc nikt nie dywaguje na temat siły czy słabości tego drzewa. Z kolei o inteligencji zdarza nam się myśleć, ale najczęściej przy okazji spotkania z kimś, kto nią nie grzeszy, albo wręcz odwrotnie. Pęd i kierat w jakim żyjemy odebrał nam czas na pozornie czcze przemyślenia, a one mogą wnieść więcej niż nam się wydaje. Właśnie to Knausgård pokazuje w swojej książce. Bez względu na to, co przeżywamy, ile musimy zrobić i jak bardzo się śpieszymy warto na moment skupić się w myślach na pięknym zachodzie słońca, smaku porzeczki czy wspomnieniu z dzieciństwa. Przecież to właśnie jest urok życia, o którym zdajemy się zapominać. Pisarz ma co prawda większą wrażliwość niż większość z nas, ale kiedy opowiada o zajmowaniu się czwórką dzieci i zbieraniu materiałów do książek, musimy stwierdzić, że nie ma go dużo więcej niż przeciętny człowiek. Kluczem jest jednak to, by się otworzyć. A takie dopuszczanie do siebie świata przedstawia autor we fragmentach dzienników, znajdujących się w książce. Pozwalają nam one przeżywać życie Knausgårda - człowieka, który wraca do każdego swojego błędu, przeżywając go po tysiąckroć i jednocześnie ucząc się z nim żyć. Powiedziałabym, że to urocze, gdybym nie robiła dokładnie tego samego. Jednak to też wydaje mi się istotą człowieczeństwa. To nieustanne brnięcie do przodu, mimo potknięć i pomyłek, z którymi musimy sobie radzić. Nadwrażliwość, a pisarz w "Lecie" pokazuje, że to jedna z jego głównych cech, jest czymś, co zarówno niszczy życie, jak i pomaga je docenić. Człowiek, przeżywający wielką tragedię przy każdym błędzie, niemiłym geście czy słowie cierpi znacznie częściej niż ktoś gruboskórny. Jednak osoba bez wrażliwości nie zauważy większości piękna i bólu tego świata. Dlatego bycie niepewnym siebie Karlem Ove Knausgårdem wcale nie wydaje się aż takie złe.
Czy warto przeczytać "Lato"? Cóż, jako osoba w prywatnych konwersacjach określająca tego pisarza mianem: KarLOVE, nie jestem zbyt obiektywna. Powiem tylko, że Knausgård trzyma poziom, zachwyca jak zawsze i za pomocą niemal doskonałej narracji wprowadza nas w piękno świata, będącego na wyciągnięcie ręki. 

sobota, 10 czerwca 2017

Nie ma czegoś takiego jak zapomnienie, czyli "MaddAddam" Margaret Atwood

M.Atwood, "MaddAddam", tłumaczenie T.Wilusz, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2017.

Każda trylogia ma swój koniec, czasami lepszy, czasami gorszy. Trudno zamknąć historię, którą czytelnicy żyją i której wyczekują. Dlatego też często można poczuć niedosyt i rozczarowanie po zakończeniu ostatniego tomu. W przypadku "MaddAddama" Margaret Atwood jest jednak zupełnie inaczej. 
W trzecim tomie trylogii losy resztek ludzkości, której udało się przetrwać śmiertelną zarazę, opowiada Toby. Przybliża nam ona nie tylko, tworzoną na bieżąco, opowieść o przetrwaniu kilku, pozostałych przy życiu, ludzi, ale i o Derkaczanach, nowej rasie, mieszkającej od niedawna tuż przy obozie niedobitków. Ma to niebagatelny wpływ zarówno na jednych, jak i na drugich. Toby nie skupia się jednak jedynie na teraźniejszości. Dzięki jej opowieściom poznajemy pełną przygód przeszłość Zeba i jego skomplikowane stosunki z pojawiającym się w poprzednich tomach Adamem Pierwszym. Mimo pozornie spokojnej egzystencji, życie ocalałych jest cały czas zagrożone. Wokół obozu kręcą się pozbawieni moralności paintbólowcy, którym także udało się przeżyć oraz zmutowane, niezwykle inteligentne świnie, zdolne do strategicznego myślenia i planowania kolejnych ataków.
"MaddAddam" dorównuje pozostałym częściom trylogii pod tym samym tytułem. Każdą z tych powieści można określić majstersztykiem samym w sobie, a w całości tworzą one postapokaliptyczny świat, który jest nie tylko przestrogą dla ludzkości, ale i literacką ucztą. Trzeci tom trochę mnie wzburzył ze względu na relację ludzi i Derkaczan. Ci drudzy mieli być następcami ludzkości, wolnymi od agresji, głodu, zabobonu, czy pożądania. Jednak ich genom budowany był na bazie ludzkiego DNA i z czasem okazuje się, że nie dało się do końca wyeliminować w nich tego, co my nazywamy człowieczeństwem. Uwidacznia się to właśnie w kontakcie z ludźmi. Powstaje system wierzeń i obrzędów, które nam wydają się irracjonalne, ale dla Derkaczan stanowią kolebkę religii. Przejmują oni również ludzkie zachowania, wynalazki i po części kształtują swoje życie na obraz i podobieństwo człowieka. To zatrważające z perspektywy nowego początku, ponieważ rasa przyszłości już na wstępie obciążona zostaje ludzkimi słabościami, determinują ich nasze potrzeby i cywilizacyjne błędy. Przede wszystkim jednak ludzkość wprowadziła w nieskalany świat Derkaczan poczucie zagrożenia, zmieniając ich życie o sto osiemdziesiąt stopni.
Powieść Atwood mówi też wiele o egzystencji w obliczu w nieustannego zagrożenia. Podkreśla to historia Zeba, który niemal całe dorosłe życie uciekał, zmieniając miejsca pobytu i cele, a także tracąc możliwość przywiązania się do kogoś na stałe. Fakt, że staje się on jednym z idoli Derkaczan, tylko podkreśla wpływ ludzkości na to, co może nadejść. Muszę jednak przyznać, że poza historią Zeba, powieść nie jest bogata w sensacje i dramatyczne zwroty akcji. Nie uważam jednak, by była to wada, raczej podkreślenie tego, że nawet po katastrofie życie toczy się dalej, a świat pozbawiony mediów, maszyn i pędu za pieniądzem, jest po prostu normalny i spokojny, nawet jeśli gdzieś, z tyłu głowy, cały czas czuje się przerażający lęk przed jutrem. Trylogia Atwood to powrót do początków, do kolebki ludzkości. Tylko tym razem jej prekursorzy muszą zdecydować czy pragną być ludźmi, czy bogami. Moim zdaniem, ich wybór jest błędny. W przeciwieństwie do ponurej diagnozy naszego świata, jaki daje nam autorka.
Margaret Atwood stworzyła trzytomową antyutopię po to, by nas przestrzec przed zniszczeniem planety, na której dane jest nam żyć i całego środowiska naturalnego z powodu chorego pędu za technologią, rozrywką i bogactwem. Nasze życie może się skończyć w każdej chwili, staniemy się ułamkiem procenta wśród miliardów ofiar wielkiej katastrofy. Tylko wszyscy będziemy za ten kataklizm jednakowo odpowiedzialni.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

O piekle kobiet, będącym marzeniem niektórych mężczyzn, czyli "Opowieść Podręcznej" Margaret Atwood.

M.Atwood, "Opowieść Podręcznej", tłumaczenie Z. Uhrynowska-Hanasz, Wydawnictwo Wielka Litera, 2017

Jedną z ról pisarza jest analizowanie otaczającej go rzeczywistości i doprowadzanie znalezionych w niej zagrożeń i patologii do ekstremum. Mistrzynią tego typu patrzenia na świat jest Margaret Atwood. Widać to zarówno w trylogii "MaddAddam" jak i powieści "Opowieść Podręcznej", o której ostatnio przypomniał nam serial z Elisabeth Moss w roli głównej. Ekranizacji jeszcze nie oglądałam, ale zapewniam, że powieść to majstersztyk.
"Opowieść Podręcznej" to historia życia w Republice Gileadu, fikcyjnym państwie wyznaniowym, w którym przedstawicielki płci żeńskiej zostały pozbawione wszelkich praw. Z powodu problemów z płodnością stworzono tam instytucję Podręcznej - kobiety przeznaczonej tylko i wyłącznie do rozmnażania się z udziałem wysoko postawionych urzędników. Główna bohaterka i narratorka tej opowieści, Freda, jest właśnie jedną z Podręcznych. Może opuszczać dom należący do Komendanta i jego Żony jedynie raz dziennie, w celu zrobienia zakupów i to w towarzystwie innej kobiety o tym samym statusie. Nie ma prawa czytać, w związku z tym to, co dotychczas było napisane, zastąpiono symbolami. Najgorsze jest jednak to, że co miesiąc musi brać udział w rytuale, podczas którego po serii modlitw poddaje się woli Komendanta i zostaje zgwałcona w obecności Żony. Jeśli w wyniku tego procesu dojdzie do poczęcia, Podręczna nie ma żadnych praw do dziecka, które urodzi.
Dawno nie czytałam tak przejmującej antyutopii jak "Opowieść Podręcznej". Trudno było mi uwierzyć, że książka powstała w latach osiemdziesiątych, ponieważ jest niezwykle wręcz aktualna i zarówno w kontekście amerykańskim, światowym, jak i polskim. W końcu kobiety coraz częściej tracą swoje prawa przez garstkę ograniczonych mężczyzn u władzy, którzy nie tylko chełpią się kontrolą nad słabszą płcią w imię pozornej pomocy, ale i wyrównują rachunki z religijnymi ekstremistami. Republika Gileadu to raj dla mężczyzn. Miejsce, w którym mogą robić wszystko, opierając się na stworzonych przez siebie zasadach. Patrząc na postać Komendanta, możemy dostrzec krótkowzroczność rządzących. Ludzi, myślących o tym, że tworzą nowy, wspaniały świat dla wszystkich, nie zauważając, że bycie poddanym nikomu jeszcze nie wyszło na dobre. Tak samo jak ograniczenie wolności, czy narzucanie religijnych kajdan. Bowiem w Republice Gileadu można zginąć za wyznawanie tego samego boga w odrobinę inny sposób, a nawet bycie zakonnicą. Na samą myśl o tych prawach przychodzą mi do głowy święte wojny i egzekucje ludzi łamiących zasady Koranu na Bliskim Wschodzie. Przede wszystkim jednak książka Margaret Atwood jest wstrząsająca z powodu braku życiowej normalności. Większość mieszkańców Gileadu tkwi bowiem w mackach reżimu, ale zdają się nie mieć dostępu do wiedzy o tym, kto jest u władzy i jakie prawda i zasady panują w kraju. Wiedzą jedynie, co może sprowadzić na nich śmierć. To sami tyczy się głównej bohaterki - Podręcznej. Freda nie jest typem rewolucjonistki, nie chce walczyć z systemem, w którym tkwi, pragnie jedynie przeżyć i, jeśli będzie jej to dane, dowiedzieć się czegoś o losie swoich bliskich. Tęskni za spełnieniem zwykłych ludzkich potrzeb: ciepła, bliskości, miłości. Jednocześnie przeżywa dramat, tak okrutny, że trudno to sobie wyobrazić. Rytualne gwałty, nieustanna inwigilacja i kontrola, doprowadzają kobietę do szaleństwa, ale mimo to udaje jej się zachować zewnętrzny spokój i opanowanie. Czytając jej historię, nie można powstrzymać się od emocjonalnych reakcji. Równocześnie powieść uświadamia nam, że barbarzyństwo nie jest czymś, z czego udało nam się wyrosnąć. W większej części świata zostało jedynie uśpione i czeka na autorytarną władzę, która będzie zdolna je obudzić.
"Opowieść podręcznej" to jedna z najbardziej wstrząsających książek, jakie czytałam. Nie da się jej wyprzeć z pamięci. Ale to dobrze. Ponieważ Freda zwraca naszą uwagę na jedną rzecz - kiedy zabierają nam wolność, należy krzyczeć. Ponieważ jeśli nie zareagujemy przy okazji pierwszych ograniczeń, kolejne zostaną nam nałożone w taki sposób, że nasz sprzeciw nie będzie już możliwy. Atwood przedstawia tę przestrogę w sposób mistrzowski, serwując nam porcję doskonałej literatury, od której nie można się oderwać.

czwartek, 1 czerwca 2017

O świecie, w którym nie ma dobrych ludzi - "Wzgórze psów" Jakuba Żulczyka

Jakub Żulczyk, "Wzgórze psów", Wydawnictwo Świat Książki, 2017.
Kto z Was wychował się w małym mieście? Społeczności, w której perspektywy są ograniczone, a każdy krok może być zanotowany w pamięci sąsiadów, stanowczo za bardzo interesujących się cudzym życiem? Jeśli tego nie zaznaliście, trudno będzie Wam zrozumieć "Wzgórze psów" Żulczyka - powieść o tym, jak toksyczne może być zamknięcie i jak trudno dorosnąć w świecie, w którym władza jest substytutem dojrzałości.
Justyna i Mikołaj to para trzydziestolatków z Warszawy. Z powodu problemów zawodowych i małżeńskich postanawiają przenieść się na jakiś czas do mieszkającego w małym mazurskim miasteczku, ojca Mikołaja. Nie jest to powrót łatwy, bowiem rodzinne miasto przypomina mężczyźnie o jego dziewczynie z czasów licealnych, która została brutalnie zgwałcona i zamordowana kilkanaście lat temu. Ponadto relacje rodzinne pełne są wzajemnych pretensji, niezałagodzonych konfliktów i walki o władzę. A głowa rodziny nie należy do ludzi, którzy łatwo ustępują pola. Tomasz nie tylko dyryguje całą familią i prowadzi piekarnię, ale także angażuje się w lokalną politykę. Przed przyjazdem Justyny i Mikołaja znika jeden z społecznych działaczy. Wszyscy podejrzewają, że ma to związek z referendum dotyczącym odwołania miejscowej pani burmistrz.
Najbardziej uderzające jest to, że w najnowszej powieści Żulczyka nie ma pozytywnych bohaterów. Każdy wydaje się tak zniszczony i zdeprawowany, że mimowolnie zaczynamy lubić tych, którzy wykazują jakiekolwiek znamiona człowieczeństwa. Tylko ludźmi są wszyscy, również ci porywczy, brutalni, rzucający się na siebie z pięściami. Ciekawe jest osadzenie ich w małym miasteczku, zamkniętej społeczności, mającej wspólną przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To nie jest świat, z którego łatwo się wyrwać. Można mu się przeciwstawić, tak jak Mikołaj, ale i tak tkwi się w jego mackach. Można próbować wyplenić go ze swojej głowy, odurzyć się, by choć na moment zapomnieć o tym, co się przeżyło i z kim jest się związanym. Wspomnienia jednak zawsze zostają i rzucają się na człowieka przy pierwszej, lepszej okazji. Dlatego też powrót jest taki trudny. Nie tylko dla samego Mikołaja, ale i dla Justyny, która początkowo ma problemy, by zrozumieć Zybork, ale bardzo szybko udaje jej się go znienawidzić. Miasteczko jest toksyczne i to nie tylko ze względu na relację rodziny głównego bohatera. Stosunki międzyludzkie i hierarchia społeczna zostały ustalone dawno temu. Wszelkie zmiany są zamachem na ustalony porządek. A ten nie jest związany jedynie z politycznymi wyborami, ale i z półświatkiem, który zdaje się kontrolować wszystko i legitymizować każdy możliwy rozkład sił. Przede wszystkim jednak "Wzgórze psów" to opowieść o zemście. O tym, co do niej doprowadza i jak wiele złego może zrodzić. Żulczyk pokazuje nam, że sami decydujemy o tym, czy nienawidzić, kogo nienawidzić i dlaczego. Wybaczenie jest czasem niesamowicie trudne, ale z pewnością jest zdrowsze niż mszczenie się za wszelką cenę, czyniące za dość zasadzie "oko za oko, ząb za ząb". Żeby dojrzeć, trzeba umieć wyzwolić się z prymitywnych uczuć. Pytanie, czy nasi bohaterowie są do tego zdolni?
Nie można być jednak wobec Żulczyka całkowicie bezkrytycznym. Ponieważ mimo doskonale skonstruowanej fabuły, książka ma też swoje wady. Dwie. Malutkie. Pierwszą jest objętość. Nie należę do osób, które przerażają setki stron, ale w przypadku "Wzgórza psów" długość nie jest do końca uzasadniona. Niekiedy sceny zdają się być wydłużane na siłę. Owszem, potrafi to pobudzić ciekawość, ale przy ośmiuset stronach, wydaje się zbędne. Drugą jest narracja. Ukazywanie historii z perspektywy kilku postaci jest bardzo ciekawe, aczkolwiek bywa też irytujące, ze względu na rwące się wątki i brak linearności. 
"Wzgórze psów" Żulczyka jest niewątpliwie jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Nie żałuję ani jednej minuty, którą poświęciłam na zgłębianie tej fabuły. Historia przedstawiona w powieści przeraża i zatrważa, ale także przestrzega i uwidacznia genezę zła. Oby więcej takich książek.

poniedziałek, 29 maja 2017

O próbie wyśledzenia nieprzewidywalnego, czyli "Gdzie jesteś, Leno?" Joanny Opiat-Bojarskiej

J. Opiat-Bojarska, "Gdzie jesteś, Leno?", Wydawnictwo Replika, 2013.
Są takie sprawy, którymi żyje cała Polska. Tajemnicze zaginięcia ludzi, którzy w jednej chwili bawią się na imprezie, a po kilku minutach znikają bez śladu. O ilu takich sprawach słyszeliśmy w mediach w ostatnich latach? Trudno zliczyć. Lecz, czy zastanawialiście się kiedyś, jak takie śledztwo wygląda od środka? Jak czują się bliscy zaginionego? I ile tak naprawdę śledczy są w stanie przewidzieć i wydedukować? Możecie się tego dowiedzieć z powieści Joanny Opiat-Bojarskiej - "Gdzie jesteś, Leno?"
Lena Pietrzak, pochodząca z zamożnej rodziny studentka anglistyki, imprezuje z paczą przyjaciół w jednym z poznańskich klubów. W pewnej chwili postanawia iść do domu i znika bez śladu. Jej matka zgłasza się na policje i robi wszystko, by wszczęto śledztwo. Policjanci Burzyński i Majewski, którzy nie do końca potrafią się ze sobą dogadać, wykorzystują wszystkie swoje umiejętności by odnaleźć Lenę. Okazuje się jednak, że pozornie sielankowe życie dziewczyny, jest dużo bardziej skomplikowane, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. A jej bliscy, mają stanowczo zbyt wiele tajemnic. Mimo ich rozwikływania, każdy trop zdaje się być ślepy.
"Gdzie jesteś, Leno?" to precyzyjnie skonstruowana powieść, w której każdy element zdaje się być na swoim miejscu. Wątki wiążą się, tworząc spójną intrygę, a każdy nowy trop, zmienia nasz sposób myślenia o sprawie. Atutem książki jest jej temat. Zniknięcia są przecież znacznie mniej oklepane niż morderstwa. Już na początku dowiadujemy się, że nie tak łatwo jest zmusić policję do poszukiwania osoby zaginionej, ponieważ służby ograniczają się zazwyczaj do umieszczenia danych w bazie. Dopiero zagrożenie życia, czy skłonności samobójcze mogą sprawić, że śledczy na dobre wezmą się do pracy. Autorka zestawia ze sobą dwóch, skrajnie różnych policjantów. Komisarz Burzyński to pracoholik, który mimo pretensji rodziny, nie umie oderwać się od śledztwa. Natomiast jego nowy partner, chrześniak policyjnej szychy, posterunkowy Majewski, widzi się wyłącznie na stanowisku kierowniczym, dlatego poszukiwania zaginionej traktuje po macoszemu. Współpraca tej dwójki generuje duże pokłady dobrze zaaranżowanego humoru, który pojawia się także przy okazji kilku innych wątków. Jednak na poszukiwania Leny nie patrzymy jedynie z punktu widzenia policjantów, ale i jej matki - zamożnej kobiety sukcesu, nieprzyzwyczajonej do porażek. Tkwi ona w nieustannym stanie zawieszenia. Nie wie, czy jej córka żyje, czy da się ją jeszcze uratować, czy powinna porzucić nadzieję. Póki nie ma ciała, nie ma pewności. Lecz nawet tak skrajna sytuacja nie może zmusić kobiety do wyjawienia mrocznych sekretów z przeszłości, które mogą mieć wpływ na zaginięcie jej jedynej córki. Z kolei wśród przyjaciół Leny można zauważyć przerażającą obojętność. Jakby młode, beztroskie pokolenie nie potrafiło do końca zrozumieć, że mogą stracić kogoś bliskiego. Najlepsza (ponoć) przyjaciółka dziewczyny nie odbiera telefonu przez kilka dni, a potem bardziej skupia się na egzaminie niż na poszukiwaniach Leny. Chłopak zaginionej, znika i jeden z tropów wskazuje na to, że ma coś wspólnego z całą tą dziwną historią. Lektura powieści Opiat-Bojarskiej wzbudza w czytelniku odrobinę frustracji, ale wydaje się to zabiegiem zamierzonym. Bowiem zgodnie z zapowiedziami na okładce, wszystkie tropy prowadzą donikąd, i choć opowieść składa się w całość niczym idealna układanka, czegoś zawsze brakuje - rozwiązania. Czytelnik je poznaje, ale jest ono tak zaskakujące i nieschematyczne, że chyba nie da się go przewidzieć na podstawie znanych nam poszlak. 
Opiat-Bojarska po raz kolejny stworzyła precyzyjnie zarysowaną intrygę. "Gdzie jesteś, Leno?" porusza ciekawe wątki społeczne, a także przedstawia temat zaginięć, zwykle niedoceniany w powieściach sensacyjnych czy kryminalnych. Książka ta jest zagadką, którą naprawdę chce się rozwiązać. 

czwartek, 25 maja 2017

Ironiczna opowieść o zanikaniu zasad, czyli "Balladyny i romanse" Ignacego Karpowicza

I.Karpowicz, "Balladyny i romanse", Wydawnictwo Literackie, 2010.

Co by się stało, gdyby bogowie musieli zstąpić na Ziemię? I to wszyscy bogowie, jacy kiedykolwiek pojawili się wśród ludzkich wierzeń. Łącznie z Elvisem i innymi bożyszczami tłumów. Jeśli chcecie się przekonać, jak mogłoby wyglądać takie zstąpienie i jak może ono wpłynąć na życie zwykłych śmiertelników, zajrzyjcie do "Balladyn i romansów" Ignacego Karpowicza. Pisarz dostał za tę książkę Paszport Polityki, co samo w sobie jest całkiem niezłą rekomendacją.
Karpowicz w swojej powieści opisuje dwa światy - Warszawę z punktu widzenia kilku luźno związanych ze sobą mieszkańców oraz rodzaj niebios, zamieszkanych przez wszystkie możliwe bóstwa i bożyszcza. Życie tych w tych dwóch przestrzeniach z dnia na dzień zaczyna się przeplatać. Zwykłe, nudne żywoty zmieniają się nieoczekiwanie, zasady się zacierają, a kiedy bogowie schodzą na Ziemię, Warszawa, jaką znamy, zamienia się w nieprzewidywalny rollercoaster wydarzeń.
"Balladyny i romanse" mają tak rozległą fabułę, że trudno ująć ją w krótkim opisie. Licznych bohaterów łączy jednak jedno - ich losy zostały opisane w sposób ironiczny, zmieniający powieść w tragikomiczną farsę. Jednak niczego jej to nie ujmuje. "Balladyny i romanse" to majstersztyk, dekonstruujący świat naszych wierzeń i moralności. Bowiem od samego początku mamy do czynienia z bohaterami, którzy nie do końca przestrzegają zasad ogólnie pojętej przyzwoitości. Stara panna i dziewica wplątuje się w dziwną, podszytą zauroczeniem, sytuację w nastoletnim dresiarzem. Jej bratanica, studentka oddaje się przygodom seksualnym z udziałem nieletnich. A pewien wykładowca akademicki na czas nieobecności żony zamyka się w mieszkaniu, gdzie głównie pije piwo i oddaje się masturbacji. O tempora, o mores! Co się dzieje z tymi ludźmi? Zapewniam, że po zejściu na Ziemię bogów, będzie jeszcze gorzej. Karpowicz raczy nas historią o upadku moralności. O tym, że impuls doprowadza nas do przekraczania własnych granic. Nie jest to jednak krytyka. Owszem, autor wbija nam szpilę, ale zauważa, że konsekwencje zdarzeń, nie są jednoznacznie negatywne. Drugą kwestią są wierzenia. Do świata bogów trafiają bowiem wszyscy ci, których czciła ludzkość. Dlatego też, oprócz bóstw wszelkich religii, możemy tam znaleźć postaci z książek (głównie lektur szkolnych i klasyków), a także wszelkiego rodzaju artystów i celebrytów. Jednak na dobrą sprawę każdy z nich jest cały czas w jakiś sposób połączony z Ziemią. Część, jak Balladyna, marzy o śmiertelności, inni, jak Jezus, są z ludzkim światem niezwykle związani ze względu na aktywność wyznawców, a jeszcze inni rozkręcili wśród ludzi interes, jak Nike, produkująca odzież i obuwie sportowe sygnowane swoim imieniem. Początkowo Ziemia jest dla bogów igraszką. Zejście na nią, próbą odnalezienia sensu i człowieczeństwa. Kiedy jednak stają przed wyborem albo Ziemia albo nieboskłon, bez możliwości powrotu, zaskakująca ich ilość wybiera śmiertelne życie. Niebo stworzone przez Karpowicza wiele mówi o naszej religijności. O tym, że kult nie dotyczy tylko tych, których mamy na myśli, wpisując coś w rubrykę "wyznanie". A modlitwy są dziś rzadsze niż kult podrzędnych gwiazdek. W końcu do takiego nieba dostałby się nawet podrzędny discopolowiec. "Balladyny i romanse" mówią też coś nieco o Polsce - kraju z promocji. W końcu nikt by tutaj nie przyjechał, gdyby było go stać na coś innego. Bowiem dla bogów Polska to szczyt zaściankowości i zacofania. Właśnie dlatego są tak zaskoczeni, kiedy w katolickim kraju spotykają ludzi, łamiących zasady moralne z niezwykłą wręcz łatwością.
Karpowicz napisał bardzo dobrą powieść, słusznie wychwalaną i nagradzaną. Cieszę się, że udało mi się ją nadrobić. Ta przepełniona specyficznym humorem lektura całkowicie trafiła w mój gust. I, choć może jest odrobinę kontrowersyjna, ostre sądy łagodzi intelektualnymi smaczkami. Naprawdę warto ją przeczytać.