piątek, 17 listopada 2017

Nie ma nic bardziej trującego niż polskie miasteczko, czyli "Czarna" Wojciecha Kuczoka

W.Kuczok, "Czarna", Wydawnictwo Od Deski do Deski, 2017.

Za serią "Na F/Aktach" Wydawnictwa Od Deski Do Deski stoi, moim zdaniem, genialny zamysł. Czy może być coś lepszego niż prawdziwe historie przefiltrowane przez emocje i pomysłowość pisarza? Wystarczy spojrzeć na "Inną duszę" Łukasza Orbitowskiego, by stwierdzić, że "raczej nie". Z kolei "Czarna" Wojciecha Kuczoka, której miałam okazję wysłuchać w interpretacji Edyty Olszówki, tylko potwierdza tę tezę. 
Tytułowa Czarna to małe miasteczko. Żyje w nim Jeremi - jeden z najbardziej poważanych obywateli, stateczny mąż i ojciec, którego oczkiem w głowie jest najmłodsze z dzieci - syn Pawełek. Mieszka tam też Maryśka - nauczycielka rozpaczająca po utraconej wolności. Udało jej się wyrwać z Czarnej do wielkiego miasta, jednak konieczność opieki nad chorym ojcem zmusiła ją do powrotu. Ojciec umarł, a ona utknęła w małym mieście z toksyczną matką bez krztyny bliskości i miłości. Z tej samotności wdaje się w romans z Jeremim. Od początku jednak wiadomo, że to nie może się udać. Oboje nie tylko oczekują od siebie czegoś innego, ale i bardzo szybko zaczynają być poddawani osądom miasteczka.
Specyficzną cechą niektórych książek z serii "Na F/Aktach" jest to, że znamy zakończenie. Sprawy opisywane przez pisarzy są na tyle głośne, że trudno znaleźć kogokolwiek, kto o nich nie słyszał. Od początku więc większość czytelników wie kto kogo zabije. Nie wiemy jednak dlaczego. I to jest dla autora największym polem do popisu. A Kuczokowi trzeba przyznać, że analizą motywów postaci zajął się po mistrzowsku. Znając sytuację, w której żyli bohaterowie ma się wrażenie, że dużo bardziej winne jest miasteczko niż rzeczywisty sprawca. I tutaj dochodzimy do sedna. Historia Jeremiego i Maryśki to romans jak ich wiele. Żonaty mężczyzna ma dość swojej żony, która po kilku porodach nie jest ani taka piękna ani tak radosna jak kiedyś. Znudziła mu się też z kilku innych powodów. Nie ma jednak zamiaru od niej odchodzić. Małżeństwo, przynajmniej na polskiej prowincji, jest zazwyczaj tworem wygodnym - ma się gosposię za darmo, a także status pana i władcy w gratisie. Jeremi potrzebuje rozrywki, więc decyduje się na romans. Choć jest atrakcyjną partią - właścicielem tartaku i lokalną szychą, nie ma zbyt wielkiego wyboru. Po krótkiej selekcji lokalnych panien typuje Maryśkę - ponieważ jest wolna, młoda i trochę nie pasuje do otoczenia. Trafia na podatny grunt - kobieta jest dręczona przez matkę, która za wszelką ceną pragnie wpisać córkę we własne schematy. Czarna jest mała, Maryśka nie ma szans na ucieczkę od rodzicielki. Tkwi więc w nieprzyjaznym domu, zamknięta w czterech ścianach i samotna. Jeremi wydaje jej się szansą na zmianę beznadziejnego losu. I dlatego się w nim zakochuje. Nie wie, że ta miłość będzie ją tyle kosztować. Miasteczko jest bezlitosne. Łatwo ocenia i piętnuje. Miasteczkiem żądzą mężczyźni. I choć to kobiety głównie oceniają, robią to według patriarchalnych standardów. Żonaty mężczyzna ma romans, więc możliwość jest tylko jedna - ta złośliwa lafirynda, która nie wie, gdzie jej miejsce, musiała zamieszać mu w głowie. Łatwo jest oceniać. Szczególnie, jeśli świat widzi się w czarno-białych barwach. Łatwo jest oceniać, kiedy nie ma nic innego do roboty. Łatwo jest oceniać, skoro oceniają wszyscy. Łatwo jest oceniać, kiedy wszyscy wokół żyją według tego samego schematu. Rozumiem Maryśkę, bo wiem, jak działają małe polskie miasteczka - jak piętnują tych, którzy myślą inaczej, wyglądają inaczej, czy negują to, co robią wszyscy. Kuczokowi udało się pokazać niuanse tej chorej sytuacji. Nie odpuszcza nikomu. Daje nam niemal na tacy wady wszystkich bohaterów. Obrywa się zarówno Maryśce i Jeremiemu, jak i ich bliskim i znajomym. Przede wszystkim obrywa się Czarnemu. Tym wszystkim pozornie anonimowym ludziom, tworzącym toksyczny kolektyw. Udaje się to dzięki stylowi jakim napisano tę książkę. Jeśli przyjrzeć się temu bliżej, można stwierdzić, że to powieść stworzona ku czci języka. Nie jest on prosty ani przyjemny. Każdy z bohaterów dostaje własny głos, często pełen obrzydliwości, dosadny i oceniający. Pod tym kątem, jak i pod każdym innym książka ta jest majstersztykiem. I choć zazwyczaj ambitną literaturę wolę czytać, a nie jej słuchać, niezmiernie cieszę się, że "Czarną" pochłaniałam w formie audiobooka. Głos lektorki pozwolił tej opowieści wybrzmieć, nadał jej dodatkowego charakteru, uwrażliwił na poszczególne style wypowiedzi. Przeczytajcie choć fragment tej książki na głos, a zrozumiecie o czym mówię. W "Czarnej" rozpacz i odrzucenie miesza się z nadzieją, beznadzieja z wrogością i ułudą. To tygiel uczuć i emocjonalnych obciążeń, które prędzej czy później muszą doprowadzić do tragedii.
Dawno nie czytałam, czy też nie słuchałam tak dobrej książki. Dzięki Kuczokowi można się przekonać, ile staranne konstruowanie języka może dać literaturze. Dowiedzieć się na ile emocje mogą zostać zawarte w słowach i dlaczego sztywne zasady i ślepe podążanie za irracjonalnymi regułami stworzonymi przez przepełnioną wrogością społeczność mogą doprowadzić do tragedii. 

niedziela, 12 listopada 2017

Zbyt długa partia szachów, czyli "Z jednym wyjątkiem" Katarzyny Puzyńskiej

K. Puzyńska, "Z jednym wyjątkiem", Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2015.

Powieści Katarzyny Puzyńskiej, opowiadające o sympatycznych policjantach ze wsi Lipowo, na stałe zagościły w moich czytelniczych planach. Nie uważam ich, co prawda, za arcydzieła, ale są w moim mniemaniu na tyle swojskie i emocjonujące, że daję się wciągnąć w ich mały świat. "Z jednym wyjątkiem" to czwarty tom tej serii i muszę przyznać, że Puzyńska niezmiennie trzyma poziom.
W okolicach Lipowa zostaje zamordowana kwiaciarka w podeszłym wieku. Nie dość, że jej ciało specjalnie upozowano po śmierci to jeszcze na stole ustawiono szachownicę, na której bierki zostały rozmieszczone w charakterystyczny sposób. Kto mógł zabić samotną kwiaciarkę? Odpowiedzi na to pytanie zaczynają szukać policjanci z Lipowa. Po wnikliwych przesłuchaniach okazuje się, że kobieta miała sporo wrogów i zamieszała się w kilka niejednoznacznych spraw. W rozwiązaniu zagadki, jak zwykle, policjantom przeszkadzają problemy osobiste i dylematy, z którymi muszą się zmierzyć. 
Ten, kto czytał choć jeden tom sagi o policjantach z Lipowa wie, że po Puzyńskiej można się spodziewać niespodziewanego. I owszem, prawie do końca nie domyślałam się, kto zabił. Uświadomiłam sobie za to, że świat szachów może być całkiem fascynujący - przynajmniej dla tych, którzy potrafią w nie grać. Sama znam jedynie zasady tej skomplikowanej gry, dlatego z zaciekawieniem poznawałam różne szachowe historie. Przynajmniej te współczesne. Ponieważ przeplatająca fabułę historia sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat po pewnym czasie robi się nużąca i niepotrzebnie przeciąga fabułę. Poza tym, moim zdaniem, naprawdę niewiele wnosi do całej opowieści. Wróćmy jednak do śledztwa. W tym przypadku Puzyńska zaprezentowała nam ciekawą i szeroką gamę bohaterów, którzy trochę nawiązują do stereotypów, by jednocześnie w niektórych aspektach je łamać. Mamy więc pustą blondynkę z tipsami, jej chłopaka -dresiarza, który kocha przyrodę niczym rasowy lewak i milicjanta na emeryturze, tęskniącego za zasadami starego systemu. Warto wspomnieć też o ofierze i jej koleżance, czyli dwóch walecznych emerytkach, które zamiast dołączyć do toruńskiej armii, zajmują się ekologią. Ponadto, w trakcie śledztwa przekonujemy się, że komisarz Klementyna Kopp może być nierozsądna i posiada więcej tłumionych uczuć, niż można się było spodziewać. A główny bohater - Daniel Podgórski odrywa się od sprawy, by lepiej poznać swojego syna, o którego istnieniu, do niedawna, nie wiedział. Jego pojawienie się sprawia, że policjant jest zupełnie zdezorientowany i próbuje rozwiązać zarówno kwestię związaną z kontaktami z chłopakiem, jak i z rozwijaniem jego dotychczasowego związku. Wątki obyczajowe w powieściach Puzyńskiej są zazwyczaj ciekawe i tak jest i w tym tomie. Nawet duża część zagadki kryminalnej oscyluje wokół relacji i konfliktów rodzinnych. "Z jednym wyjątkiem" jest książką, którą czyta się lekko, szybko i przyjemnie, choć ma ona, oczywiście, swoje zgrzyty.  Takie jak irytujący język, jakim posługuje się Klementyna Kopp. Można go jednak usprawiedliwić kreacją tej postaci.
Mamy przed sobą wiele długich jesiennych i zimowych wieczorów. Jeśli chcecie kilka z nich spędzić na lekkiej, emocjonującej i całkiem zabawnej lekturze, "Z jednym wyjątkiem" Katarzyny Puzyńskiej to dobry wybór. Ja z pewnością sięgnę po kolejne tomy. Jeden, z autografem autorki, już czeka na mnie na półce :)

wtorek, 7 listopada 2017

Nieskazitelność to tylko tarcza, czyli "Łowcy głów" Jo Nesbø

J. Nesbø, "Łowcy głów", tłumaczenie I. Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2012.

Kto nie czytał jeszcze ani jednej książki Jo Nesbø? Ja. Udało mi się jednak wysłuchać audiobooka "Łowców głów" i przyznam, że moje pierwsze spotkanie z tym wychwalanym pod niebiosa autorem kryminałów, mogę uznać za całkiem udane. Owszem, książka ma swoje niedociągnięcia i pewną irytującą bohaterkę, ale tempo akcji sprawia, że nie ma nawet kiedy na nią narzekać.
Roger Brown jest, w swoim mniemaniu, najlepszym headhunterem w Norwegii. Niestety, mimo swoistego prestiżu i uznania, jego zarobki nie są w stanie sprostać wszystkim wymaganiom przywykłej do luksusu pani Brown. Dlatego też, po godzinach łowca głów zajmuje się kradzieżą dzieł sztuki i ich sprzedażą na czarnym rynku. Kiedy w jego zasięgu pojawia się, uznawany dotąd za zaginiony, obraz Rubensa, który mógłby zaradzić wszystkim problemom finansowym, headhunter zaczyna snuć plan jego zdobycia. Nie spodziewa się jednak, że tym razem trafi na godnego przeciwnika.
Cieszę się, że zapoznałam się z tą powieścią w formie audiobooka. Są ku temu dwa powody - narracja pierwszoosobowa i lektor - Krzysztof Gosztyła. Właśnie to zestawienie nadaje książce moc. Mimo że nie przepadam za historiami opowiadanymi ustami głównego bohatera, ta przypadła mi do gustu ze względu na ironiczny monolog Browna i sposób w jaki był czytany. Nie wiem, czy w innej interpretacji, czy też na papierze, byłabym tak samo zaintrygowana tą płynącą w niesamowitym tempie historią. A trzeba przyznać, że ma ona kilka dobrych stron. Przede wszystkim kreacja głównego bohatera. Roger Brown nie ma nic wspólnego z typowym macho. Jest niskiego wzrostu i ma z tego powodu kompleksy. Dysonans w jego życiu wywołuje także stosunek do ojca, któremu headhunter zarzuca zbyt niskie pochodzenie. Kiedy spojrzymy na wyrytą w świadomości Browna niższość, trudno nam się dziwić, że tkwi przy swojej pięknej, aż nieznającej wartości pieniądza żonie i stara się spełniać wszystkie jej zachcianki, bez względu na konsekwencje. Pani Brown, choć nie da się jej lubić i wydaje się mało realna nadaje książce specyficznego kolorytu - trudno sobie wyobrazić kogoś tak bardzo oderwanego od rzeczywistości i naiwnego. Nie wiem czym ta słodka dziewczynka w średnim wieku zaczarowała Rogera Browna, ale zapewniam, że jego przywiązanie, mimo ciągłych wybryków małżonki, jest wręcz niedorzeczne. Największy wpływ na fabułę ma jednak antagonista tytułowego łowcy głów, który w przeciwieństwie do głównego bohatera, ma wiele wspólnego z postaciami z filmów akcji i przeszkolenie w służbach specjalnych za sobą. To dzięki niemu mamy w książce do czynienia ze specyficzną walką dwóch inteligentnych mężczyzn, z których jeden jest trochę lepiej przeszkolony, a drugi odrobinę sprytniejszy. Jak skończy się tak historia zrodzona z troski o spełnianie zachcianek rozrzutnej żony? Tego możecie się dowiedzieć sami, zapoznając się z książką.
"Łowcy głów" to wciągająca i emocjonująca historia, która może nie wiele wnosi do naszego życia, ale z pewnością pozwoli na miłe spędzenie kilku godzin. Dzięki tej pozycji, swoje pierwsze spotkanie z Jo Nesbø uznaję za udane. A jeśli możecie i lubicie - zamiast czytać, posłuchajcie tej książki. Ironiczna historia Rogera Browna doskonale brzmi, kiedy opowiada ją Krzysztof Gosztyła.

czwartek, 2 listopada 2017

Książka, która śmieszy zamiast mrozić krew w żyłach, czyli "Osiemnaście stopni poniżej zera" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Osiemnaście stopni poniżej zera", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy, 2017.

Do pisarstwa Ahnhema mam stosunek ambiwalentny. Byłam niemal zachwycona jego pierwszą powieścią z cyklu o Fabianie Risku zatytułowaną "Ofiara bez twarzy" i rozczarowana "Dziewiątym grobem". "Osiemnaście stopni poniżej zera" uznaje za ostatnią szansę, jaką dałam temu autorowi. Na kolejną nie ma szans.
Podczas pościgu w szwedzkim Helsinborgu jedno z aut wpada do basenu portowego. Po jego wyłowieniu i bliższych oględzinach okazuje się, że kierowca nie żył już od kilku tygodni i był znaczącą personą w świecie IT. Policja rozpoczyna emocjonujące śledztwo, w którym co rusz pojawiają się nowe ofiary. Tymczasem Fabian Risk stara się uzdrowić stosunki rodzinne, co nie idzie mu za dobrze. Jego syn po raz pierwszy się zakochuje przez co coraz bardziej oddala się od rodziców, a żona jest skupiona, przede wszystkim, na swojej artystycznej karierze. Trudno się więc dziwić, że śledczy odnajduje odskocznię w nowej sprawie. W międzyczasie jego duńska koleżanka Dunia zmaga się z represjami ze strony byłego szefa, który zamyka przed nią wszystkie drzwi do kariery. Mimo tego, policjanta trafia na trop przedziwnej szajki.
"Osiemnaście stopni poniżej zera" to pełen wartkiej akcji kryminał. Niestety, zamiast napięcia wzbudził we mnie śmiech. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem szaleńcem, którego bawią ludzie zamarzający na śmierć - po prostu ilość naciąganych faktów w tej książce była tak wielka, że z dwojga złego uznałam, że lepiej śmiać się niż płakać. A najgorsze jest to, że nie mogę nikomu zdradzić źródła irracjonalności bez podania szczegółów fabuły. Jest jednak parę innych aspektów, o których mogę wspomnieć i nie omieszkam tego zrobić.Zacznijmy od bohaterów. Fabian Risk zawsze był irytującą ofermą, ale reszta policjantów, a w szczególności policjantek, naprawdę dała się lubić. Tym razem autor zrobił z Dunii, dotychczas kobiety, która naprawdę potrafiła sama zadbać o swoje interesy, kogoś, kto zbyt łatwo rezygnuje i daje się wykiwać. Jednak to nic w porównaniu z tym, co przytrafiło się szefowej helsinborskiej policji - ta bowiem z kompetentnej i inteligentnej kobiety zmieniła się w alkoholiczkę, którą niepodzielnie rządzi menopauza. Jak widać, niektórzy mężczyźni, w tym pisarze, zdają się myśleć, że przekwitanie odbiera istotom płci żeńskiej rozum. Poznęcać możemy się też nad młodzieżą pojawiającą się na kartach powieści. Teodor Risk, syn Fabiana to ucieleśnienie obaw każdego rodzica - jest zbuntowany, niezrównoważony i uwierzy we wszystko, co powie mu piękna dziewczyna. Właściwie zrobi też wszystko, żeby z nią być. A jego ojczulek, jak zwykle, nic nie zauważy. Słuchając o rodzinie Risków ma się ochotę wykrzyczeć im w twarz, aby wreszcie poszli każdy w swoją stronę, bo wspólne życie raczej im nie wychodzi, więc po co się męczyć... przez kolejne kilka tomów. Podsumowując - wątek obyczajowy kuleje niemal tak bardzo jak kryminalny. A całość w beznadziejności podkreśla silenie się na sceny w stylu "Pięćdziesięciu twarzy Grey'a" napisane tylko odrobinę lepiej niż pierwowzór. Dreszcz emocji podczas słuchania wzbudzał we mnie tylko lektor, Mariusz Bonaszewski, który umie nawet najbardziej irracjonalne fragmenty powieści przekazać w taki sposób, że mam ochotę się bać. Niestety, nie było czego.
Dałam Ahnhemowi ostatnią szansę, ale on jej nie wykorzystał. Szkoda, ponieważ pierwszy tom tego cyklu pokazał, że autor ma duży potencjał. "Osiemnaście stopni poniżej zera" to książka, po którą sięgać nie warto, ponieważ thriller czy kryminał fabularnie graniczący z absurdem, wzbudza śmiech zamiast strachu.

czwartek, 26 października 2017

Pierwsze urodziny bloga!!!


Pierwsze urodziny bloga - nawet koty nie mogą uwierzyć, że czas tak szybko leci :)

Chciałam pominąć ten wpis. Darować sobie. W końcu to tylko urodziny bloga. Czy blogi mogą w ogóle obchodzić urodziny? Być może te popularne owszem - w końcu urodziny to dobry czas na konkurs i pochwalenie się paroma sukcesami. Doskonały moment na kolejną PR-ową akcję. Tylko u mnie PR-u nie będzie. Konkursu też. W kwestii automarketingu jestem raczej niezdolna i leniwa. Robię to, co uważam za konieczne, naiwnie wierząc, że dobre teksty prędzej czy później obronią się same. Dlaczego więc zdecydowałam się na ten wpis? Powodów jest kilka.
Pisanie bloga przez rok być może nie jest wielkim sukcesem, ale kiedy wezmę pod uwagę to, jak wiele zmieniło się w ciągu tych ostatnich dwunastu miesięcy, jestem całkiem zadowolona z tego, że wytrwałam. Nie jestem idealna i nie zawsze wywiązuję się ze wszystkich blogowych obowiązków tak, jak powinnam. Choć, na moje szczęście, tylko ja i jeden mały plik w moim komputerze wiemy, jak wielkie są moje recenzenckie zaległości. Chociaż jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że przez ten rok zmieniłam kraj, w którym żyję, zaczęłam pracować w zawodzie związanym z pisaniem i adoptowałam dwa kociaki, moje zaległości wydają się być usprawiedliwione.
Warto wspomnieć również o tym, jak blogowanie wpłynęło na mój gust czytelniczy. Dzięki recenzjom innych blogerów otworzyłam się na nowe gatunki i przeczytałam książki, które do tej pory omijałam szerokim łukiem. Nie żałuję - reportaże wiele nauczyły mnie o świecie. Tak samo jak powieści noblistów, będące wspaniałym powrotem do dalszego odkrywania ambitniejszej literatury. Przeczytałam też masę kryminałów, które kiedyś wydawały mi się banalne, ale teraz stały się najlepszą tramwajową rozrywką (choć przyznam, że odkąd zaczął się rok akademicki czytanie w środkach komunikacji miejskiej zrobiło się znacznie trudniejsze z powodu deficytów przestrzeni).
Przez ten rok powstało sto jeden postów (ten jest sto drugi), z których tylko trzy nie były związane z konkretną lekturą. Z jednych jestem dumna bardziej, z drugich mniej, jednego (nie powiem, którego) się wstydzę. Część powstawała w dość nietypowych warunkach, ale w każdy z nich włożyłam serce i starałam się być szczera w swojej ocenie. Pomaga mi w tym poniekąd fakt, że (poza jednym wyjątkiem) sama zaopatruje się w czytane książki. Przyzwyczaiłam się do tej niezależności. Przynajmniej mam pewność, że nic się nie stanie, jeśli nie opublikuję paru recenzji w terminie. Choć obiecuję, że wszystkie nadrobię.
Z okazji pierwszych urodzin bloga chciałabym również podziękować tym, którzy czytają go mniej lub bardziej regularnie. Jako człowiek, któremu zdarza się pisać po dwadzieścia tysięcy (pozablogowych) znaków dziennie powinnam przywyknąć do tego, że ktoś czyta moje teksty, ale świadomość, że część z Was poświęca swój wolny czas po to, by choć zerknąć na moją opinię na jakiś temat, bardzo mi pochlebia. Dziękuję bardzo! Rok temu w życiu nie uwierzyłabym w to, że będzie Was tak wielu :)
A czego możecie się spodziewać po kolejnym roku bloga Tyle liter przed oczami? Kolejnych recenzji i, być może, paru felietonów okołoksiążkowych. W najbliższym czasie napiszę o takich pozycjach jak "Wymazane" Michała Witkowskiego, "Rdza" i "Ślady" Jakuba Małeckiego, "Kaprysik" Mariusza Szczygła, "Łowcy głów" Jo Nesbø czy "Mitologia Nordycka" Neila Gaimana. Widać więc, że będzie różnorodnie i, mam nadzieję ciekawie. No i z pewnością książkom na zdjęciach będą towarzyszyć moje koty. A tym, którzy sądzą, że te małe futrzaki nie mają nic wspólnego z literaturą przyznam w ramach urodzinowego sekretu, że Karl Ove został nazwany na cześć Knausgårda, a Lars w związku z sympatią do Larsa Saabye Christensena. I tak, jestem psychofanką norweskich pisarzy - nauczyłam się z tym żyć :)
A na koniec bonus w postaci kotów z książkami ich pisarskich patronów :)

poniedziałek, 23 października 2017

"Nielegalne związki" Grażyny Plebanek, czyli powieść o walce z nużącą normalnością

G.Plebanek, "Nielegalne związki", Wydawnictwo W.A.B., 2014.

Nie lubię opowieści o miłości, zdradzie i związkach. Grażyna Plebanek przekonała mnie jednak do swoich powieści wielokrotnie i byłam ciekawa, jaka jest jej wizja "Nielegalnych związków". Szczególnie, że bohaterem tej książki uczyniła mężczyznę, sprawiając, że daleko jej do sztampowego romansidła. Nie zmienia to jednak faktu, że powieść ta wzbudziła we mnie ambiwalentne uczucia.
Jonathan to Polak o skomplikowanej, międzynarodowej biografii. Razem ze swoją żoną przeprowadza się z Polski do Brukseli. Robi to dla niej i jej kariery. Stara się tam odnaleźć na nowo, co nie jest aż tak proste, jak mu się wydawało. Wtedy pojawia się ona. Ta druga. Andrea. Partnerka szefa jego żony. Kobieta uwodzicielska, wzbudzająca podziw, robiąca karierę dziennikarską. Jak pozostać wiernym żonie i dwójce dzieci w świecie, w którym nie ma się celu, kiedy obok stoi taka kobieta?
To nie jest zwykły romans. I właśnie to ratuję tę książkę. Ponieważ historia mężczyzny, który ma wszystko, czego chcieć powinien: odnoszącą sukcesy żonę, dwójkę cudownych dzieci, pracę sprawiającą satysfakcję, choć nie dającą wiele zarobić, w pełni ułożony świat. Jednak w momencie, w którym nawiązuje on kontakt z pozornie nieosiągalną kobietą to wszystko przestaje mieć znaczenie. Jest gotów umawiać się z nią ukradkiem w kościołach, do których w Brukseli nikt nie chodzi, by choć na chwilę być blisko niej. Jednocześnie Jonathan nie wyobraża sobie życia bez żony i dzieci. I właśnie to niezdecydowanie, ta ambiwalencja uczuć jest esencją tej powieści. Mężczyzna, stający się emocjonalnym i seksualnym niewolnikiem swojej kochanki, z drugiej nierozerwalnie przywiązany do rodziny, z którą żyje. Problem książki polega na tym, że Jonathana niezmiernie trudno zrozumieć. Być może winny jest temu charakter jego kochanki, kobiety nieautentycznej. Owszem, obserwujemy ją oczami Jonathana, jednak na początku miałam wrażenie, że tak idealne kobiety nie maja racji bytu, a potem zastanawiałam się jakim cudem ktoś taki może utrzymać przy sobie jakiegokolwiek mężczyznę. Andrea miała być marzeniem każdego mężczyzny, jednak z opisów Plebanek można wywnioskować, że jest to raczej kobieta odstręczająca. I nie chodzi o to, że nie można się z nią zaprzyjaźnić, raczej nie chce się mieć z nią nic wspólnego. Nie wiem, czy taki był zamysł autorki, czy to tylko moje odczucia, ale nie jest to kobieta, w której mógłby się zakochać ktokolwiek. Esencją książki jest z pewnością problem kontroli nad uczuciem. Kwestia zapanowania nad szaleństwem ciała i serca w imię dobra tych, którzy znacznie wcześniej w owym sercu zagościli. Niestety esencja ta zanika często pod płaszczykiem pożądania w tej powieści zamieniającego człowieka w zwierzę. Ciekawym przypadkiem jest również najbliższy przyjaciel głównego bohatera - Stefan. Zdaje się on być stereotypem mężczyzny, który dla seksu jest w stanie zrobić wszystko, a monogamia jest dla niego niewyobrażalną męką. Schemat, w który się on wpisuje jest interesujący, lecz gra z nim wydała mi się w efekcie za mało finezyjna. Tak samo jak jego rozmowy z głównym bohaterem, które zdają się nie wnosić wiele.
Po Grażynie Plebanek spodziewałam się więcej. Trójkąty miłosne i niezdecydowanie bohaterów potrafią wciągnąć, ale na krótką metę. Już w połowie powieść wydawała się nużąca i niemal przewidywalna. Jednak jeśli lubicie historie o relacjach damsko-męskich ta pozycja może się Wam spodobać. Przebija bowiem większość książek je poruszających łamaniem schematów i klasą, której nie można "Nielegalnym związkom" odmówić.

niedziela, 15 października 2017

Kilka słów bolesnej prawdy, czyli "Jak uleczyć fanatyka?" Amosa Oza

A.Oz, "Jak uleczyć fanatyka?", tłumaczenie D. Sękalska-Wojtowicz, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2006.

Z czym kojarzy nam się fanatyk? Z islamskim terrorystą, wyznawcą jedynej słusznej partii, kibicem sportowym, szalonym głosicielem wyższości aktywności fizycznej nad spożywaniem cukru i glutenu... Każdy z nas ma własne skojarzenia i są one mniej lub bardziej słuszne. Przypuszczam, że z boku niektórym też mogę wydawać się fanatyczną feministką albo fanatyczną miłośniczką powieści Knausgårda. Nie dziwi mnie to. Wszyscy odnosimy się do tego, co znamy i opowiadamy o tym z naszego punktu widzenia. Tak też zrobił izraelski pisarz i wykładowca - Amos Oz w swoich esejach zawartych w książce "Jak uleczyć fanatyka?"- opowiedział o fanatyzmie ze swojego punktu widzenia. Jednak jako, że przygląda się konfliktom różnego rodzaju fanatyków od dłuższego czasu, w swoich tekstach nie udziela nam łatwych odpowiedzi.
Trzy eseje zawarte w "Jak uleczyć fanatyka?" początkowo były wykładami. Amos Oz wygłosił je w Tybindze w 2002 roku, krótko po ataku na World Trade Center. Właśnie wtedy fanatyk zaczął się większości mieszkańców zachodniego świata kojarzyć z islamskim terrorystą. Jednak autor nie porusza tego tematu. Mówiąc o fanatyzmie odwołuje się przede wszystkim do sytuacji na Bliskim Wschodzie, którą zna z autopsji. I zamiast odpowiedzieć na pytanie "Jak uleczyć fanatyka?" odpowiada na to "Jak fanatykiem nie zostać?".
Fanatyk jest zazwyczaj niewolnikiem jednej książki, ewentualnie jednej idei. Dlatego też Oz, podając dość oczywiste sposoby na wykształcenie w człowieku pluralistycznych poglądów, opowiada jak został pisarzem i na ile umiejętność wczuwania się w sytuację innych ludzi, ułatwia życie wśród fanatyków. Wszystkie jego poglądy wydają się być wyważone i nie skłaniają nas do buntu wobec wypowiadanych słów. Oz, w przeciwieństwie do fanatyków, nie jest populistą. Nie boi się powiedzieć, że winą za konflikty powinno się obarczać obie strony. Na tej kanwie stara się budować kompromisy. Jest to doskonale widoczne, gdy opowiada o konflikcie na Bliskim Wschodzie, który zdaje się w kilku zdaniach rozwiązywać za pomocą kompromisu. Tylko kompromis ma to do siebie, że boli obie strony, dlatego zazwyczaj nikt nie chce się na niego zgodzić. Szczególnie, że osoba dochodząca do kompromisu to wręcz antyteza fanatyka. Jeśli szukamy w tej książce prostej odpowiedzi na pytanie "Jak uleczyć fanatyka" możemy powiedzieć, że ucząc go pluralistycznego myślenia. Niestety, jak doskonale wiadomo, jest to niemal niewykonalne przez co zaostrzane przez lata konflikty rzadko kończą się kompromisem. Same rozważania Oza na temat Bliskiego Wschodu pokazują także coś, czego nie chcemy dostrzegać na co dzień - rolę Europy w samym stworzeniu tamtego konfliktu. Nie chcę tutaj upraszczać historycznych niuansów, ale samo stworzenie państwa Izrael można uznać za konsekwencję antysemityzmu. Warto dowiedzieć się o tym nieco więcej od człowieka, który musi sobie z takimi problemami radzić.
"Jak uleczyć fanatyka?" Amosa Oza to trzy wciągające eseje napisane pięknym językiem. Mimo, że pochłania się je szybko, nie można przestać o nich myśleć przez dłuższy czas. I właśnie po ty, by mogły wzbudzić w nas refleksje, warto poświęcić im kilka dłuższych chwil.