Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 listopada 2017

Książka, która śmieszy zamiast mrozić krew w żyłach, czyli "Osiemnaście stopni poniżej zera" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Osiemnaście stopni poniżej zera", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy, 2017.

Do pisarstwa Ahnhema mam stosunek ambiwalentny. Byłam niemal zachwycona jego pierwszą powieścią z cyklu o Fabianie Risku zatytułowaną "Ofiara bez twarzy" i rozczarowana "Dziewiątym grobem". "Osiemnaście stopni poniżej zera" uznaje za ostatnią szansę, jaką dałam temu autorowi. Na kolejną nie ma szans.
Podczas pościgu w szwedzkim Helsinborgu jedno z aut wpada do basenu portowego. Po jego wyłowieniu i bliższych oględzinach okazuje się, że kierowca nie żył już od kilku tygodni i był znaczącą personą w świecie IT. Policja rozpoczyna emocjonujące śledztwo, w którym co rusz pojawiają się nowe ofiary. Tymczasem Fabian Risk stara się uzdrowić stosunki rodzinne, co nie idzie mu za dobrze. Jego syn po raz pierwszy się zakochuje przez co coraz bardziej oddala się od rodziców, a żona jest skupiona, przede wszystkim, na swojej artystycznej karierze. Trudno się więc dziwić, że śledczy odnajduje odskocznię w nowej sprawie. W międzyczasie jego duńska koleżanka Dunia zmaga się z represjami ze strony byłego szefa, który zamyka przed nią wszystkie drzwi do kariery. Mimo tego, policjanta trafia na trop przedziwnej szajki.
"Osiemnaście stopni poniżej zera" to pełen wartkiej akcji kryminał. Niestety, zamiast napięcia wzbudził we mnie śmiech. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem szaleńcem, którego bawią ludzie zamarzający na śmierć - po prostu ilość naciąganych faktów w tej książce była tak wielka, że z dwojga złego uznałam, że lepiej śmiać się niż płakać. A najgorsze jest to, że nie mogę nikomu zdradzić źródła irracjonalności bez podania szczegółów fabuły. Jest jednak parę innych aspektów, o których mogę wspomnieć i nie omieszkam tego zrobić.Zacznijmy od bohaterów. Fabian Risk zawsze był irytującą ofermą, ale reszta policjantów, a w szczególności policjantek, naprawdę dała się lubić. Tym razem autor zrobił z Dunii, dotychczas kobiety, która naprawdę potrafiła sama zadbać o swoje interesy, kogoś, kto zbyt łatwo rezygnuje i daje się wykiwać. Jednak to nic w porównaniu z tym, co przytrafiło się szefowej helsinborskiej policji - ta bowiem z kompetentnej i inteligentnej kobiety zmieniła się w alkoholiczkę, którą niepodzielnie rządzi menopauza. Jak widać, niektórzy mężczyźni, w tym pisarze, zdają się myśleć, że przekwitanie odbiera istotom płci żeńskiej rozum. Poznęcać możemy się też nad młodzieżą pojawiającą się na kartach powieści. Teodor Risk, syn Fabiana to ucieleśnienie obaw każdego rodzica - jest zbuntowany, niezrównoważony i uwierzy we wszystko, co powie mu piękna dziewczyna. Właściwie zrobi też wszystko, żeby z nią być. A jego ojczulek, jak zwykle, nic nie zauważy. Słuchając o rodzinie Risków ma się ochotę wykrzyczeć im w twarz, aby wreszcie poszli każdy w swoją stronę, bo wspólne życie raczej im nie wychodzi, więc po co się męczyć... przez kolejne kilka tomów. Podsumowując - wątek obyczajowy kuleje niemal tak bardzo jak kryminalny. A całość w beznadziejności podkreśla silenie się na sceny w stylu "Pięćdziesięciu twarzy Grey'a" napisane tylko odrobinę lepiej niż pierwowzór. Dreszcz emocji podczas słuchania wzbudzał we mnie tylko lektor, Mariusz Bonaszewski, który umie nawet najbardziej irracjonalne fragmenty powieści przekazać w taki sposób, że mam ochotę się bać. Niestety, nie było czego.
Dałam Ahnhemowi ostatnią szansę, ale on jej nie wykorzystał. Szkoda, ponieważ pierwszy tom tego cyklu pokazał, że autor ma duży potencjał. "Osiemnaście stopni poniżej zera" to książka, po którą sięgać nie warto, ponieważ thriller czy kryminał fabularnie graniczący z absurdem, wzbudza śmiech zamiast strachu.

środa, 4 października 2017

Nerwowe nieporozumienie, czyli "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Dziewiąty grób", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy, 2016.

Nie lubię źle pisać o książkach. Ale czasami muszę. Szczególnie wtedy, gdy wiem, że autora stać na napisanie dobrego, spójnego i wciągającego kryminału, a dostaje... czytadło na średnim poziomie. Po "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema sięgnęłam, ponieważ miałam tego audiobooka od stycznia, a czekała mnie nocna podróż. Z niewyjaśnionych dla mnie powodów ludzie w pociągach i autobusach domagają się gaszenia światła już koło dwudziestej drugiej, a ja należę do osób, które nie zasną w towarzystwie obcych ludzi. Został mi więc Ahnhem. I chwilami naprawdę żałowałam, że nie mogę spać.
Znika szwedzki minister sprawiedliwości. Nie ma po nim śladu, a tropy urywają się jeden za drugim. Do śledztwa w tej sprawie wyznaczony zostaje Fabian Risk - nie może tylko nikomu zdradzić, nad czym pracuje. W tym samym czasie w Danii zostaje zamordowana żona prezentera telewizyjnego. Trop prowadzi do Szwecji. To właśnie tam zabójcy szuka duńska policjantka Dunja. Nie są to jednak jedyne ofiary. Coraz częściej znajdowani są w okolicy okrutnie zamordowani ludzie. Nikt nie wie, kto może stać za ich śmiercią. Mimo że "Dziewiąty grób" to drugi tom opowieści o Fabianie Risku, opowiada on o wydarzeniach sprzed "Ofiary bez twarzy".
Usiłując znaleźć pozytywy tej powieści, odnajduje jeden - otóż cieszę się, że skusiłam się na nią tak późno, bo jeszcze w grudniu zeszłego roku przeżywałabym katusze, gdyż Anhnem postanowił na kartach swojej książki wypatroszyć kobietę jakieś osiemset metrów od mojego ówczesnego domu. I tu przechodzimy do negatywów, czyli owego patroszenia. Nie jestem nazbyt wrażliwa na krwawe książkowe opisy, ale w trakcie słuchania tej powieści wiele razy miałam mdłości. Ahnhem był w nich aż nazbyt dosłowny, nie żałował ani jednego fizjologicznego szczegółu i obrazowo przedstawiał bawet najgorsze tortury. Wierzcie mi, w tym przypadku obrazowość nie jest zaletą. Zastanawiam się, co musi znajdować się w głowie autora, który wymyślił tyle brutalnych morderstw i opisał je z takimi detalami. Wróćmy jednak do pozytywów. Z pewnością należały do nich dwie przewijające się przez całą powieść bohaterki Dunja i Malin - dwie policjantki z zupełnie różnych światów mają mocno zarysowane charaktery i są nieustępliwe. I choć ich wątki są nieco naciągane - jedna przeżywa problemy w związku, a druga jest w ciąży i podkreśla to na każdym kroku, są one perełkami w porównaniu do głównego bohatera - Fabiana Riska. Cóż, nie porażał on już przy pierwszym tomie, a w tym jest jeszcze gorzej. Riskowi po prostu brakuje charakteru, przez co w opozycji do pojawiających się w powieście kobiet, wypada blado, bezbarwnie i nużąco. Problem mam też z samą intrygą kryminalną. Bo choć nie można odmówić tej powieści wciągającej akcji, zaskakujących jej zwrotów i rozwiązania, którego mało kto się spodziewa, w samym spięciu śledztwa jest wiele niedociągnięć. Powiedziałabym nawet, że część jest tak nieprawdopodobna, że wręcz niemożliwa. Na samego audiobooka dobrze wpłynął lektor - Mariusz Bonaszewski po raz kolejny sprawił, że powieść nabrała głębi i mrocznego wyrazu.
Podsumowując, muszę przyznać, że "Dziewiąty grób" to powieść, co najwyżej, średnia. I choć nie można jej odmówić tego, że wciąga czytelnika, niektóre jej elementy mnie zniechęciły. Ale jeśli macie nieograniczoną tolerancję na brutalne sceny i nie do końca uzasadnione wątki, możecie spróbować.

czwartek, 14 września 2017

O zbrodni w medialnym bagnie, czyli "Prime time" Lizy Marklund

L.Marklund, "Prime time", tłumaczenie E.Frątcak-Nowotny, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Liza Marklund jest poczytną autorką skandynawskich kryminałów. Sama mam jednak do jej książek stosunek ambiwalentny. Owszem, czytam je, dzielnie wypożyczam z biblioteki kolejne części cyklu o Annice Bengtzon i pewnie będę to robić nadal, ale za każdym razem boję się rozczarowania. Ponieważ jedna z powieści Marklund już mnie zawiodła. Na szczęście, tym razem było inaczej i "Prime time" naprawdę mnie wciągnęło.
"Prime time" to trzeci tom opowieści o sztokholmskiej dziennikarce Annice Bengtzon. Tym razem zbiera ona informacje o morderstwie prezenterki telewizyjnej. W zamku na odludziu nagrywano program dla jednego z kanałów. Po zakończeniu nagrań część ich uczestników postanowiła razem świętować Noc Świętojańską, nie żałując sobie przy tym alkoholu. Impreza skończyła się, gdy nad ranem w wozie transmisyjnym uczestnicy zabawy odnajdują zwłoki. Czy zabił ktoś z nich? Czy komuś udało się zakraść na posesję? I czy idealny wizerunek gwizdy telewizyjnej Michelle Carlsson miał coś wspólnego z rzeczywistością?
Świat telewizji to cukierkowa wizja, którą serwują nam media. Prawda bywa jej odwrotnością. Kapryśnych gwiazd nienawidzą całe ekipy, a uśmiechnięte prezenterki poza planem płaczą w poduszkę. Wszystko to podszyte jest walką o bycie na wizji. W takim środowisku każdy ma motyw. Do tego umieszczenie miejsca akcji na odludziu ogranicza ilość podejrzanych. "Prime time" to klasyczny kryminał, w którym winnym może być każdy. Dlatego też trudno znaleźć mordercę. To, że śledczych zastępuje dziennikarka, tylko podkręca tempo. Nie patrzymy bowiem na świat mediów okiem kogoś z zewnątrz, ale kobiety, która zna to środowisko od podszewki. Annikę Bengtzon nie łatwo jednak omamić - dzięki przyjaciółce pracującej podczas nagrania dowiaduje się ona wiele o relacjach między poszczególnymi uczestnikami feralnej zabawy. Niestety, bliska osoba wśród podejrzanych nie ułatwia jej zachowania obiektywizmu. Tak samo jak fakt, że na tej liście znajdują się także pracownicy jej gazety, w tym felietonistka, której głównym hobby było pisanie złośliwych komentarzy pod adresem Michelle Carlsson. "Prime time" to dobrze skonstruowana intryga o morderstwie w świecie mediów, ale nie tylko. To także opowieść o samej Annice Bengtzon walczącej o własną wolność i feministyczne wartości. Kobieta ta wróciła niedawno z urlopu macierzyńskiego, próbuje na nowo odnaleźć się w pracy po latach poświęconych wyłącznie dzieciom. W tym czasie jej mąż spełniał wyłącznie swoje ambicje i nie zauważał, jak wiele poświęca jego żona. Po jej powrocie do pracy, kiedy mężczyzna ma się zająć swoimi pociechami przez jeden weekend, nie dość, że sobie nie radzi, robi karczemne awantury i wywołuje u Anniki niepotrzebne wyrzuty sumienia. Ten rodzaj szowinistycznej manipulacji, z którą kobieta musi sobie radzić na co dzień jest przerażający. Warto wspomnieć o jeszcze jednym wątku tej książki. Marklund, jak zawsze w swoim cyklu, opisuje także pracę gazety codziennej. Tym razem i tam wiele się dzieje. Kobieta zostaje wciągnięta w wewnętrzne konflikty o władzę. W ich obliczu nasuwa się pytanie: czy redaktorem naczelnym powinien być ten, który tworzy gazetę, czy ten, kto sygnuje ją swoim nazwiskiem i nie wie nic o pracy redakcji i jej pracownikach. 
"Prime time" to pojemna powieść, która zawiera zarówno ciekawe opisy medialnych przepychanek jak i zagadkę śmierci osoby z pierwszych stron gazet. I choć akcja czasami snuje się zamiast wartko posuwać się do przodu, warto wziąć tę pozycję Marklund pod uwagę w trakcie poszukiwań lekkiej, tramwajowej lektury.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Dziennikarski kryminał z zamachem w tle, czyli "Zamachowiec" Lizy Marklund

L.Marklund, "Zamachowiec", tłumaczenie P.Pollak, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Książki Marklund czytam siłą rozpędu. Niby rozczarowałam się już Anniką Bengtzon, ale uparcie do niej wracam, ponieważ wiem, że dzięki opowieściom o tej bohaterce moja codzienna podróż do pracy będzie trochę mniej uciążliwa. (W tym miejscu aż prosi się o komentarz pod adresem pewnego łysego pana, który nie tylko uparcie pali na przystanku, ale i zdarza mu się raczyć współpasażerów marną odmianą dance z komórki, mimo wielokrotnie zwracanej uwagi.) Niemniej, książki Marklund bywają lepsze i gorsze. Jaką powieścią okazał się "Zamachowiec"?
"Zamachowiec" to pierwsza z części opowieści o szwedzkiej dziennikarce Annice Bengtzon. Pierwsza, jeśli patrzymy z punktu widzenia autorki. Według chronologii życia bohaterki jest to tom czwarty. Annika ma męża i dzieci, nie tak dawno dostała awans i próbuje się odnaleźć na stanowisku szefa działu kryminalnego. Jednocześnie zbliżają się święta i kobieta robi wszystko, by niczym wzorowa matka, uczynić je jak najlepszymi dla dzieci. Przeszkadza jej w tym zamach na stadion olimpijski, w którym ktoś ginie. Tymczasem z przewodniczącą Komitetu Olimpijskiego, znaną z niezwykłej pracowitości i nieposzlakowanej opinii, nie można się skontaktować. Annika, jak na prawdziwego dziennikarza śledczego przystało rzuca się w wir pracy i zaczyna rozwiązywać zagadkę. 
Nie dziwię się, że Lizie Marklund udało się odnieść sukces, skoro rozpoczęła swój cykl taką książką. Jak dotąd, to najlepsza z jej powieści, jakie czytałam, a mam na koncie już cztery. "Zamachowiec" to klasycznie zbudowana intryga kryminalna, w której sprawca jest zagadką do samego momentu kulminacyjnego. Jednocześnie ilość mylnych tropów może zdezorientować każdego, kto sam chce się domyślić, kto zabił. Jednak żyjemy w czasach, w których klasyczna powieść kryminalna to już za mało. Marklund daje nam jednak więcej - wgląd w redakcję gazety codziennej. Przyznam, że mi, jako zwykłej śmiertelniczce, która ma jako takie pojęcie o pracy redakcyjnej, trudno pojąć w jakim tempie pracują dziennikarze z książek Marklund. Przypuszczam, że z tą szaleńczą prędkością łączy się ogromna ilość pracowników redakcji. Jednak świat wewnątrz gazety jest z pewnością wart poznania. Szczególnie polecam go tym, którzy do dzienników zaglądają. Bowiem stworzenie dobrego, niezwykle aktualnego produktu w dwadzieścia cztery godziny to sztuka. Drugim problemem, z jakim mierzy się autorka jest rola kobiety we współczesnym świecie. Bo dano nam już (przynajmniej na papierze) prawo do robienia kariery zawodowej i zdobywania wysokich stanowisk, ale świat stanowczo się do tego równouprawnienia nie przystosował. Wydarzenia opisywane w powieści mają miejsce w Szwecji, więc trudno liczyć na wybuchy złości i komentarze męża twierdzącego, że żona ma siedzieć "przy garach". Tam, przynajmniej publicznie, takie słowa nie zostaną zaakceptowane. Jednak Annika, mimo bycia Szwedką, narażona jest na dąsy męża, jeśli z powodu pracy nie uda jej się odebrać dzieci z przedszkola albo być mamą na pełen etat. Drugą stroną są jej współpracownicy. Starszy dziennikarz, któremu wydaje się, że Bengtzon ukradła mu awans, ze względu na płeć podważa jej kompetencje i nazywa ją za plecami "głupią pizdą". Z kolei kolegium redakcyjne, w którym Annika jest pierwszą kobietą nadal nie może się powstrzymać od seksistowskich żartów. Jednak nie tylko ona stała się ofiarą męskiej nagonki. Wspomniana w opisie przewodnicząca Komitetu Olimpijskiego musiała stać się zimna i niedostępna by zdobyć posłuch u mężczyzn. O innych przypadkach dyskryminacji nie będę wspominać, aby nie zepsuć Wam zabawy :) Muszę napomknąć jednak o jeszcze jednym wątku - posiadaniu nieposzlakowanej opinii. Czy naprawdę można być idealnym? Czy istnieje ktoś, kto na szczyt dostał się dzięki własnym umiejętnościom, a nie protekcji czy szantażowi? Wiem, że nie mówimy o polskich realiach, ale nieskazitelność na szczycie cały czas wydaje nam się nienaturalna, wzbudza podejrzenia. Czy słusznie? Dowiecie się czytając "Zamachowca".
Chcecie dobrego kryminału, oto dobry kryminał. "Zamachowiec Lizy Marklund wzbudza emocje, wciąga i porusza wątki społeczne jednocześnie pokazując nam kawał dziennikarskiego świata, o którym niewiele wiemy. Ja od kryminału więcej nie wymagam. Ten dostaje ode mnie zasłużoną piątkę z dopiskiem "godny polecenia".

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Przeszłość zawsze nas dogania, czyli "Pokój numer 10" Åke Edwardsona


Å.Edwardson, "Pokój numer 10", tłumaczenie P.Urbanik, Wydawnictwo Czarna Owca, 2012.

Jest w Skandynawii kilku autorów kryminałów, po których chwytam w ciemno. Nie mogę powiedzieć, że każda napisana przez nich książka jest idealna, ale nigdy nie zawiodłam się na tyle, aby czytanie przestało być przyjemnością. Do takich twórców należy Åke Edwardson. "Pokój numer 10" to kolejny tom jego cyklu, opowiadającego o komisarzu Eriku Winterze.
"Pokój numer 10" to siódma część przygód policjanta z Göteborga, ale można ją czytać jak całkowicie samodzielną powieść. W pokoju hotelowym zostają znalezione zwłoki niespełna trzydziestoletniej kobiety. Jej ręka pomalowana została na biało. Jej gipsowy odlew odnajduje się wkrótce po zabójstwie w dworcowej przechowalni bagażu. Wszystko wydaje się nieodgadnione. Aby to skomplikować, policjanci przypominają sobie, że inna kobieta, która zaginęła wiele lat wcześniej, była widziana po raz ostatni w tym samym pokoju hotelowym. Zagadki jej zniknięcia nigdy nie rozwiązano. Policja zastanawia się, czy te dwie, oddalone w czasie sprawy, mogą się łączyć.
Kryminał Edwardsona to klasyczna zagadka kryminalna ze sprawą z przeszłości w tle. Jednak rozwiązanie z klasyką nie ma nic wspólnego, co daje czytelnikowi dużą dawkę nieprzewidywalności. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale wspomnę, że historie z przeszłości mogą zaskakiwać swoim zagmatwaniem, a główny podejrzany zmienia się co kilka stron. Zaskakuje jednak przesłanie książki. To, że nie można uciec przed przeszłością. Błędy, które się kiedyś popełniło, mimo perfekcyjnego zatuszowania, mogą wyjść na jaw i zacząć mścić się nie tylko na nas, ale i na naszych bliskich. W tej sytuacji prawda, nawet najgorsza, wydaje się najlepszym wyjściem, ponieważ zapobiega ona wybuchowi, którego skala, po latach, może być olbrzymia.
Nie mogę jednak określić książki mianem ideału. Dlaczego? Ponieważ autor w niezbyt umiejętny sposób wykorzystał całkiem ciekawy pomysł. Otóż "Pokój numer 10" pełen jest retrospekcji, dzięki którym możemy poznawać nie tylko fragmenty spraw sprzed lat, ale także zobaczyć na ile zmienili się bohaterowie znani czytelnikom całego cyklu od dawna, ale nie z czasów ich początków w wydziale śledczym. To zupełnie inni ludzie. Szkoda tylko, że retrospekcje są wprowadzone w powieści w tak chaotyczny sposób, iż czasami dopiero po kilku akapitach czytelnik domyśla się, że czyta o wydarzeniach z przeszłości. Umieszczenie daty przed konkretną sceną, usunęłoby ten problem, jednak autor wolał postawić na chaos, czym wprawia czytelników w stan nieustającej irytacji. 
W siódmym tomie przygód Erika Wintera widać również, jak bardzo wyewoluowała ta postać. Komisarz z człowieka, dla którego związki były mrzonkami, a praca sensem życia, zamienił się w statecznego ojca i partnera, gotowego niemal na porzucenie śledztwa w toku, tylko po to, by spędzić więcej czasu z najbliższymi. Przyznam jednak, że brakuje mi dawnego Wintera. Bowiem kwilenie dzieci i ich problemy zdrowotne są zapewne urocze, ale jazz, whiskey i cygara nadawały komisarzowi charakterystyczny rys człowieka wyjątkowego w swojej prostocie. Szkoda, że autor wymazał z tego obrazu niemal wszystko.
Podsumowując, jest to książka warta przeczytania. Ale nie przypisałabym jej hasła "czytaj, bo umrzesz". Jeśli jesteście zmęczeni po pracy i chcecie skupić się na kryminalnej historii, albo nie macie czego robić w pociągu i tramwaju, przeczytajcie ją. Jednak, jeśli okoliczności pozwalają Wam na uważną i spokojną lekturę - sięgnijcie po coś innego.


sobota, 4 lutego 2017

Tajemnice sprzed lat zawsze mogą wyjść na jaw - o "Kamiennym żaglu" Åke Edwardsona

Å. Edwardson, "Kamienny żagiel", tłumaczenie M.Kłos, P.Urbanik, Czarna Owca 2012.
"Kamienny żagiel" to szósty tom cyklu kryminalnego o komisarzu Eriku Winterze autorstwa Åke Edwardsona. Przyznam, że czytałam poprzednie cztery. Piąty, niestety, nie wpadł w moje ręce, ale akurat tę serię wypożyczam z biblioteki, więc każdy książkoholik powinien zrozumieć to charakterystyczne zapętlenie kolejności. Muszę również przyznać, że nieznajomość tomu piątego nie przeszkodziła mi w lekturze. Pewnie, gdybym nie znała pierwszych czterech, też szybko zorientowałabym się, o co chodzi.
A o co chodzi w "Kamiennym żaglu"? W trakcie drugiej wojny światowej u wybrzeży Szkocji tonie szwedzki statek. Wszyscy, znajdujący się wtedy na pokładzie, giną. Sześćdziesiąt lat później syn jednego z zaginionych marynarzy otrzymuje tajemniczy list, dotyczący jego ojca. Poruszony mężczyzna jedzie do Szkocji i ślad po nim ginie. Komisarz Winter, wraz ze swoim kolegą z Wysp Brytyjskich - Stevem MacDonaldem, rozpoczynają śledztwo. Tymczasem w Göteborgu policjantka Aneta Djanali zajmuje się sprawą kobiety, nad którą znęca się mąż. Dochodzenie  nie jest jednak tak jednoznaczne, jak wydaje się na pierwszy rzut oka.
Kryminały Åke Edwardsona prezentują wyrównany, całkiem wysoki poziom. Wiadomo, część jest lepsza, część gorsza, ale nie znajdziemy wśród nich typowych gniotów, które odkłada się po pierwszych stu kartkach. Dlatego, kiedy mówię, że "Kamienny żagiel" to słabsza powieść tego autora, nie myślcie, że czytając ją stracicie czas i zanudzicie się na śmierć. Jest dobrze, chociaż mogłoby być lepiej. Dwa, przeplatające się wątki, napędzają akcję, choć należy przyznać, że jeden jest dużo ciekawszy od drugiego (ale to pewnie tylko moja subiektywna opinia). Historia sprzed lat i związana z nią tajemnica są ciekawe, ale dość łatwe do przewidzenia. Dużo bardziej interesujący wydaje się wątek przemocy w rodzinie. Jest on zagadkowy, nieprzewidywalny i związany z bliskimi mi tematami społecznymi. Pozwala spojrzeć na świat, postrzegany przez nas tylko z jednej perspektywy, w zupełnie inny sposób. Przecież nie zawsze oprawcą jest ten, kto złoczyńcą się wydaje.
Interesująca w prozie Edwardsona jest wielogłosowa narracja. Niemal każdy z bohaterów przedstawia historię z innego punktu widzenia, przez co czytelnik ma wgląd w wielowymiarowy obraz sytuacji. Zabieg ten nie tylko buduje napięcie, ale również uświadamia nam wielość moralnych osądów.
Jeśli macie ochotę na lekki, acz ciekawy kryminał, sięgnijcie po książkę Åke Edwardsona. Choć "Kamienny żagiel" na pierwszy rzut oka nie wydaje się idealnym wyborem, jest to interesująca lektura na długi, zimowy wieczór. Perypetie komisarza Wintera są specyficzną przygodą, którą, ze względu na osobowość głównego bohatera, warto zacząć od początku. Jednak tym, zainteresowanym jedynie historią kryminalną, "Kamienny żagiel" może przypaść do gustu.

piątek, 27 stycznia 2017

Walczyć o siebie czy o świat? - "Grząskie Piaski" Henninga Mankella

H. Mankell, "Grząskie piaski", tłumaczenie E.Wojciechowska, Wydawnictwo W.A.B. 2015.

Trudno napisać książkę o własnym, powolnym umieraniu. Henning Mankell, znany głównie z cyklu kryminałów o komisarzu Wallanderze, tworząc "Grząskie piaski" cały czas wierzył, że nie pisze opowieści o własnej śmierci, ale walce z nowotworem. Bitwę tę pragnął wygrać. Nie myślcie jednak, że jest to książka ponura i przygnębiająca. To raczej historia człowieka, mającego na swoim koncie wiele dokonań, osoby niemal całkowicie spełnionej, która stara się uporządkować swoje życie, odnieść się do własnej małości wobec świata.
Mankell rozpoczyna swoją historię nawiązaniem do niegroźnego wypadku samochodowego, który poprzedził przerażającą diagnozę. Mówi o swoich przeżyciach, szoku, obezwładnieniu i mobilizacji do walki. Wspomina co nieco o chemioterapii i bieżących wynikach badań. Ale to wszystko stanowi może dziesięć procent "Grząskich piasków". Reszta to nieuszeregowane historie i przemyślenia na temat tego, co zostawiamy po sobie na tym świecie, zarówno jako jednostki, jak i jako cała ludzkość. Mankell zastanawia się, co się stanie, kiedy przyjdzie kolejne zlodowacenie i wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy zniknie pod grubą warstwą lodu. Zwraca uwagę na zakopywane głęboko w ziemi odpady radioaktywne, które będą niebezpieczne dla ludzi jeszcze przez setki tysięcy lat. Wraca wspomnieniami do Afryki i chwil tam spędzonych, snuje opowieści o prostym życiu, tłumacząc nam jednocześnie fenomen niesprawiedliwości i nierówności społecznych. Opowiada o swojej pracy w teatrze, o politycznych i kulturowych uwarunkowaniach sztuk, które powinny być uniwersalne. Wreszcie mówi nam o tym, jak podchodzi do czytania, pisania i zajmowania się tym, czemu poświęcił całe życie. Nie liczcie jednak na opowieść chronologiczną. To raczej gawęda starego człowieka, starającego się odnaleźć przepis na życie.
Bałam się, że "Grząskie piaski" będą trudną lekturą, swoistą wizytą na oddziale pacjentów chorych terminalnie. Myliłam się. To wciągająca opowieść, wprowadzająca nas w nurt wspomnień człowieka, który w pewien sposób zaakceptował fakt, że jego czas, może już zbliżać się do końca. Co najważniejsze, nie rozpacza z tego powodu. Zauważa, że kilkaset lat wcześniej przeżyłby może połowę swojego życia, a mając niemal siedemdziesiąt lat, byłby uznany za niezwykle sędziwego starca. Mankell snuje swoją nieuporządkowaną gawędę i stara się zrozumieć, jak małemu chłopcu, wychowującemu się bez matki w małym szwedzkim miasteczku, udało się zobaczyć tak wielki kawał świata, poznać tylu ludzi i stworzyć aż tyle. Nie myślcie jednak, że w "Grząskich piaskach" natkniemy się na tsunami egoizmu. Mankell, jak na Skandynawa przystało, podporządkowuje się prawu Jante i zarówno swoją twórczość, jak i większość dokonań ludzkości przeciwstawia wizji zniszczenia naszej cywilizacji. I choć można wierzyć pisarzowi, że za dziesięć tysięcy lat spotka nas mniej lub bardziej śmiercionośna katastrofa, dla większości z nas jest to czas na tyle odległy, że nawet nie chce nam się nad tym zastanawiać, a tym bardziej zestawiać takich rozmyślań z kruchością i ulotnością własnego życia. Przemyślenia Mankella są bogate i pouczające, ponieważ mamy do czynienia z człowiekiem, starającym się znaleźć sens u schyłku życia. To nie łatwe, ale szwedzkiemu pisarzowi się udało. We własnej ulotności odnajduje siłę. I to właśnie sprawia, że "Grząskie piaski" mają tak pozytywną wymowę, mimo że wiemy, jak ta historia się skończyła.
Autobiograficzna gawęda Mankella nie jest książką dla każdego. Wiem, że jej fragmentaryczność może przeszkadzać wielu czytelnikom, tak samo jak nieustanne powracanie do niektórych wątków (ile razy można czytać o odpadach radioaktywnych?). Mam także wrażenie, że na "Grząskie piaski" trzeba być w pewien sposób gotowym - należy zaznajomić się z tematem odchodzenia i pojmować go na własny sposób. Sama patrzę na to wszystko podobnie jak szwedzki pisarz, więc książka przypadła mi do gustu, ale nie wiem, czy na ludziach głębokiej wiary opowieść o ostatecznym odchodzeniu i braku alternatyw, zrobiłaby takie samo wrażenie. Nie wezmę na swoje barki polecenia wszystkim "Grząskich piasków", choć sama jestem tą książką pozytywnie zaskoczona. Jeśli jednak mój tekst przekonał Was do przeczytania jednych z ostatnich zapisków Mankella, nie bójcie się po nie sięgnąć.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Krótka opowieść o tym, że nie warto odchodzić zbyt szybko - "Włoskie buty" Henninga Mankella

H.Mankell, "Włoskie buty", tłumaczenie E. Wojciechowska, Biblioteka Akustyczna, 2013
Henning Mankell to pisarz znany, przede wszystkim, z serii kryminałów opowiadających o komisarzu Wallanderze. Jednak Szwed ma na swoim koncie również wiele innych książek, z których nieliczne zostały przetłumaczone na język polski. Należy do nich napisana w 2006 roku powieść "Włoskie buty". Przyznam, że nie znałam wcześniej twórczości Mankella nie należącej do gatunku powieści kryminalnej, ale wybierając kolejnego audiobooka, postanowiłam zaryzykować. Po pierwsze - po torturach, jakie urządził mi Harlan Coben chciałam posłuchać pozycji pisarza, o którym wiem, że radzi sobie z fabułą i językiem. Po drugie - chwilowo przedawkowałam kryminały i książki sensacyjne, więc potrzebowałam odmiany. Nie żałuję.
"Włoskie buty" to powieść o przemijaniu i o tym, że końcówka ludzkiego życia wcale nie musi być pozbawiona sensu. Jej bohater, ponad sześćdziesięcioletni, emerytowany lekarz Frederick Welin po popełnieniu tragicznego błędu w sztuce od dwunastu lat mieszka samotnie na jednej z niewielkich szwedzkich wysepek. Nie ma w zwyczaju opuszczać swojego małego skrawka ziemi. Jego jedynymi towarzyszami są kot i pies, a najlepszy przyjaciel to listonosz-hipochondryk, który nigdy nawet nie odwiedził domu samotnika, mimo że regularnie dowozi mu potrzebne towary i domaga się konsultacji lekarskich. Monotonne, przerywane jedynie sporadycznymi kąpielami w przeręblu, życie Fredericka zmienia się, gdy pewnej zimy zauważa opartą o balkonik kobietę, zmierzającą na jego małą wysepkę. Harriet - jego miłość z czasów studenckich wprowadza w życie Welina chaos, który uświadamia mężczyźnie, że wcale jeszcze nie umarł.
Proszę nie sugerować się chaosem - w książce tej nie ma ani wybuchów, ani nagłych zwrotów akcji. To, co może wywołać niemal apokaliptyczne zamieszanie w życiu człowieka, który całymi dniami w zasadzie nie robi nic, dla przeciętnej osoby jest, co najwyżej, egzystencjalnymi perturbacjami, a nawet, codziennością. Lecz to, co w powieści najważniejsze, to ukazanie człowieka przekonanego, że przegrał już na wszystkich frontach. Nie ma rodziny, nie ma przyjaciół, z powodu własnej dumy nie ma także pracy, której mógłby się poświęcić. Wybrał samotność i nawet jeśli nuży go już przebywanie non stop z własnymi myślami, tak bardzo przyzwyczaił się do tej sytuacji, że bez bodźca z zewnątrz nie potrafi się z niej wyrwać. Frederick w zasadzie czeka na śmierć. Rozmyśla o dniu, w którym listonosz nie zastanie go na pomoście o stałej porze i przeszuka wysepkę, aby znaleźć zimne już ciało Welina gdzieś w domu lub w szopie. Dopiero wtargnięcie do jego życia Harriet, która krok po kroku uświadamia mężczyźnie, że do śmierci ma jeszcze trochę czasu i nawet ona, mimo nieuleczalnego nowotworu atakującego jej organizm, czerpie z życia więcej od niego, uświadamia Frederickowi, że może być lepiej.
Nie chcę zdradzać tutaj całej treści, a byłoby to konieczne, by choć odrobinę głębiej przeanalizować tę powieść. Wierzcie mi jednak "Włoskie buty" to słodko-gorzka opowieść o szukaniu w życiu małych przyjemności, o znajdowaniu szczęścia wśród ludzi, o tym, że zawsze jest czas, żeby zrobić coś nowego, naprawić stare błędy i popełnić kilka nowych. Mankell usiłuje pokazać czytelnikowi, że życie nie kończy się wtedy, kiedy liczba naszych lat zaczyna przekraczać pięćdziesiąt, sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt, ale wtedy, kiedy sami o tym zdecydujemy. Ponieważ emocji w życiu można szukać nawet z setką na karku. A wyrok śmierci wisi nawet nad noworodkiem, żadne z nas naprawdę nie wie, ile dokładnie nam zostało.
Powieść Mankella nie jest idealna. Można zauważyć mniejsze lub większe niedociągnięcia w warstwie językowej. We "Włoskich butach" pojawiają się też pewne schematy i przewidywalność. Nie odbierają one jednak przyjemności z zapoznawania się z lekturą. Polecam ją wszystkim, którzy mają problem ze znalezieniem sensu w życiu i radości w tym, co pozornie nieistotne. 
A co do audiobooka... Czytał Leszek Filipowicz. Jego głos odrobinę za mocno kojarzy mi się z przygodami Kurta Wallandera, więc potrzebowałam dłuższej chwili, żeby wmówić sobie, że to nie ten sam bohater, Jednak trochę bajkowa forma, jaką lektor nadał tej opowieści, bardzo do niej pasowała. Słuchałam jej z niekłamaną przyjemnością. Może właśnie teraz, kiedy zima jest już coraz bliżej, przyszedł czas na to, żeby przebić lodową skorupę rutyny i odnaleźć w życiu coś nowego?