Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 września 2017

O współczesnym niewolnictwie sankcjonowanym przez religię i prawo, czyli "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie." Mony Eltahawy

M.Eltahawy, "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie", tłumaczenie M.Juszkiewicz, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2016.

To nie będzie zwykła recenzja. Raczej tekst ulepiony z frustracji i bezsilności. Z nieznośnej świadomości, że są miejsca, w których kobiety mają jeszcze gorzej od nas, Polek, i nie mają prawa protestować. I choć przypuszczam, że i nam niedługo się to prawo odbierze, dzisiaj będę pisała o bardziej uciśnionych. Przeczytałam książkę Mony Eltahawy "Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie" i mam wielką ochotę się zbuntować.
Ile można zrobić dla władzy? Dla ideologii? Czy zniewolenie połowy społeczeństwa nie jest wysoką ceną? Czy okaleczanie dzieci to za mało? Dlaczego więc nie mówimy nic, kiedy w krajach Bliskiego Wschodu kobiety traktowane są tak jak do niedawna niewolnicy? Nie mają prawa podejmować własnych decyzji, samotnie wychodzić z domu, władać własnym ciałem, a nawet jeździć samochodem. Stają się niewolnikami mężczyzn, prawo szariatu zezwala na znęcanie się nad nimi, a sądy uparcie twierdzą, że słowo kobiety równoważne jest połowie słowa mężczyzny. I wszystko to jest akceptowane przez większość obywateli, ponieważ dyskryminację usankcjonowała religia.
Nigdy nie zrozumiem lęku przed obrażaniem czyiś uczuć religijnych. Szczególnie, że często używa się własnego wyznania do czynienia zła. I nie mówię tu tylko o muzułmanach, ale i katolikach, którzy ograniczają wolność polskich kobiet dla własnych poglądów, których źródeł można dopatrywać się w tekstach liczących sobie tysiące lat. Niestety, muzułmanie zdają się być do swojej religii aż nazbyt przywiązani i większość z nich, nie potrafi podchodzić do niej na chłodno, bez zbędnych emocji. Dlatego też przestałam wierzyć, że piekło zgotowane tamtejszym kobietom uda się łatwo zamienić w raj. Są jednak muzułmanki, które pragną walczyć o siebie. Czasami na małą, a czasami na wielką skalę. Przypomnijmy sobie Arabską Wiosnę. W większości państw, gdzie miała miejsce, na ulice wychodziły także kobiety, które pragnęły walczyć także o swoje prawa. I jak to się skończyło? Nie tylko niewiele zmieniła się sytuacja kobiet w tych krajach, ale także podczas samych protestów stawały się one ofiarami wojska i współprotestujących mężczyzn. W końcu demonstracja to doskonały sposób na podszczypywanie, dotykanie i molestowanie kobiet, którym wydaje się, że mają prawo wyrażać własne zdanie i pojawiać się na ulicy. Dręczenie i molestowanie seksualne to codzienność kobiet na Bliskim Wschodzie. A najgorsza jest stojąca za tym hipokryzja. Bowiem ci, którzy zmuszają te kobiety do okrywania się od stóp do głów, twierdząc, że wodzą mężczyzn na pokuszenie, nie potrafią powstrzymać się przed dotykaniem, nawet kiedy kobiety są zakryte. Tutaj objawia się kolejny element życia kobiet na Bliskim Wschodzie, który zatrważa mnie do głębi. Otóż, dziewictwo córki jest tutaj sprawą honorową, dobrem rodzinnym, cenniejszym niż złoto. To zaprzecza ludzkiej wolności. Każdy, polityk, kapłan czy rodzić, który uzurpuje sobie prawo do decydowaniu o życiu seksualnym kobiet odbiera im człowieczeństwo i jednocześnie ustanawia siebie uzurpatorem ludzkiej wolności. Właśnie takimi handlarzami niewolników otoczone są tamtejsze kobiety. Należą do nich ich bliscy, rodziny, również inne kobiety, które same przeżyły horror obrzezania i zniewolenia i dla wpojonego im do głów honoru i religii są zdolne do zrobienia tego samego własnym córkom. Mona Eltahawy opowiada w swojej książce o wszystkich tych społecznych patologiach. Dodaje jednak wątki osobiste. Opisuje to, jak ona, nie rezygnując z bycia muzułmanką, walczyła z samą sobą by zdjąć z głowy chustę i nie obawiać się wyjść bez niej na ulicę. Mówi, ile razy stałą się ofiarą przemocy seksualnej tylko dlatego, że jest kobietą i wychodzi do miasta bez towarzystwa mężczyzny. Przyznała, że religijni muzułmanie nie powstrzymują się od molestowania kobiet nawet podczas pielgrzymki do Mekki. Opowiada o szeregu własnych tragedii i latach walki o to, by być feministką i muzułmanką jednocześnie. I choć większości z nas wydaje się to sprzecznością, okazuje się, że można to pogodzić, a Eltahawy jest tego sztandarowym, acz nie jedynym przykładem.
Dlaczego to wszystko piszę? Ponieważ nienawidzę niewolnictwa. Ponieważ chciałabym, aby ktoś wreszcie przestał zasłaniać się uczuciami religijnymi i kulturą podczas rozmowy na temat sytuacji kobiet na Bliskim Wschodzie. Ponieważ dzięki książce Eltahwy wiem więcej o tym, jak wygląda życie kobiety w państwie wyznaniowym (nie tylko islamskim) i chciałabym, aby tę przestrogę wzięli sobie do serca ci, przyklaskujący najbardziej patriarchalnym i szowinistycznym przedstawicielom władzy i kleru w Polsce, na których polecenia "dobra zmiana" zmienia życie polskich kobiet na gorsze.