T.Piątek, "Przypadek Justyny", Wydawnictwo Czarne, 2004.
Kilka tygodni temu zachwycałam się Tomaszem Piątkiem przy okazji recenzji "Kilku nocy poza domem". Teraz zastanawiam się, jak spod pióra jednego pisarza mogły wyjść dwie książki, napisane w pozornie podobnym stylu, które tak bardzo różnią się poziomem? Gdyby "Przypadek Justyny był pierwszą powieścią Piątka, jaką przeczytałam, od razu powiedziałabym jego twórczości "nigdy więcej!"
Pierwsza zasada recenzenta brzmi: jeśli trudno powiedzieć o czym była książka, nie zdradzając całej fabuły, spójrz na tył okładki. Dlatego też spojrzałam. Ale jeśli napiszę to samo, co wydawca, pomyślicie, że to zupełnie inna powieść. Bowiem wspomniany jest tam wątek kryminalno-paranormalny, o którym nie będę mówić, ponieważ znika pod naporem dygresji i nie zostaje rozwiązany. W "Przypadku Justyny" znajdziecie głównie nieskładne wspomnienia z dzieciństwa, najprawdopodobniej zmyślone historie wojenne i hardkorowe opowiadania porno. Czyli prawdopodobnie wszystko, czego nie chcecie czytać.
Zacznijmy od zalet. Książka Piątka ma jedną - jest krótka. Dzięki temu czytelnik, który tak jak ja, nienawidzi pozostawiać lektury niedokończonej, cierpi trochę mniej. Ale tylko trochę, bowiem końcówka to jakieś dwadzieścia stron pornohistorii i to takich, po których miałam koszmary. Ale zacznijmy od początku. Już na pierwszej stronie robi się nieprzyjemnie, ponieważ Piątek do takiego stopnia zwulgaryzował język powieści, że czasami trudno go zaakceptować. Ponoć cała książka oparta jest na teorii anempatii głoszonej przez głównego bohatera. Mówi ona o programowym braku emocji. Czy się udało? Nie wiem. Choć mam wrażenie, że tworząc powieść autor był pozbawiony empatii dla czytelnika. "Przypadek Justyny" to skondensowana przemoc, nieposiadająca żadnego usprawiedliwienia. W każdej dygresji, w każdym wątku pojawia się element brutalności lub wulgarności. Książka wzbudza we mnie wstręt, ale byłabym w stanie go znieść, gdyby wnosił jakiś sens. Jednak nie jestem w stanie go dostrzec. Powieść ta wydaje mi się workiem na obrzydliwe odpadki, które ktoś chciał na siłę złączyć razem za pomocą nieprzekonującej teorii. Naprawdę chciałam wyciągnąć z tej lektury coś budującego, ale jeśli miała coś przekazać, ja nie jestem w stanie tego dostrzec. Pytanie czy jest winą dzieła stworzonego przez autora czy mojej głupoty pozostawiam bez odpowiedzi.
Powiem krótko: nie czytajcie tej książki. Chyba, że lubicie pozbawione głębszego sensu powodzie brutalności i wulgarności. Albo nie przeszkadzają Wam one i jesteście w stanie przebić się przez "Przypadek Justyny" by znaleźć w nim zagubiony przeze mnie sens.
