piątek, 18 sierpnia 2017

Kryminał z historią w tle, czyli "Tylko umarli wiedzą" Ryszarda Ćwirleja

R.Ćwirlej, "Tylko umarli wiedzą", Wydawnictwo Czwarta Strona, 2017.

Każdy z nas ma swój ulubiony rodzaj kryminału. Współczesne, noir, polskie, prawnicze, skandynawskie, retro... Jestem wierną wyznawczynią zbrodni opisywanej przez Skandynawów, ale powoli daję też szansę innym rodzajom kryminalnych historii. Ostatnio, na przykład, dzięki powieści Ryszarda Ćwirleja "Tylko umarli wiedzą" przekonałam się do kryminałów retro.
Lata 30-te ubiegłego wieku. W Europie trwa kryzys, a w Niemczech zbliżają się wybory to Reichstagu, w których o władze walczy między innymi kierowane przez Adolfa Hitlera NSDAP. Tymczasem w niemieckim wówczas Schendeidmühl (nam znanym jako Piła) dochodzi do morderstwa reprezentanta partii komunistycznej. Ludzie, w większości emocjonalnie zaangażowani w politykę, zaczynają się burzyć. Szczególnie, że w mieście ma się wkrótce pojawić sam Führer i trzeba zapewnić mu bezpieczeństwo. W międzyczasie pracujący w pilskiej policji kapitan Carl Aschmutat planuje spędzić trochę czasu ze swoim dawnym kompanem z frontu, policjantem z Poznania Antonim Fisherem. Ten nie pojawił się tam jednak po by wspominać stare czasy czy pomagać w śledztwie, ale po to, by zrealizować misję na specjalne polecenie polskiego wywiadu. Książka jest drugim tomem przygód Antoniego Fishera.
Zaczynanie cyklów od środka to moja specjalność, choć coraz częściej staram się tego nie robić. Tym razem się nie udało. Usprawiedliwię się tym, że latem wydawnictwo Czwarta Strona robi cudowne wyprzedaże książek pod swoją siedzibą, a to miejsce znajduje się niepokojąco blisko redakcji, w której pracuję. Zazwyczaj, kiedy dowiaduje się, że ustawiono stoisko, biegnę tam tuż po szesnastej i kupuję, co się da. Tak też w moje ręce wpadła powieść "Tylko umarli wiedzą" Ryszarda Ćwirleja. Na początku miałam wątpliwości - na słowa: wojna, Hitler czy naziści reaguję wręcz alergicznie. Polityczne spory z przeszłości też nie za bardzo mnie interesują. Wiem, że na podstawie historii możemy wiele nauczyć się o mechanizmach rządzących światem, ale mam wrażenie, że nawet współczesna polityka angażuje mnie za bardzo. Dałam jednak Ćwirlejowi szansę i nie żałuję. Jego powieść jest spójna, dobrze skonstruowana i politycznie obiektywna. O mechanizmach historycznych zdarza się opowiadać mimowolnie. Najważniejsze jest śledztwo. A w kryminale retro oparte jest ono na zupełnie innych schematach niż w książkach opowiadających o współczesnej policji. W latach trzydziestych nie było większości narzędzi ułatwiających pracę dzisiejszym śledczym. A mimo to zagadkę można rozwiązać. Choć tutaj ważniejszy od polegania na szkiełku i oku wydaje się instynkt, ponieważ śledztwo oparte jest przede wszystkim na zeznaniach i rekcjach świadków. To ciekawe z psychologicznego punktu widzenia. Interesujące w książce Ćwirleja jest, między innymi, zaprezentowanie czytelnikom motywów osób opowiadających o zbrodni. Dzięki temu dowiadujemy się, dlaczego kobieta podaje fałszywy rysopis sprawcy oraz dlaczego niektórzy pozornie niewinni ludzie zaczynają bać się śmierci. Wątek misji Fishera jest ciekawy szczególnie ze względu na retrospekcje. Autor trochę fantazjuje w nim na temat samego Adolfa Hitlera. I dobrze, bo dzięki temu pokazuje, że ktoś, kto jest dla nas postrachem z kart historii mógł być kiedyś normalnym człowiekiem i dopiero czas lub okoliczności sprawiły, że stał się jednym z największych zbrodniarzy świata. Nie mam zamiaru usprawiedliwiać w ten sposób Hitlera, raczej zwrócić uwagę na to, że ludzki charakter w większości tworzony jest przez społeczeństwo i warto o tym pamiętać także dziś, kiedy po naszych ulicach chodzi stanowczo zbyt wielu ludzi nienawidzących innych bez powodu. Niezwykle współczesna wydaje mi się także opowieść o rozgrywkach partyjnych. W książce pojawiają się bowiem bohaterowie, którzy są gotowi oddać życie za swoją ideologię, która racjonalnemu człowiekowi wydaje się wynaturzona i chora. I nie chodzi tu tylko o reprezentantów NSDAP, ale i komunistów. O dziwo, mam wrażenie, że z takimi ekstremami spotykamy się i dziś. I nie mówię tu jedynie o dżihadystach, ale i reprezentantach jedynej i słusznej partii, którzy opluwają własną rodzinę, kiedy ta udowadnia im, że niezależne sądownictwo jest jednak w kraju potrzebne. 
Kiedy pisałam o tym, że nie lubię historii, mówiłam szczerze. Lubię jednak kryminały. Dlatego cieszę się, że za pomocą tego rodzaju książki mogłam zgłębić pewne wątki, odnoszące się do teraźniejszości, których nie analizowałabym w innym wypadku. Do tego czytając powieść Ćwirleja bawiłam się całkiem dobrze. Trzeba więc stwierdzić, że była to lektura na wskroś pożyteczna. Może nie należała do najbardziej fascynujących w moim życiu, ale z pewnością warto do niej zajrzeć. Na potwierdzenie dodam, że już kupiłam pierwszy tom przygód Fishera.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

O szaleństwie ojcostwa, czyli "Wszystkie dzieci Louisa" Kamila Bałuka

K.Bałuk, "Wszystkie dzieci Louisa", Wydawnictwo Dowody na Istnienie, 2017.

Rodzicielstwo to wielka odpowiedzialność. Tak samo jak dawanie ludziom możliwości posiadania dzieci. Niestety, często rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, jak ich wybory mogą później wpływać na ich potomków. Kilka lat temu Holandię obiegła informacja o tym, że w wyniku zapłodnienia nasieniem z banku spermy jeden mężczyzna został ojcem dwusetki dzieci. Właśnie o tej sprawie opowiada reportaż "Wszystkie dzieci Louisa" Kamila Bałuka.
"Wszystkie dzieci Louisa" to książka o półsiostrach i póbraciach, ludziach, którzy w pewnym momencie życia dowiedzieli się, że ich ojcem jest anonimowy dawca i postanowili odnaleźć własne korzenie. Oprócz ojca, człowieka nader specyficznego, odnajdywali także coraz liczniejsze rodzeństwo, walcząc z systemem prawnym, który nie wykształcił odpowiednich rozwiązań gwarantujących im znajomość danych rodzica, a nawet gwarancji, że ten sam człowiek nie będzie mógł spłodzić setek potomków. W sprawę wmieszany jest także lekarz, właściciel kliniki w Barendrechcie, który w imię własnej, nie do końca określonej misji nie tylko łamie przepisy przyjmując dawców, ale i kłamie kontaktując się z ludźmi szukającymi swoich korzeni.
Trudno mi pisać o "Wszystkich dzieciach Louisa", ponieważ temat jest dla mnie dość kontrowersyjny i podchodzę do niego bardzo emocjonalnie. Po prostu uważam, że cokolwiek by się nie działo dziecko ma prawo do wiedzy o tym, kim jest jego ojciec, a każdy kto spłodził potomka ma obowiązek łożyć na jego utrzymanie. Sama instytucja banku nasienia w większości przypadków temu zaprzecza. Dlatego trudno było mi zrozumieć zarówno matki decydujące się na samotne macierzyństwo z własnej woli jak i dawców, którzy chcieli bez konsekwencji przedłużyć egzystencję swojego DNA. Książka Bałuka porusza naprawdę wiele istotnych tematów. Trudno powiedzieć, który jest najważniejszy. Zacznijmy od ułomności prawa - przez wiele lat w Holandii nie istniały przepisy regulujące to, kto może zostać dawcą nasienia, do zapłodnienia jakiej ilość kobiet można wykorzystać materiał pochodzący od jednego dawcy i czy dziecko po osiągnięciu określonego wieku może otrzymać dostęp do danych biologicznego ojca. Choć w Holandii już się to zmieniło, polskie prawo nie posiada dostatecznych regulacji. I właśnie z tych przepisów zrodziły się problemy bohaterów reportażu. Nie tylko mają oni dziesiątki półrodzeństwa, ale także ojca, który nigdy nie powinien zostać dawcą. Bowiem Louis cierpi na zespół Aspergera i w związku z tym traktuje swoje dzieci jak specyficzny rodzaj kolekcji. Wypatruje w nich swoich własnych cech fizycznych i stara się ich porównać do przodków. Mimo, że chętnie ich poznaje, nie potrafi nawiązać z nimi żadnej więzi emocjonalnej. Największymi ofiarami tego wszystkiego są jednak dzieci, dziś już w większości dorosłe. Złośliwi powiedzą, że gdyby nie decyzje ich matek i nasienie Lousia nigdy nie przyszłyby na świat. Owszem, jednak gdyby ktoś pomyślał o ich losie, przez całe życie nie musiałyby się zmagać z piętnem niepewności własnego pochodzenia i genami odziedziczonymi po obciążonym chorobą Louisie. Ominąłby ich koszmar poszukiwań, miesiące niepewności i liczne zaskoczenia, kiedy to okazywało się, że mają kolejnego półbrata lub półsiostrę. To nie jest normalne życie. Każdy, kto zdecyduje się przeczytać ten reportaż będzie mógł poznać trudną drogę dzieci Louisa, które chwytały się brzytwy tylko po to, by dowiedzieć się, kim są. Ich zmagania są o tyle smutne, że w większości kończą się rozczarowaniem. Bałuk nie pisze jednak wyłącznie o dzieciach Lousia. Wiele stron poświęca działaniu podejrzanej kliniki w Barendrechcie i jej dyrektora - lekarza łamiącego wszystkie przepisy w imię własnej misji. Czy naprawdę można pozwolić na zajmowanie się najdelikatniejszą ze sfer ludzkiego życia człowiekowi, który nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów? Przede wszystkim należy jednak wspomnieć, że "Wszystkie dzieci Louisa" to perfekcyjnie napisany reportaż, opierający się na rzetelnych źródłach i dziennikarskim śledztwie. Uwzględnia on zdania każdej ze stron i pokazuje świat takim, jakim niekoniecznie chcemy go widzieć.
Nie opowiedziałam tutaj całej książki Kamila Bałuka. Zarysowałam jedynie kilka wątków bulwersującej mnie sprawy. Ten reportaż, choć mówi o Holandii, jest potrzebny nam, Polakom. Ponieważ nasze prawo jest niewystarczające, tak jak holenderskie kilkanaście lat temu, a matek i rodzin, które chciałyby mieć dziecko bez względu na ewentualne konsekwencje jest coraz więcej. Warto zapoznać się z tą książką i pomyśleć o tych, którzy w aż nazbyt konserwatywnym polskim społeczeństwie będą musieli zmagać się z piętnem dziecka nieposiadającego ojca.