wtorek, 16 stycznia 2018

O perfekcji reportażu, czyli "Bóg zapłać" Wojciecha Tochmana

W. Tochman, "Bóg zapłać", Wydawnictwo Czarne, 2010.

Dobry reportaż powinien poruszać, zachowując obiektywizm i opisywać wydarzenia, które być może nie są łatwe w odbiorze, ale świadczą o określonych zjawiskach społecznych. Tak właśnie można określić teksty autorstwa Wojciecha Tochmana zawarte w zbiorze zatytułowanym "Bóg zapłać". Jak dla mnie są one przykładem perfekcyjnego reportażu.
Wojciech Tochman nie boi się trudnych tematów. Porusza je, choć wielu wolałoby o nich zapomnieć. W "Bóg zapłać", wydanym w 2010 roku znajdują się teksty z lat wcześniejszych, ułożone tak, by tworzyły spójną całość. Opowiadają o ludzkiej biedzie, niezrozumieniu, braku współczucia, ślepej wierze czy pogodzeniu się z trudnym losem. Mówią o wszystkim tym, co chcielibyśmy przemilczeć. I sprawiają, że podskórnie chcemy zacząć działać.
Nie żyjemy w świecie idealnym. Jednak często chcemy się łudzić, że szarość dookoła nas nie dotyczy. Wojciech Tochman w swoich reportażach oświetla dla nas tę szarość. I nie jest ona przyjemna. Wśród nas żyją przecież i tacy, którym życie nie tyle "nie wyszło", co od samego początku nie dawało szans. Inni stracili szansę na normalność w jednej chwili. Nie odzyskają jej nigdy. Reportaże znajdujące się w zbiorze "Bóg zapłać" to garść oszczędnych, doskonale dobranych słów, które razem wgryzają się w ludzki umysł i chwytają za serce. Jak historia maturzystów z Białegostoku, którzy ucierpieli w wypadku w drodze do Częstochowy na tradycyjną pielgrzymkę. Autor opowiada o nich dwa razy. Tuż po tragedii i po upływie roku. W obu tych relacjach na pierwszy plan wybija się nie tylko ironia losu, ale i autobus pełen wierzących uczniów i nauczycieli, który jechał na tę samą pielgrzymkę i nie zatrzymał się by pomóc, choć płonący koledzy siedzących w nim maturzystów byli tuż obok. I słowa "Bóg tak chciał" pozwalające odżegnać się od tragedii, w której ofiarami są nie tylko ci, którzy zginęli, ale i ci, którzy śmieli przeżyć. Podczas opowieści o tak przerażających wydarzeniach uwidacznia się dziennikarska postawa Tochmana - reportera stojącego z boku, zadającego pytania i wysłuchującego odpowiedzi, który dyskretnie słucha i notuje nikogo nie oceniając. Autor oddaje w ten sposób głos osobom na co dzień żyjącym gdzieś poza marginesem ludzkiego wzroku. Bowiem kiedy tylko wyściubią nos ze swych nisz, spotykają się ze społecznym ostracyzmem. Jak chłopak chorujący na zespół Tourette'a, rodzeństwo w dzieciństwie odebrane kochającym, acz biednym rodzicom, a także kobieta, która wbrew wszystkiemu odważyła się adoptować niepełnosprawne dziecko. Takich historii wokół nas jest mnóstwo. Jednak albo się o nich nie mówi, albo wspomina w kontekście sensacji z tabloidu czy programu "Uwaga". Tego typu kreacje jesteśmy w stanie ominąć. Reportaże Tochmana poruszają jednak zupełnie inne nuty - jemu nie chodzi o sensację, ale o ludzkie życie, to prawdziwe, niepodkolorowane i pełne cierpienia. To, które zmusza nas do zadania pytania: dlaczego ludzki żywot jest taki okrutny i co ja mogę zrobić, żeby to zmienić.
Perfekcyjny reportaż to taki, który przy zachowaniu obiektywizmu zmusza czytelników do myślenia. Nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale opisuje sytuacje, które są strzępkami otaczającej nas rzeczywistości. Znajdujące się w zbiorze "Bóg zapłać" teksty Wojciecha Tochmana, spełniają wszystkie te postulaty, dlatego mogę je Wam z całego serca polecić.

niedziela, 14 stycznia 2018

Bierność nigdy niczego nie naprawi, czyli "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa" Harukiego Murakamiego

H.Murakami, "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa", tłumaczenie A. Zielińska-Elliot, Wydawnictwo Muza 2013.

Haruki Murakami to pisarz, z którym mam sporo problemów. Patrzę bowiem na jego utwory z dwóch perspektyw - czytelniczej i krytycznej. Ta druga często każe mi wytykać wady języka tego pisarza i twierdzić, że większość jego książek jest zbyt prosta i płaska w odbiorze, a bohaterki, które kreuje są bez wyrazu. Jednak jako czytelniczka lubię zatapiać się w świat budowany przez Japończyka i często identyfikuję się z tworzonymi przez niego postaciami (głównie płci męskiej, nie pytajcie dlaczego). Na szczęście w przypadku "Bezbarwnego Tsukuru Tazaki i lat jego pielgrzymstwa" nie muszę być zbyt krytyczna.
Tsukuru Tazaki to trzydziestosześcioletni kawaler, który stara się ułożyć swoje samotne i monotonne życie. Spotyka kobietę - Sarę Kimoto i zbliża się do niej na tyle, by opowiedzieć jej najsmutniejszą historię swojego życia. Jako młody chłopak mieszkający w Nagoi miał czwórkę przyjaciół. Przeżył z nimi kilka pięknych lat. Nawet wtedy, gdy jako jedyny przeniósł się na studia do Tokio starał się za wszelką cenę utrzymywać z nimi kontakt. Jednak pewnego dnia, nagle, bez powodu, wszyscy zaczęli go ignorować. Tsukuru nigdy nie dociekał, dlaczego tak się stało. Jednak w chwili, w której Sara mobilizuje go do poszukiwań, jest gotów je podjąć. Nie wie jeszcze, jak daleko go poniosą.
Człowiek jest istotą społeczną. Bez względu na to, jak bardzo pragniemy temu zaprzeczyć, potrzebujemy aprobaty bliskich i otoczenia. Główny bohater powieści Murakamiego został jej pozbawiony nagle i to w najbardziej brutalny ze sposobów. Cierpiał z tego powodu miesiącami i nie potrafił o tym zapomnieć, jednak nigdy nie odważył się zapytać dlaczego przyjaciele tak nagle go odrzucili. I choć większości czytelników wyda się to dziwne, ponieważ dociekanie leży w naszej naturze, do Tsukuru Tazaki ta bierność pasuje. Ponieważ od samego początku wydawało mu się, że do niczego i nikogo nie przystaje. Wystarczy spojrzeć na pierwszy, prozaiczny powód - każdy z jego przyjaciół nosił nazwisko związane z jakimś kolorem z czym wiązały się konkretne pseudonimy: Biała, Czarna, Czerwony i Niebieski. Tsukuru z racji nazwiska, które nie pasowało do reszty na zawsze pozostawał jedynie Tsukuru. I to czyniło go, w jego mniemaniu, bezbarwnym. Odstawał także w innych aspektach, zawsze wydawało mu się, że jest czymś w rodzaju piątego koła u wozu i dlatego, choć odrzucenie było dla niego szokiem, nie stanowiło ono dla niego czegoś całkowicie niezrozumiałego. Jakby sam wcześniej wydał na siebie ten wyrok. Trudno mi pisać o samych poszukiwaniach prowadzonych przez Tazakiego - nie chcę zdradzać zbyt wiele z treści. Jednak warto zaznaczyć, że czas wszystko zmienia i poszczególne etapy poszukiwań sprawiają, że to, co niegdyś wydawało się traumą, teraz jest jedynie cieniem smutku, a całe wyjaśnienia zawsze będą wydawały się niewystarczające. Należy wspomnieć też o tym, z czym Murakami, w moim mniemaniu ma problem, czyli o postaciach kobiecych. O ile Sara, która nie pojawia się w książce zbyt często jest kobietą z krwi i kości, która wie czego chce i do czego dąży, o tyle zarówno Czarna jak i Biała wydają się być jedynie naszkicowane. Jedna z nich długo cierpiała z powodu pewnych problemów, nigdy dokładnie niezdefiniowanych, a druga wydawała się wieczną opiekunką i służącą - czyli kobietą wyrzekającą się siebie dla innych. Obu brakuje głębi i służą raczej odgrywaniu konkretnej roli niż istnieniu jako osobne byty. Powieść Murakamiego jest jednak przede wszystkim opowieścią o samotności - o tym, że można się do niej przyzwyczaić i trwać w niej niemal bezboleśnie. Jednak kiedy pojawia się realna szansa na to, że nie będzie trzeba już żyć pojedynczo, można zrobić wiele, by z takowej alternatywy skorzystać. Lecz najpierw trzeba pokonać ból odrzucenia, a ten jest często niewyobrażalny. To także historia ludzkich zmian. Młodzi, pełni ideałów, piękni, wydawaliśmy się sobie więcej warci niż dorośli, którzy zbyt wiele muszą i dlatego tracą nie tylko wolność, ale i cel w życiu.
Trwanie obok wszystkiego nie jest łatwe. Jednak bohaterowi Murakamiego długo udawało się tak żyć. Jego historia wciąga i niepokoi. Co musiało się stać, skoro przyjaciele z dnia na dzień zerwali z nim kontakt? Czy zrobili to słusznie? A może liczyli na inną reakcję samego Tsuskuru, a on milcząc, stracił coś bardzo cennego? "Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa" to prosta, wzruszająca historia o odbudowywaniu mostów, która z pewnością jest jedną z najlepszych powieści Murakamiego. 

środa, 10 stycznia 2018

Zło: nieprzewidywalne i zaślepione, czyli "Bestia. Studium zła" Magdy Omilianowicz

M.Omilianowicz, "Bestia. Studium zła", Wydawnictwo Od Deski do Deski, 2016

Pierwszy raz książka sprawiała, że sparaliżował mnie strach. I to nie raz. "Bestia. Studium zła" mroziła krew w żyłach niemal nieustannie. W swoim reportażu z fragmentami fikcji literackiej napisanym w serii Na F/Aktach wydawnictwa Od Deski do Deski Magda Omilianowicz opisuje bowiem człowieka, który nie odróżnia dobra i zła do tego stopnia, że zbrodnia niemal myli mu się z zabawą.
Leszek Pękalski, zwany "wampirem z Bytowa" przyznał się do 67 morderstw. Nie wiadomo, ile ich naprawdę popełnił. Skazano go za jedno. Autorka przybliża jego postać, ukazuje korzenie, analizuje wydarzenia, które mogły ukształtować go jako zbrodniarza, poszukuje motywów i stara się zrozumieć jego postępowanie. Część książki to przerażające monologi Pękalskiego, który opowiada o swoich zbrodniach dokładnie tak jak mógłby mówić o obiedzie czy zmianie miejsca zamieszkania. Całość oparta jest na aktach, wypowiedziach skazanego oraz osób mających z nim do czynienia.
Książki Omilianowicz słuchałam i być może to po części dzięki interpretacji Krzysztofa Czeczota treść tak bardzo mną wstrząsnęła. Jestem jednak pewna, że sama postać Pękalskiego jest głównym źródłem mojego strachu. Tragiczne połączenie traumatycznego dzieciństwa, cech psychopatycznych i niepełnosprawności intelektualnej sprawiło, że wampir z Bytowa niezdolny jest do odróżniania dobra od zła. W jego świecie zdaje się istnieć jedynie przyjemność i niedogodność. Do pierwszego dąży, drugiego unika. Ponadto z racji owego połączenia przez wiele lat nikt nie postrzegał Pękalskiego jako potencjalnego mordercy. Był jedynie "ciapą", "sierotą", "fajtłapą". Zamiast strachu wzbudzał litość. Jednocześnie nikt nigdy nie nauczył go jak radzić sobie z popędami. Dlatego, niczym zwierzę, po prostu, spełniał swoje zachcianki bez większego zastanowienia, ukrywając się jedynie w minimalnym stopniu. Trudno powiedzieć, czy miał szczęście, czy działał na tyle chaotycznie, że wykrycie go przez lata było niemożliwe. Pękalski utwierdzał się więc w swojej bezkarności i pozbawiał życia dziesiątki osób. Książka Omilianowicz nie mówi jednak o samych zbrodniach. Dowiadujemy się o niezwykle trudnym dzieciństwie. O tym, że Pękalski, często cierpiący głód, miał zawsze nieposkromiony apetyty. A także o szwagrze, który być może mógł powstrzymać zbrodniarza, ale połasił się na siedemset złotych. Autorka pokazuje w Bestii" dwa oblicza mordercy: niepełnosprawnego intelektualnie sierotę Leszka - wiecznie głodnego biedaka szukającego współczucia i pomocy oraz wyrachowanego, leniwego wampira z Bytowa, zdolnego do zabicia kogoś tylko dlatego, że śmiał się z jego nienaturalnego zachowania. Omilianowicz jest niezwykle wręcz obiektywna, zbiera opinie ludzi, którzy znali Pękalskiego, stara się znaleźć w nim pozytywy, ale niemal nikt nie potrafi powiedzieć o nim nic jednoznacznie dobrego. W najlepszy wypadku zbrodniarz był wobec kogoś neutralny. Jednak każdy, kto przebywał z nim choć odrobinę dłużej zauważał, że Pękalski wykorzystywał swoją słabość by wzbudzać litość i manipulował ludźmi, oszukując ich i wyzyskując ich dobroć.
Trudno mi pojąć, że tacy ludzie jak Pękalski mogą chodzić po świecie. Trudno mi nawet nazwać takiego zbrodniarza człowiekiem. Wampir z Bytowa jako morderca złamał wszystkie stereotypy, pokazując, że można popełniać najgorsze przewinienia, będąc biednym, niepełnosprawnym intelektualnie sierotą. I choć odkąd wysłuchałam tej książki Pękalski i możliwość wypuszczenia go na wolność wzbudzają we mnie strach, uważam, że takie lektury jak "Bestia. Studium zła" są nam bardzo potrzebne. Uświadamiają, że zło może czaić się w każdym. A kiedy napisane są po mistrzowsku, tak jak książka Omilianowicz, można je tylko z całego serca polecić.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Amerykańskie podróbki, czyli Neil Gaiman i jego "Amerykańscy bogowie"

N.Gaiman, "Amerykańscy bogowie, tłumaczenie P.Braiter, Wydawnictwo Mag, 2016.

"Amerykańscy bogowie" Neila Gaimana to dla wielu powieść kultowa. Ja usłyszałam o niej przypadkiem, kiedy promowano serial nakręcony na jej kanwie. Cóż, przyznaję bez bicia, że fantastyka od lat nie leży w zakresie moich ścisłych książkowych zainteresowań. Pomyślałam jednak, że może warto obejrzeć serial, a hołduje zasadzie "najpierw książka, potem ekranizacja", więc znalazłam na Storytel audiobooka i zabrałam się do słuchania. Zajęło mi to siedemnaście dni, mimo że średnio wysłuchuję jedną książkę tygodniowo.
Cień po kilku latach w więzieniu ma wreszcie wyjść na wolność. Jednak nie wszystko idzie po jego myśli. Tuż przed opuszczeniem zakładu karnego dowiaduje się, że jego ukochana żona - Laura, zginęła w wypadku samochodowym. Wszystko wskazuje na to, że przed śmiercią go zdradzała. Oszołomiony mężczyzna tuż po wyjściu na wolność spotyka tajemniczego pana Wednesdaya, który zdaje się czekać na Cienia. Podstępem zatrudnia go w charakterze ochroniarza i wprowadza w przedziwny, szykujący się na wojnę świat.
Być może miałam zbyt wygórowane oczekiwania, ale opowieść Gaimana wydała mi się, po prostu, nudna. Zwroty akcji były przewidywalne, a większość fabuły, ze względu na źródła mitologiczne, łatwa do odgadnięcia. Przyznaję jednak, że całość miała swoje dobre strony. W książce pojawiły się bowiem mniej znane bóstwa słowiańskie - Czernobog, czy siostrzane Zorze, które przynajmniej na początku mogły mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Potem ich związek z innymi, lepiej znanymi mi mitologiami stał się na tyle czytelny, że wiedziałam, czego się po nich spodziewać. Mało intrygujące są również serwowane przez Gaimana tajemnice - jedynie laik, który z mitologią nie ma nic wspólnego, nie domyśli się od razu kim jest niby tajemniczy pan Wedensday i inni bohaterowie. A na temat tego, jak kreacja tego bohatera nie zgadza się z wyobrażeniem, jakie mam na jego temat, można napisać całą książkę. Ograniczę się to tego, że Wednesdayowi bliżej do knującego niezrozumiałe gierki Donalda Trumpa niż do prawdziwego, pełnokrwistego wikinga z krukami na ramieniu. Jedyną interesującą postacią wydaje się być sam Cień - zawikłany w swojej beznadziei i niemożności wyboru sługa. Mimo kryminalnej przeszłości ma w sobie więcej przyzwoitości niż jakiekolwiek bóstwo i choć jego głównym celem zdaje się być przetrwanie, stara się postępować słusznie i zrozumieć swoją rolę w pokręconym świecie, do którego trafił. Owo poszukiwanie jest dla mnie jedynym interesującym wątkiem całej opowieści, który, niestety, nie został rozwiązany w satysfakcjonujący czytelnika sposób. Jeśli chodzi o pomysły - interesujący wydał mi się tylko jeden. Mianowicie wykreowanie nowoczesnych, współczesnych nam bóstw. Pieniądze, sława czy elektronika stają się dla nas tak ważne, że rzeczywiście możemy przyrównać je do bogów. W pewnym sensie, tak jak dawne politeistyczne bóstwa spełniają one funkcję użytkową. Wydaje mi się jednak, że są to postacie niewyraźnie nakreślone, przez co nieautentyczne. Służą bardziej jako proteza wroga niż ktoś, kto rzeczywiście może wzbudzać strach.
Po wysłuchaniu "Amerykańskich bogów" z pewnością nie sięgnę po serial. Jak dla mnie ta książka to bank zmarnowanych pomysłów i spłaszczonych postaci. Jeden Cień jej nie uratuje. Dlatego, jeśli tak jak ja nie uważacie Gaimana za kultowego autora, nie czytajcie tej powieści - czas można zmarnować na przynajmniej sto o wiele ciekawszych sposobów.

czwartek, 4 stycznia 2018

Dzieciństwo wyznacza nasze ścieżki, czyli "To ty jesteś Bobbym Fischerem" Christera Mjåseta

Ch.Mjåset, "To ty jesteś Bobbym Fischerem", tłumaczenie D.Polska, Wydawnictwo Smak Słowa, 2016.
Moje wycieczki do biblioteki mają stały plan. Pierwszym przystankiem po przekroczeniu progu wypożyczalni są dwa regały, na których znajdują się książki zakwalifikowane jako literatura norweska, duńska, fińska, islandzka i szwedzka. Dokładnie w tej kolejności. To właśnie tam znalazłam powieść Christera Mjåseta "To ty jesteś Bobbym Fischerem" i przyznaje, że po jej lekturze chętnie wrócę do tego norweskiego pisarza.
Håkon pojawia się w rodzinnym Lillehammer po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat. Przyjechał na pogrzeb dawnego kolegi. Unikał tego miasta, ponieważ wiązało się ono z wieloma nieprzyjemnymi wspomnieniami i tajemnicą sprzed lat, o której wszyscy chcieliby zapomnieć. Niestety zostawiła ona ślad na każdym z pięciu dawnych przyjaciół. Tak jak zniknięcie Agnes, dziewczyny, która była im bliska. Na czym polegał sekret? Co takiego zrobili chłopcy? I co tak naprawdę stało się z dziewczyną? Te tajemnice można poznać podczas pełnej emocji lektury, która przenosi nas z przyszłości w przeszłość i z powrotem.
Nie możemy uciec przed przeszłością. A niektóre sprawy z nią związane są zbyt skomplikowane, by po prostu o nich zapomnieć. Główny bohater powieści Mjåseta stara się uciec przed dawnymi wydarzeniami, ale po dwudziestu latach przeszłość dogania jego. Umiera jeden z dawnych przyjaciół Håkona, a on jest tym nagłym zgonem czterdziestoletniego mężczyzny na tyle zaintrygowany, że postanawia jechać na pogrzeb. Spotyka tam swoją dawną paczkę i zaczyna wspominać wszystko to, co rozdzieliło ich niemal na zawsze. Dzieci robią głupie rzeczy. Często nieprzemyślane i nie do końca uczciwe. Uczą się życia i walczą między sobą o dominację. Jednak mimo tego, że dzieciństwo jest swego rodzaju jazdą próbną, często zderza się ono z rzeczywistością i zmienia ją o sto osiemdziesiąt stopni. Tak było w przypadku bohaterów Mjåseta. Ich pełne uroku dzieciństwo, wydające się emocjonującą bajką ściera się z życiem czterdziestolatków, którzy stracili już wszelkie złudzenia. Ich radość jest niekompletna, emocje stłumione, a samotność jakby bardziej dotkliwa. Podkreśla to budowa powieści - rozdziały to teraźniejsze wydarzenia przeplatane z opowieściami z przeszłości. Ciekawe jest też milczenie. Dawni przyjaciele nie tylko chcą zapomnieć o wydarzeniach z dawnych lat, ale także nie mówią o nich swoich najbliższym. Żyją z zadrą, rzutującą na większość ich decyzji, ale nie są gotowi o niej opowiedzieć. Jakby wyjaśnienie całej sytuacji miało nadać jej dodatkowy sens. Cała powieść zdaje się być przestrogą. Mówi niemal wprost o tym, że tylko otwarcie się na innych, dialog, może cokolwiek zmienić. I choć nie uda się naprawić wszystkiego można choć w części złagodzić ból. Ciekawa jest także relacja między głównym bohaterem i zmarłym - Kristofferem. Przez całe życie zdawali się odgrywali partie szachów, w których jednym z graczy był wspomniany w tytule Bobby Fischer. Ta rozgrywka zdawała się opisywać ich relacje - nieustanny konflikt o dominację w grupie, miłości, codziennym życiu. Przyjaźń i rywalizacja zdawały się być ze sobą nieustannie połączone, a ustawanie ról podczas partii. zdawało się to potwierdzać.
"To ty jesteś Bobbym Fischerem" Christera Mjåseta to ciekawa opowieść o tym, jak dzieciństwo wpływa na nasze dorosłe życie i do jakiego stopnia jesteśmy niewolnikami swoich wspomnień. Polecam tę książkę wszystkim miłośnikom skandynawskiej, pełnej niedopowiedzianych emocji literatury i tym, którzy doceniają urok pozornie niewinnych opowieści z dawnych lat.

niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie roku, czyli o wszystkich książkach, których nie przeczytałam...

(Prawie) wszystkie książki, których nie przeczytałam w 2017 roku!

Trzydziesty pierwszy grudnia nieustannie zmusza nas do podsumowań. Padło także na mnie. Nie mam jednak zamiaru pisać o najlepszych i najgorszych książkach minionych 365 dni, bo wtedy wydałoby się, ile zaległych recenzji czeka na to, aż je łaskawie napiszę, albo choćby poprawię i opublikuję. Już sama deklaracja przeczytania stu czterech pozycji w kontekście osiemdziesięciu czterech wpisów wystarczająco mnie pogrąża. Dlatego też nie czuję się gotowa, by opowiadać o porywających lekturach zeszłego roku. Ważniejsze jest dla mnie w tej chwili to, czego nie przeczytałam. I długa lista odpowiedzi na pytanie: dlaczego?
Na zdjęciu znajduje się trzydzieści dziewięć pozycji. Powinno być czterdzieści, ale dopiero podczas układania książek z powrotem na półce zorientowałam się, że nie wyłożyłam "Ludzi na drzewach" Hanyi Yanagihary. A że jestem zbyt leniwa, by wielokrotnie urządzać sobie książkowy spacer farmera, pozostanę przy pierwszym zdjęciu. Trudno. Nie zmienia to faktu, że ta czterdziestka wzbudza we mnie poczucie winy. Bo przecież po to kupiłam/dostałam/pożyczyłam te książki, żeby je przeczytać. I choć samo zapełnianie półek sprawia mi radość, naprawdę wolałabym przekładać strony i przebiegać wzrokiem po kolejnych literach. Tylko czasu brak. A i pokusy targają mną stanowczo zbyt często.
Lista książek "do przeczytania" u każdego książkoholika ma długość przynajmniej kilku metrów. Tak jest też u mnie. Niestety, nie samą książką człowiek żyje, więc oszczędności szukam także na polu literackich wydatków. Dlatego też kiedy tylko widzę tomiszcza w promocji mój wzrok nagle z minus kilku dioptrii przestawia się na tryb sokoli. Wypatruje zdobyczy, dzielnie przeglądam biedronkowe stosy, a czerwone naklejki z napisem -70% jestem w stanie dostrzec z drugiej strony ulicy. Więcej -  nałogowo klikam we wszystkie informacje o promocjach w księgarniach internetowych i wiele razy w obliczu nagłych przebłysków rozsądku, zamykałam stronę, na której znajdował się wirtualny koszyk pełen interesujących mnie pozycji. Kiedy w Biedronce rzucili książki, które zdobyły nagrodę Nike specjalnie wstałam wcześniej i byłam gotowa rzucać się na nie niczym tłum na karpie w Lidlu. Niestety, albo stety, nie miałam konkurentów. Trudno się więc dziwić, że pozycji na półkach przybywa. Aczkolwiek nie kupuję aż tak dużo, żeby nie móc tych wszystkich pozycji przeczytać. Aż tak źle jeszcze ze mną nie jest. Jednak odpowiedzi na pytanie "dlaczego nie daję rady?" są jeszcze przynajmniej dwie.
Pierwszą jest biblioteka. Na początku roku, tuż po przeprowadzce, założyłam sobie kartę i wypożyczyłam kilka książek. Było to dobre wyjście, szczególnie, że większość mojej biblioteczki znajdowała się wtedy na terenie innego kraju. Nie wiedziałam jednak, że będzie to miało taki wpływ na moje opóźnienia w czytaniu. Schemat wygląda mniej więcej tak: najpierw obiecuję sobie, ze idę tylko oddać książki w terminie, a do wypożyczania wrócę dopiero wtedy, kiedy nadrobię domowe zaległości. I wszystko jest w porządku, do momentu, w którym wejdę do wypożyczalni. Wtedy czuję się jak Gollum na widok Pierścienia Władzy. Książki nawołują mnie tak silnie, że nie mogę zrobić nic - muszę za nimi podążyć. Na początku oszukuję się, że wejdę tylko po jeden z tomów serii, którą poczytuję od czasu do czasu, a potem nie umiem się już powstrzymać i zabieram sześć sztuk - maksymalną ilość, jaką mogę wypożyczyć. Nauczona tym doświadczeniem chodzę do biblioteki w dniu, w którym mija ostateczny termin zwrotu, jednak nie zmienia to faktu, że oferuje mi ona jakieś siedemdziesiąt dwie pozycje rocznie. Jeśli dodamy do tego jakieś pięćdziesiąt, które kupuje, kilka pożyczonych od znajomych i książki, które dostaje, nie mam szans wyjść na zero. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal chce dostawać książki. I to dużo!
Jednak największą winę za zaległości ponoszą moje humory. Nie chodzi już nawet o to, że potrafię czytać jedynie jedną książkę na raz i nie zawsze mam ochotę akurat na tę pozycję. Przyczyną jest fakt, że mimo iż mam na półce czterdzieści nieprzeczytanych publikacji ochotę mam akurat na tą, która patrzy na mnie z ekranu komórki, tabletu, czy komputera. Na mojej facebookowej ścianie dziewięćdziesiąt procent informacji dotyczy książek. Co chwila czytam cudze recenzje, informacje o nowościach i pozycjach, które z pewnością zmienią moje życie. Nie mam nic przeciwko. Tylko przez to często odkładam książki leżące już na półce na później. Albo obiecuję sobie, że następną pozycją, jaką przeczytam będzie jakaś ambitna powieść, a mam akurat ochotę na kryminał. Innym razem wiedząc, że czeka mnie ciężki tydzień planuje sięgnąć po książkę, którą można zakwalifikować jako guilty pleasure, a zamiast tego w niedzielę zaczytuje się w literaturze pięknej, a w poniedziałek jestem zbyt zmęczona, żeby zrozumieć z niej choć jedno zdanie. I nie mogę narzekać, bo sama się tak urządziłam.
Wśród książek, których nie przeczytałam w tym roku są zarówno ambitne pozycje jak i rozrywkowe powieści. Jest i literatura faktu i kryminał. Chyba nie ma romansów, ale tych nie tykam. Mam na półce czterdzieści książek, które w większości nie są złe i chciałbym mieć więcej czasu i sił, by je przeczytać. I właśnie tego, oprócz miejsca na półkach i całych stosów nowości życzę Wam w nowym, 2018 roku!

sobota, 30 grudnia 2017

O świecie, w którym Matka Polka zlewa się z Matką Boską, czyli "Rykoszetem - rzecz o płci, seksualności i narodzie" Agnieszki Graff

A.Graff, "Rykoszetem- rzecz o płci, seksualności i narodzie", Wydawnictwo W.A.B., 2008.

Mój mąż marudzi, kiedy piszę o feministycznych książkach. Niby nie ma nic przeciwko moim poglądom i, być może, po części je podziela, ale pisanie o feminizmie uznaje za zbyt kontrowersyjne. Po co zrażać do siebie czytelników pisząc o rzeczach, które nie są ani popularne ani nie służą przypodobaniu się większości? Po to, by pokazać, że coś z tym światem jest nie tak i należy to zmienić. Jedna połowa obywateli czuje się znacznie lepsza niż pozostałe pięćdziesiąt procent i zdaje się nawet nie zauważać, że tę drugą połowę uciska. Z tych samych powodów prawdopodobnie powstała książka Agnieszki Graff "Rykoszetem - rzecz o płci, seksualności i narodzie". Autorka porusza w niej wiele niewygodnych, acz ważkich tematów, o których na co dzień większość z nas stara się zapomnieć. A nie powinniśmy.
"Rykoszetem - rzecz o płci, seksualności i narodzie" to zbiór różnorodnych tekstów, często felietonów czy esejów nawiązujących do bieżących polskich spraw ze szczególnym uwzględnieniem problemów równościowych. Te ostatnie tyczą się nie tylko dominującego patriarchatu, ale także dyskryminacji mniejszości seksualnych czy postrzegania świata przez pryzmat jednej religii. Jako, że książka wydana została w 2008 roku, większość tekstów opowiada o Polsce rządzonej przez koalicję PiS, Samoobrona, LPR, która w zaskakująco dużej ilości przypadków przypomina obecną polityczną rzeczywistość w wersji light.
"Polska jest kobietą". To krytykowane przez Graff hasło Partii Kobiet pozwala na głębsze przyjrzenie się samej retoryce książki. Bowiem w "Rykoszetem" autorka prezentuje prostą tezę - mówiąc o feminizmie cały czas używamy patriarchalnego języka. Hasło "Polska jest kobietą" właśnie do tego się odwołuje - kobieta staje się w jego kontekście Matką Boską, Matką Polką, rodzicielką, opiekunką, patronką, cichą służącą i potulną kochanką. Nie taki wizerunek kobiety chcemy widzieć. Jesteśmy silne, niezależne, zaradne i mamy własne zdanie. Jednak kiedy mówimy o tym, że "Polska jest kobietą" nikt z nas nie myśli o wojowniczce, bizneswoman czy profesorce. Właśnie myślenia wydartego spod patriarchalnego jarzma dotyczy ta książka. A to generuje różnorodne problemy. Bowiem patrzenie na świat męskim okiem odbija się rykoszetem na całej naszej rzeczywistości. Graff zauważa objawy tego zjawiska. W polityce, życiu codziennym, prasie... I na tych bardzo obrazowych przykładach pokazuje, że nasz świat nie jest wspólny, ale malowany pędzlem trzymanym przez konserwatywnych, katolickich mężczyzn. Dyskurs, z którym stykamy się na co dzień jest mieszaniną pogardy i strachu. Mężczyźni u władzy od lat starają się robić wszystko, by stworzyć świat, w którym kobiety są służącymi i matkami. Istotami podrzędnymi wykonującymi ciągle tę samą, określoną w pismach mających kilka tysięcy lat, rolę. Jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, jak wielka jest kobieca siła. Nie bez powodu tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej rodzime tygodniki zalały publikacje o roli kobiety i mężczyzny. Równość, jaką miała symbolizować UE, przerażała. Tylko ze względu na ów strach kobietom udaje się jeszcze walczyć. Przykładem, choć nieco świeższym, jest czarny protest i fakt, że choć na chwilę powstrzymał rządzących przed zmianą i tak szkodliwego kompromisu aborcyjnego na bardziej restrykcyjne, podporządkowane chorej ideologii przepisy. Ów rykoszet nierówności rani nie tylko kobiety, ale i inne mniejszości. Wszystkich, którzy nie mieszczą się w normie. Nie spełniają wymagań. I mimo że walczą, cały czas są lekceważeni, ponieważ język większości nawet nie zauważa ich istnienia.
Trudno rozwodzić się tu nad wszystkimi tematami poruszanymi przez Agnieszkę Graff. Są nie tylko liczne, ale i trafne. I choć opowiadają o czasach sprzed kilkunastu lat, są nad wyraz aktualne, co wydaje się niezwykle smutne w kontekście postępu, jaki powinien nastąpić. Jednak teksty takie jak "Rykoszetem - rzecz o płci, seksualności i narodzie" pokazują nam, co jest w naszym świecie nie tak i co warto w Polsce zmienić. A każda taka wskazówka jest na wagę złota.