Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magazyn Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magazyn Książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lipca 2017

Teoria jeszcze nikomu nie zaszkodziła, czyli kolejna odsłona felietonu nad książką...

Inspiracje: Ciało i tekst. Feminizm w literaturoznawstwie. Antologia szkiców. Praca zbiorowa pod redakcją A.Nasiłowskiej, Instytut Badań Literackich PAN, 2001. Książki, nr specjalny 1/2017.


Nie polubicie mnie po tym felietonie. Ale ten utworek dziennikarski ma to do siebie, że jest nie tylko osobisty, ale i złośliwy. Nie uważam się za dziennikarkę (choć pracuję jako redaktorka), ale grzech tego felietonu i tak mam zamiar popełnić. Dlaczego? Powody są dwa: po pierwsze i niezaprzeczalne, jestem panią magister od polskiego, a po drugie przeczytałam właśnie antologię szkiców krytyczno-literackich "Ciało i tekst. Feminizm w literaturoznawstwie."
Jednak to nie przez feminizm mnie znienawidzicie. O tej, jakże konfliktowej w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-politycznej, sprawie już się rozpisywałam i jeszcze nikt mnie nie zlinczował. O nie, teraz będzie gorzej. Bo zamiast opowiadać Wam o moich ukochanych tekstach (a dużą część antologii czytałam nie po raz pierwszy) będę bredzić o czymś innym. O czymś, o czym większość blogerów nie chce słyszeć. Jednak najpierw wspomnę tylko, że warto zajrzeć do tej, wiekowej już jak na teksty krytyczne, bo ponad piętnastoletniej antologii, ponieważ pozwala ona zupełnie inaczej spojrzeć na bardziej i mniej znane powieści czy wiersze. Pomaga odnaleźć kobiecość tam, gdzie ją wykluczono i pokazuje, w jaki sposób, jeszcze nie tak dawno, wartościowano literaturę pisaną przez kobiety. A jeśli nadal nie wierzycie, że warto, powiem, że dzięki esejowi "Matki i ich władza we współczesnej literaturze niemieckiej" Bożeny Chołuj zaczęłam czytać książki Elfriede Jelinek. A kocham jej twórczość niemal tak mocno jak powieści Knausgårda. Tylko Jelinek rzadziej wydają w Polsce, a to co już opublikowano zdążyłam dawno pochłonąć. Trochę szkoda, ale moja ukochana noblistka pisze tak, że niejednego tłumacza może doprowadzić do ostrej nerwicy.
Ale nie jest to też felieton o Elfriede (choć wielką pisarką jest), ale o blogerach. Bo krytycy nas nie lubią. Ci oficjalni krytycy, ci, którzy coś wiedzą. Pisarze też podchodzą do nas z dystansem, szczególnie, jeśli aspirują do pisania literatury ambitnej. Nie dalej jak miesiąc temu byłam w Poznaniu na spotkaniu literackim z Kubą Wojtaszczykiem i się nasłuchałam, że bloger to nie jest dobry recenzent, ponieważ myli pojęcia i zazwyczaj nic odkrywczego nie wymyśli. Przyznam, że zrobiło mi się trochę przykro. Nie, żebym miała się za talent recenzencki, to co piszę, robię po części dla siebie, po części dla czytelników (dobrze, że są, ale w razie czego mąż z przymusu da mi chociaż jedno wyświetlenie), ale dewaluowanie całej grupy na forum to lekka przesada. Bo nie po to tyrałam przez pięć lat na studiach polonistycznych, żeby mi teraz mówili, że mylę pojęcia, bo jestem blogerką. Wiecie, ja naprawdę się starałam, nawet z teorii literatury i poetyki miałam dobre stopie, a teraz wysłuchuję, że nic nie umiem. Ale spokojnie... nie szukajmy winy tylko w innych. Ze mną też jest coś nie tak. Ponieważ nie piszę tutaj profesjonalnych recenzji, które mogłyby się ukazać w czasopiśmie literackim. Nie, że nie potrafię. Po prostu większość nie chciałaby tego czytać. Jeśli nie wierzycie, sprawdźcie nakład któregoś z czasopism literackich. I nie mówię tu o magazynie "Książki". Także mea culpa. Wolę napisać coś o książkach w wersji pop, niż skończyć ze stoma czytelnikami rocznie (z czego za dziewięćdziesiąt procent wyświetleń będzie odpowiedzialna moja rodzina). Więcej - popełniam straszniejsze zbrodnie - czasami piszę dobrze o książkach popularnych. I nie wytykam im, że są złe, na za niskim poziomie i za lekko się je czyta. Litości! Sięgam po nie po to, żeby się odprężyć po bardzo wyczerpującym dniu. A skoro ja się relaksuję, to czemu nie mam polecić danej pozycji komuś innemu, kto też wraca styrany po pracy i nie chce mu się doszukiwać intertekstualności w metaforach? 
Jednak nie jest to tekst o tym, że źli krytycy nas nie lubią, a my, blogerzy jesteśmy tacy super. Nie. Właśnie nadszedł czas na kontrowersyjną część. Owszem, każdy z nas pisze o książkach z gatunku, który lubi, nie mam zamiaru nikogo oceniać ze względu na to, czy przepada za horrorem, romansem, powieścią historyczną, czy fantasy. Nie będę też nikogo zmuszać do wyszukiwania tropów i intertekstualności, bo wiem, że nie każdy odnajduje w tym przyjemność. Ale ludzie, blogerzy, poduczmy się trochę. Podstawowych zasad. Konstrukcji recenzji. Bo naprawdę takowa istnieje i o ile można z nią eksperymentować, o tyle wklejanie nagłówków "opis wydawnictwa" i "moja opinia" jest trochę nie na miejscu. Można wbić sobie do głowy, że istnieje coś takiego jak uzasadniona argumentacja i pisanie "książka jest dobra, bo jest fajna" nie przystoi komuś, kto chce nazywać się recenzentem. Warto też czasami przypomnieć sobie, co mówiła pani od polskiego i nie mylić podstawowych pojęć literackich. Bo właśnie przez takie błędy nikt nie bierze nas na poważnie. Nie przez literówki, czy własne przemyślenia, ale z powodu pokazywania wszem i wobec, że nie znamy się na tym, co robimy. Przez to, że część z nas to ignoranci! Trochę teorii jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nie każdy musi czytać antologie tekstów literackich i profesjonalne czasopisma. Nie o to chodzi. Ale można zajrzeć, chociażby, do wspomnianego tu magazynu "Książki". Wiem, że wielu z nas to robi, widzę liczne egzemplarze na Instagramie. Pytanie, czy nie warto z tego czytania zrobić pożytku i zobaczyć w jak różnorodny sposób można profesjonalnie pisać o literaturze? Książki są dobre, bo są fajne - naprawdę poszerzają horyzonty, wiele uczą o świecie i mogą być podstawą do wartościowej, dobrze napisanej recenzji. Trzeba tylko chcieć i nabrać pokory.
Dlatego też chylę przed Wami głowę, właściwie kładę ją pod katowski topór. Ale musiałam to napisać. Ponieważ możemy naprawdę wiele. Czemu więc nie zrobić tego dobrze?