Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Marginesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Marginesy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 listopada 2017

Książka, która śmieszy zamiast mrozić krew w żyłach, czyli "Osiemnaście stopni poniżej zera" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Osiemnaście stopni poniżej zera", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy, 2017.

Do pisarstwa Ahnhema mam stosunek ambiwalentny. Byłam niemal zachwycona jego pierwszą powieścią z cyklu o Fabianie Risku zatytułowaną "Ofiara bez twarzy" i rozczarowana "Dziewiątym grobem". "Osiemnaście stopni poniżej zera" uznaje za ostatnią szansę, jaką dałam temu autorowi. Na kolejną nie ma szans.
Podczas pościgu w szwedzkim Helsinborgu jedno z aut wpada do basenu portowego. Po jego wyłowieniu i bliższych oględzinach okazuje się, że kierowca nie żył już od kilku tygodni i był znaczącą personą w świecie IT. Policja rozpoczyna emocjonujące śledztwo, w którym co rusz pojawiają się nowe ofiary. Tymczasem Fabian Risk stara się uzdrowić stosunki rodzinne, co nie idzie mu za dobrze. Jego syn po raz pierwszy się zakochuje przez co coraz bardziej oddala się od rodziców, a żona jest skupiona, przede wszystkim, na swojej artystycznej karierze. Trudno się więc dziwić, że śledczy odnajduje odskocznię w nowej sprawie. W międzyczasie jego duńska koleżanka Dunia zmaga się z represjami ze strony byłego szefa, który zamyka przed nią wszystkie drzwi do kariery. Mimo tego, policjanta trafia na trop przedziwnej szajki.
"Osiemnaście stopni poniżej zera" to pełen wartkiej akcji kryminał. Niestety, zamiast napięcia wzbudził we mnie śmiech. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem szaleńcem, którego bawią ludzie zamarzający na śmierć - po prostu ilość naciąganych faktów w tej książce była tak wielka, że z dwojga złego uznałam, że lepiej śmiać się niż płakać. A najgorsze jest to, że nie mogę nikomu zdradzić źródła irracjonalności bez podania szczegółów fabuły. Jest jednak parę innych aspektów, o których mogę wspomnieć i nie omieszkam tego zrobić.Zacznijmy od bohaterów. Fabian Risk zawsze był irytującą ofermą, ale reszta policjantów, a w szczególności policjantek, naprawdę dała się lubić. Tym razem autor zrobił z Dunii, dotychczas kobiety, która naprawdę potrafiła sama zadbać o swoje interesy, kogoś, kto zbyt łatwo rezygnuje i daje się wykiwać. Jednak to nic w porównaniu z tym, co przytrafiło się szefowej helsinborskiej policji - ta bowiem z kompetentnej i inteligentnej kobiety zmieniła się w alkoholiczkę, którą niepodzielnie rządzi menopauza. Jak widać, niektórzy mężczyźni, w tym pisarze, zdają się myśleć, że przekwitanie odbiera istotom płci żeńskiej rozum. Poznęcać możemy się też nad młodzieżą pojawiającą się na kartach powieści. Teodor Risk, syn Fabiana to ucieleśnienie obaw każdego rodzica - jest zbuntowany, niezrównoważony i uwierzy we wszystko, co powie mu piękna dziewczyna. Właściwie zrobi też wszystko, żeby z nią być. A jego ojczulek, jak zwykle, nic nie zauważy. Słuchając o rodzinie Risków ma się ochotę wykrzyczeć im w twarz, aby wreszcie poszli każdy w swoją stronę, bo wspólne życie raczej im nie wychodzi, więc po co się męczyć... przez kolejne kilka tomów. Podsumowując - wątek obyczajowy kuleje niemal tak bardzo jak kryminalny. A całość w beznadziejności podkreśla silenie się na sceny w stylu "Pięćdziesięciu twarzy Grey'a" napisane tylko odrobinę lepiej niż pierwowzór. Dreszcz emocji podczas słuchania wzbudzał we mnie tylko lektor, Mariusz Bonaszewski, który umie nawet najbardziej irracjonalne fragmenty powieści przekazać w taki sposób, że mam ochotę się bać. Niestety, nie było czego.
Dałam Ahnhemowi ostatnią szansę, ale on jej nie wykorzystał. Szkoda, ponieważ pierwszy tom tego cyklu pokazał, że autor ma duży potencjał. "Osiemnaście stopni poniżej zera" to książka, po którą sięgać nie warto, ponieważ thriller czy kryminał fabularnie graniczący z absurdem, wzbudza śmiech zamiast strachu.

środa, 4 października 2017

Nerwowe nieporozumienie, czyli "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Dziewiąty grób", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy, 2016.

Nie lubię źle pisać o książkach. Ale czasami muszę. Szczególnie wtedy, gdy wiem, że autora stać na napisanie dobrego, spójnego i wciągającego kryminału, a dostaje... czytadło na średnim poziomie. Po "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema sięgnęłam, ponieważ miałam tego audiobooka od stycznia, a czekała mnie nocna podróż. Z niewyjaśnionych dla mnie powodów ludzie w pociągach i autobusach domagają się gaszenia światła już koło dwudziestej drugiej, a ja należę do osób, które nie zasną w towarzystwie obcych ludzi. Został mi więc Ahnhem. I chwilami naprawdę żałowałam, że nie mogę spać.
Znika szwedzki minister sprawiedliwości. Nie ma po nim śladu, a tropy urywają się jeden za drugim. Do śledztwa w tej sprawie wyznaczony zostaje Fabian Risk - nie może tylko nikomu zdradzić, nad czym pracuje. W tym samym czasie w Danii zostaje zamordowana żona prezentera telewizyjnego. Trop prowadzi do Szwecji. To właśnie tam zabójcy szuka duńska policjantka Dunja. Nie są to jednak jedyne ofiary. Coraz częściej znajdowani są w okolicy okrutnie zamordowani ludzie. Nikt nie wie, kto może stać za ich śmiercią. Mimo że "Dziewiąty grób" to drugi tom opowieści o Fabianie Risku, opowiada on o wydarzeniach sprzed "Ofiary bez twarzy".
Usiłując znaleźć pozytywy tej powieści, odnajduje jeden - otóż cieszę się, że skusiłam się na nią tak późno, bo jeszcze w grudniu zeszłego roku przeżywałabym katusze, gdyż Anhnem postanowił na kartach swojej książki wypatroszyć kobietę jakieś osiemset metrów od mojego ówczesnego domu. I tu przechodzimy do negatywów, czyli owego patroszenia. Nie jestem nazbyt wrażliwa na krwawe książkowe opisy, ale w trakcie słuchania tej powieści wiele razy miałam mdłości. Ahnhem był w nich aż nazbyt dosłowny, nie żałował ani jednego fizjologicznego szczegółu i obrazowo przedstawiał bawet najgorsze tortury. Wierzcie mi, w tym przypadku obrazowość nie jest zaletą. Zastanawiam się, co musi znajdować się w głowie autora, który wymyślił tyle brutalnych morderstw i opisał je z takimi detalami. Wróćmy jednak do pozytywów. Z pewnością należały do nich dwie przewijające się przez całą powieść bohaterki Dunja i Malin - dwie policjantki z zupełnie różnych światów mają mocno zarysowane charaktery i są nieustępliwe. I choć ich wątki są nieco naciągane - jedna przeżywa problemy w związku, a druga jest w ciąży i podkreśla to na każdym kroku, są one perełkami w porównaniu do głównego bohatera - Fabiana Riska. Cóż, nie porażał on już przy pierwszym tomie, a w tym jest jeszcze gorzej. Riskowi po prostu brakuje charakteru, przez co w opozycji do pojawiających się w powieście kobiet, wypada blado, bezbarwnie i nużąco. Problem mam też z samą intrygą kryminalną. Bo choć nie można odmówić tej powieści wciągającej akcji, zaskakujących jej zwrotów i rozwiązania, którego mało kto się spodziewa, w samym spięciu śledztwa jest wiele niedociągnięć. Powiedziałabym nawet, że część jest tak nieprawdopodobna, że wręcz niemożliwa. Na samego audiobooka dobrze wpłynął lektor - Mariusz Bonaszewski po raz kolejny sprawił, że powieść nabrała głębi i mrocznego wyrazu.
Podsumowując, muszę przyznać, że "Dziewiąty grób" to powieść, co najwyżej, średnia. I choć nie można jej odmówić tego, że wciąga czytelnika, niektóre jej elementy mnie zniechęciły. Ale jeśli macie nieograniczoną tolerancję na brutalne sceny i nie do końca uzasadnione wątki, możecie spróbować.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Książkowe deja vu, czyli "Wyznaję" Jaume Cabré...

J.Cabré, "Wyznaję", tłumaczenie A.Sawicka, Wydawnictwo Marginesy, 2013.

Jaume Cabré zachwycił mnie "Cieniem Eunucha", dlatego też z chęcią sięgnęłam po kolejną jego książkę. Czy była warta przeczytania? Owszem. Czy wciągnęła mnie w swój świat? Jak najbardziej! Czy miała jakieś wady? Jedną, i to bardzo irytującą. Chcecie dowiedzieć się więcej? Proszę bardzo.
"Wyznaję" to historia ludzkiego życia. Poznajemy dzieje chłopca, który zafascynowany zakupionymi przez ojca skrzypcami stara się poznać ich historię. W międzyczasie dorasta i traci wszelkie złudzenia. Stara się również zgłębić tajemnicę zła, zawartą w opowieściach związanych z jego rodziną i życiem, które nie do końca mu wychodzi. Bowiem od maleńkości bliżej mu do książek niż do ludzi.
Wiem, stworzony przeze mnie opis fabuły jest niezwykle enigmatyczny. Trudno jednak przedstawić w kilku słowach powieść, mającą niemal osiemset stron, poruszającą wiele wątków i zadającą masę pytań bez odpowiedzi. Cabré stworzył misterne, polifoniczne dzieło, które niczym najwybitniejsza symfonia szarpie emocjami odbiorcy, by pozostawić go oszołomionym i niepewnym własnych myśli. Główny bohater - Adrian, człowiek stworzony do przemyśleń, powoli traci to, co dla niego najcenniejsze - własny umysł. Świadomy zbliżającej się degradacji mózgu oraz rychłego zaniku wszystkich zdolności fizycznych i umysłowych, spisuje historię swojego życia, tworząc swoje ostatnie, wiekopomne dzieło. Skupia się w nim na wyjątkowych skrzypcach - Vialu, które, choć tak cenne i doskonałe, naznaczają swoją historię cierpieniem. Dla samego Adriana są źródłem troski, cierpień, konfliktów, a nawet straty. Mimo tego nie może przestać ich cenić, ponieważ łączy się z nimi jego historia. Zdają się być dla niego cenniejsze od miłości czy przyjaźni. 
Sama konstrukcja powieści czaruje czytelnika. Brak linearności i przeplatanie opowieści Adriana historią skrzypiec, zdaje się obrazować bałagan w głowie tracącego zmysły mężczyzny. Jednocześnie wprowadzenie kilku wymiarów tekstu pozwala szerzej spojrzeć nie tylko na głównego bohatera, ale i na rzeczywistość. Dzięki temu czujemy przeskok, miedzy jednostką i absolutem, wiedzą człowieka i faktami, Uświadamia nam to wpływ przypadku na życie i naszą małość wobec rzeczywistości, w której żyjemy. I co ważne w kontekście prozy Cabré - narrator wyklucza istnienie jakiejkolwiek siły wyższej, chyba, że jest nią czysty przypadek, czy nieokiełznane, tkwiące w człowieku zło.
Trudno spisać wszystkie zachwyty, jakie mogłabym wygłosić, opowiadając o "Wyznaję" Wspomniałam jednak o jednej, irytującej wadzie powieści Cabré. Otóż, czytając to monumentalne dzieło, miałam wrażenie, że już trochę je znam. Owo specyficzne deja vu towarzyszyło mi podczas lektury, ale dopiero po jej zakończeniu zorientowałam się, skąd się wzięło. Otóż pisarz w pewnym stopniu skopiował samego siebie. I nie chodzi mi tu o styl, czy słownictwo. Po prostu, kiedy porównamy fabuły "Wyznaję" i "Cienia Eunucha" mają one wiele punktów wspólnych - historia życia człowieka, przedmiot czy też miejsce, które ją wyzwala, nieudany związek, muzyka, samotność małego chłopca, brak akceptacji rodziców, itd. Nie ma ich tyle, by stwierdzić, że Cabré skopiował własną książkę, ale wprowadzają one irytujące uczucie wtórności, które odbiera "Wyznaję" odrobinę uroku.
Nie zmienia to jednak faktu, że powieść Cabré jest arcydziełem, które naprawdę warto przeczytać. To poruszające najskrytsze emocje dzieło, będące jednocześnie dogłębną analizą braku własnej woli, ludzkiej słabości i zła, tkwiącego w każdym człowieku. Pisarzowi udało się ująć w "Wyznaję" tak wielki ładunek, nie zamieniając powieści w ciężkostrawny wywód. Dajcie tej książce szansę - zapewniam, trudno Wam będzie się od niej oderwać.

środa, 22 lutego 2017

Dom zawsze pozostanie domem, tak długo jak łączą się z nim emocje... - o "Cieniu eunucha" Jaume Cabre

J.Cabre, "Cień eunucha", tłumaczenie A.Sawicka, Wydawnictwo Marginesy,2016.
O tym, że Jaume Cabre jest obecnie modnym pisarzem dowiedziałam się z Instagrama jakieś dwa tygodnie po tym, jak bibliotekarka wręczyła mi dwie jego powieści i zapewniła, że będę zachwycona. Miała rację. W końcu poleca mi książki od jakiś dwudziestu lat, więc wie, co robi. Na moim "stosiku" czeka jeszcze "Wyznaję", ale jak na razie podzielę się z Wami zachwytami nad "Cieniem eunucha".
Miquel właśnie stracił przyjaciela. Jego współpracownica, Julia, zaprosiła go na kolację do uroczej restauracji pod Barceloną, aby porozmawiać o zmarłym i zdobyć informacje na jego temat do artykułu, który planuje napisać. Kobieta nie wie jednak, że zabrała Miquela do miejsca, do niedawna, będącego jego domem. Ta niecodzienna wizyta i zderzenie z domem, który utracił prowokuje mężczyznę do opowiedzenia historii swojego życia, a także zaskakujących dziejów jego przodków, żyjących w tym samym miejscu od pokoleń. Miquel szczególną uwagę zwraca na relację z wujem Maurycym - drugim, obok głównego bohatera, narratorem tej opowieści, sprawującym pieczę nad pisaniem rodzinnej historii.
Jeśli myślicie, że będziecie mieli do czynienia z nudną sagą rodzinną, mylicie się. "Cień eunucha" wprawia czytelnika w zauroczenie i balansuje między przeróżnymi gatunkami od powieści obyczajowej, przez romans, do książki politycznej. Ale nie to jest głównym atutem tej lektury. Najpiękniejszy jest tu język. Nie pamiętam kiedy ostatnio zachwycałam się tak frazą, intertekstualnością, czy plastycznością zdań. Wystarczy napomknąć chociażby o przydomkach, jakie autor nadaje poszczególnym bohaterom w zależności od sytuacji, w jakiej akurat tkwią. Kiedy zbierzemy te określenia tworzy się swoista litania korespondująca z biblijnymi nawiązaniami do zachowań bohaterów, które również pojawiają się w powieści. Zachwyca również wręcz muzyczna budowa powieści. Nie chodzi tylko o tytuły poszczególnych części "Cienia eunucha", nawiązujące do budowy utworów muzycznych, czy fragmenty pieśni i nuty, które możemy znaleźć w środku. Treść i tempo są niezmiennie związane z muzyką - czytając książkę mamy czasami wrażenie, jakbyśmy słuchali utworu muzycznego, wprowadzającego nas w piękną historię, tylko tym razem zamiast nut i dźwięków, użyto słów, nadając historii dozę dosłowności. Jeśli spojrzeć na to z boku, możemy język Cabre w minimalnym stopniu porównać do pieśni chrześcijańskiej - nabożnego, przepełnionego mistycyzmem tekstu, który przedstawia nam prawdę objawioną. To porównanie staje się jeszcze ciekawsze w kontekście treści.
Bowiem "Cień eunucha" nie daje jej jednoznacznych odpowiedzi. Dzieje rodu Gensana pełne są tajemnic, ale nie zostają one rozwiązane od razu. W każdej z nich czai się ziarnko niepewności, a czasami okazuje się, że zbieracz rodzinnej historii nie podał nam właściwej jej wersji z powodu kaprysu. Zarówno Miquel jak i Maurycy pragną tworzyć mity na temat własnej historii, udowodnić, że bycie Gensaną coś znaczy. Jednak nawet oni mają świadomość tego, że snują opowieść o upadku, opartą na zgliszczach tego, co niegdyś mogło być wielkie. Z pokolenia na pokolenia, każdy kolejny Gensana nie był ani na tyle zdolny by dorównać przodkom, ani na tyle odważny, aby przyznać się do błędu. Dwaj narratorzy - Miquel i Maurycy są ostatecznym świadectwem upadku rodziny. Obaj nie dorobili się potomków. Maurycy przez całe życie był bierny wobec wydarzeń rodzinnych i bardziej skupiał się na muzyce, historii i literaturze niż na własnym majątku. Dom i pieniądze zdawały mu się czymś oczywistym, co żyło własnym życiem, poza nim. Miał też sekret, który sprawił, że wszystko, co po nim ocalało, trafiło w cudze ręce. Podobną postawę prezentuje Miquel, wieczny nieudacznik, angażujący się w ważne przedsięwzięcia ze złych powodów i ponoszący coraz to nowe porażki. W jego świecie, bez względu na to, czy ma się dwadzieścia czy trzydzieści lat, kiedy coś w życiu nie wyjdzie, można zawsze wrócić do domu rodzinnego i lizać rany. Ta nieustająca rezygnacja towarzyszy mu na każdym kroku, bez względu na to, czy chodzi o życie uczuciowe czy pracę. Niezmienna naiwność bohaterów, ich wzloty i upadki, oraz szukanie uzasadnienia teraźniejszości w przeszłości sprawiają, że od historii rodu Gensanów nie można się oderwać.
"Cień eunucha" mnie zaczarował. To opowieść, którą chce się nieustannie poznawać. Może nie jest wybitna, ale bardzo dobra i ma w sobie to coś, co sprawia, że czytelnik, poznając ją, trafia do całkiem nowego świata. Nie wiedząc niemal nic o Katalonii, czułam klimat barcelońskich ulic, wyobrażałam sobie, że wraz z bohaterami siedzę w bibliotece rodziny Gensana i patrząc na portrety przodków poznaję tragiczne losy ludzi, którzy cały czas myśleli, że powinni osiągać coraz więcej. "Cień eunucha " polecam z całego serca wszystkim tym, którzy lubią zanurzyć się w powieści. I zapewniam, że po tej lekturze, już niedługo sięgnę po kolejną powieść Jaume Cabre.

wtorek, 6 grudnia 2016

Dobry kryminał z marnym głównym bohaterem, czyli "Ofiara bez twarzy" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Ofiara bez twarzy", tłumaczenie E. Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy 2016.
Potrzebowałam audiobooka z dobrym kryminałem. A kto lepiej zna się na tego typu historiach jeśli nie wieloletni scenarzysta skandynawskich seriali sensacyjnych? Może i Stefan Ahnhem jest debiutantem w dziedzinie książek, ale ktoś, kto przełożył na język telewizyjny powieści o komisarzu Wallanderze, dostał ode mnie duży kredyt zaufania. "Ofiara bez twarzy" nie zawiodła.
Opowieść kręci się wokół Fabiana Riska, komisarza policji po czterdziestce, który, zmuszony okolicznościami, porzuca pracę w Sztokholmie i wraz z żoną i dwójką dzieci przeprowadza się do rodzinnego Helsingborga. Razem z rodziną planuje rozkoszować się sześcioma tygodniami urlopu, mającymi pozwolić im odbudować nadwątlone zaufanie i odnaleźć balans między domem, a pracoholizmem, z którym Risk się zmaga. Niestety, tuż przed przekroczeniem przez Fabiana progu nowego domu, dzwoni jego helsingborska szefowa, prosząc o pomoc w śledztwie. Nie dlatego, że komisarz ze stolicy jest ich jedyną nadzieją, ale ze względu na to, że brutalnie zamordowany i pozbawiony rąk mężczyzna, chodził z Riskiem do tej samej klasy. Jakby tego było mało, na miejscu zbrodni odnaleziono fotografię wszystkich uczniów wraz z nauczycielką, na której przekreślono twarz ofiary. Czy reszta klasy, w tym komisarz, powinni czuć się zagrożeni?
Choć zarys fabuły nie odbiega za bardzo od typowego skandynawskiego kryminału, Ahnhemowi udało się stworzyć coś nowego. Owszem, mamy brutalnie zamordowaną ofiarę, zagadkę i komisarza z problemami, ale autor zrezygnował z kilku kalek, przez co powieść staje się nieprzewidywalna. No, może specjaliści od tego rodzaju książek nadal będą mogli co nieco przewidzieć. Największą zaletą "Ofiary bez twarzy" jest narracja. Niemal cały czas trzecioosobowa (poza paroma fragmentami z dziennika, mieszającymi w fabule), pozwala nam towarzyszyć większości istotnych bohaterów. Przez co Fabian Risk nie jest jedynym, którego myśli, odczucia i wnioski poznajemy. Mamy dostęp do głów całej grupy śledczej, co pozwala obserwować, jak zgrany i dobrze działający organizm stanowi. W powieści widać wyraźną opozycję Fabian Risk - helsingborscy funkcjonariusze. Fakt, że nowemu trudno podporządkować się zasadom panującym na posterunku, niekoniecznie kreuje go na samotnego bohatera. Ciekawe jest również rozłożenie akcji na wątki przedstawiające działania szwedzkiej i duńskiej policji. Obie próbują rozwiązać poszczególne części tej samej sprawy, ale nie ma między nimi współpracy. Są za to ludzie bardziej skupieni na własnej karierze i sukcesach niż na pomyślnym wyniku śledztwa. Powieść Ahnhema, choć bezsprzecznie należy do literatury gatunkowej, porusza również wiele tematów społecznych od dyskryminacji i przemocy w szkole do seksistowskiego i opresyjnego traktowania kobiet. I niemal cały czas trzyma w napięciu.
Nie mam jednak zamiaru wystawiać debiutantowi cenzurki z samymi pochwałami. Ponieważ o ile większość bohaterów jest zbudowana bardzo spójnie i prezentuje się w sposób przekonujący, o tyle widnieje na tym obrazie jedna głęboka rysa - sam Fabian Risk. Niełatwo wymyślić wiodącą postać ze skandynawskiego kryminału, której jeszcze nie było, jednak ten pracoholik, niezdolny do poświęceń wobec rodziny wydaje się być na wskroś wtórny. Trudno znaleźć w nim nie tylko coś nowego, ale i cokolwiek interesującego. Jego upór w trzymaniu się własnych ścieżek i zatajanie informacji przed resztą grupy czasami są aż nienaturalne. Jakby po latach pracy w policji nadal nie zauważał, że bez pracy zespołowej niczego nie zdoła dokonać. Jest to też pierwszy bohater skandynawskiego kryminału, którego w żaden sposób nie udało mi się polubić. Jego wady są bowiem tak irytujące, że trudno przez ich pryzmat dostrzec jakiekolwiek zalety. 
Mimo tego, polecam "Ofiarę bez twarzy" tym, którzy przepadają za mrocznymi opowieściami o przemyślanych zbrodniach, oraz wszystkim, rozpoczynającym dopiero swoją przygodę z kryminałem. To kawałek bardzo dobrej prozy gatunkowej. Choć trochę przerażającej, przynajmniej w moim przypadku. Przyznam, że powieść Ahnhema była dla mnie dość specyficznym doświadczeniem, gdyż znam, przynajmniej dość pobieżnie, dużą część miejsc opisanych w książce. Poza tym trudno zasnąć, kiedy tuż przed snem słucha się o brutalnym morderstwie dokonywanym dwadzieścia kilometrów od domu. Szczególnie, gdy lektorem jest Mariusz Bonaszewski. Choć całość wypadła bardzo dobrze pod względem interpretacyjnym, muszę przyznać, że głęboki głos dobiegający ze słuchawek, w momentach największego napięcia, potrafił przestraszyć. Polecam, choć w środku bezsennej nocy, słuchacie/czytacie na własną odpowiedzialność.