piątek, 2 grudnia 2016

Okrucieństwo nie umiera nigdy - o "Lekcjach anatomii doktora D." Wojciecha Engelkinga

W.Engelking, "Lekcje anatomii doktora D.", Wydawnictwo Literackie, 2016.

Wojciech Engelking jest jednym z pierwszych pisarzy reprezentujących pokolenie urodzone w latach dziewięćdziesiątych. Tych, dla których komputer, telefon komórkowy czy internet nigdy nie był ciekawą nowinką. Swoją debiutancką powieść "(niepotrzebne skreślić)" wydał dwa lata temu. Próbował w niej, z mniejszym lub większym powodzeniem, przedstawić portret swojego pokolenia. Tego samego, po części, usiłuje dokonać w "Lekcjach anatomii doktora D.".
Bohaterami najnowszej powieści Wojciecha Engelkinga są Jacob von Deymann, mieszkaniec hitlerowskich Niemiec, syn arystokraty i Jakub Dejman, żyjący we współczesnej Polsce. Choć dzielą ich czasy, w których przyszło im żyć, łączy ich nie tylko podobieństwo nazwiska. Obaj skończyli studia medyczne, ale nie zdobyli dyplomu, obaj mieli kiedyś siostrę i ojca, ale ich stracili, obaj zbyt wiele wagi przykładają do tego, kim są. Jacob von Deymann zostaje wysłany do Birkenau, aby napisać raport na temat prac doktora Mengele. Cały czas wydaje mu się, że jest kimś gorszym od innych. Jakub Dejman, mimo że nie ma odpowiednich uprawnień, przeprowadza budzące kontrowersje operacje w klinice chirurgii plastycznej, którą odziedziczył po ojcu. Wyjeżdża także do Brazylii, gdzie kupuje sobie niewolnicę - piętnastoletnią Elvirę. Cały czas wydaje mu się, że jest kimś lepszym od innych. 
Engelking w swojej powieści stara się przedstawić to, w jaki sposób okoliczności, i umiejętności mogą wpływać na rozwój jednostki, a także do jakiego stopnia kształtuje człowieka wychowanie oraz dostępność treści, zarówno tych wartościowych, jak i wylewających się z monitorów komputerów. Jednak to tylko wątki poboczne. Największą uwagę autor zwraca na problem samooceny i jej wpływ na egzystencję człowieka. Pokazuje, że zarówno niższość jak i wyższość mogą prowadzić do tragicznych skutków. Niestety, forma w jakiej to przedstawia, pozostawia wiele do życzenia. Choć, od swojej debiutanckiej powieści, Engelking poczynił znaczne postępy i spójność tekstu oraz jego struktura są na dużo wyższym poziomie, do ideału jeszcze wiele brakuje. W fragmentach dotyczących Jacoba von Deymanna razi sposób, w jaki nawiązywano do obozu Auschwitz-Birkenau. Nie dość, że tragedia, która się tam działa, została kompletnie pozbawiona głębi i strywializowana, to autor opisuje sceny, nie mające racji bytu, w danych czasach i w tym miejscu. Irytuje również sposób, w jaki Jacob von Deymann opowiada o swojej przeszłości. O ile listy do Robinsona, zapisywane w dzienniku, są naprawdę ciekawym pomysłem, o tyle wielostopniowość narracji, do której doprowadzają, niepotrzebnie utrudnia odbiór. Sam narrator też bywa problematyczny. Autor starał się go ujawniać, mylić tropy, pokazywać kim może być i co jest w stanie uczynić. Jednak również ten zabieg wydaje mi się zbędny i męczy czytelnika poprzez bezustanne powtarzanie w tekście: "wie mi się". Część dotycząca Jakuba Dejmana jest dużo bardziej spójna, ale także przerażająco brutalna. Ponieważ, o ile w  świecie zdominowanym przez nazistów spodziewamy się braku człowieczeństwa, o tyle w niemal współczesnej Warszawie, powinno być lepiej. Nie jest. I nie chodzi tylko o przerażające opisy gwałtów i innych relacji seksualnych, ale o przebijającą się przez wszystko pogardę powodowaną poczuciem wyższości. Brutalność świata, w którym wyrastają jednostki pozbawione jakichkolwiek ludzkich odruchów, lubujące się w upokarzaniu innych na wszystkie możliwe sposoby i niezdolne do zawiązania jakiejkolwiek relacji, niepolegającej na wzajemnej zależności, przekracza wszelkie granice mojej wyobraźni. I jeśli w ten sposób Engelking opisuje pokolenie, do którego i ja, choć odrobinę starsza, należę, na takie przedstawienie się nie zgadzam. Choć przyznam, że jako wyolbrzymiony obraz wyłomka tych, niewidzących nic poza karierą i pieniądzmi, może się to wydawać przekonujące.
Czytając "Lekcje anatomii doktora D." miałam wrażenie, że autor chciał przedstawić czytelnikom zbyt wiele. Liczne nawiązania, tropy intertekstualne, a nawet sklejona z kilku innych opera, miały dać odbiorcy do zrozumienia, że ma przed sobą innowacyjny konstrukt, który czerpie jednocześnie pełnymi garściami z tradycji literackiej. Tylko nie tędy droga. Engelking poważył się na napisanie powieści, jaką stworzyć może człowiek dojrzały, opisujący pokolenie już po jego ukonstytuowaniu. Jednak autor nie ma jeszcze dwudziestu pięciu lat, a generacja, o której pisze, to jak na razie nieukształtowana masa, składająca się z ludzi szukających własnego miejsca w zmieniającym się świecie. W efekcie "Lekcje anatomii doktora D." są przeładowane, często niepotrzebną treścią i starają się przekazać zbyt wiele w nieudolny sposób. I choć Wojciech Engelking jest utalentowanym pisarzem młodego pokolenia, tworzenie wielkiej literatury jeszcze przed nim. Moim zdaniem, jego najnowsza powieść, jest, co najwyżej, średnia.

wtorek, 29 listopada 2016

Bestseller nie zawsze musi być dobry... - o "Gildii Magów" Trudi Canavan.

T.Canavan, "Gildia Magów, tłumaczenie A.Fulińska, Galeria Książki, 2009.
Fantasy to jakieś dziesięć procent pochłanianych przeze mnie książek. Kiedyś było ich znacznie więcej, ale przydarzyło mi się to, co prędzej czy później przytrafia się nam wszystkim (no może oprócz Piotrusia Pana) - dorosłam. Mam jednak sentyment do tego rodzaju twórczości i, mniej więcej, trzy razy w roku wpadam w ciąg audiobooków nie do końca trzymających się naszej rzeczywistości. Cykle te trwają jednak coraz krócej, bo albo nie trafiam na odpowiednie powieści albo fantasy już niewiele może mi zaoferować. Wiem już, że mój kolejny epizod związany z literaturą fantastyczną się skończył. Po tym jak bardzo rozczarowała mnie polecana wszem i wobec książka, wróciłam do audio-kryminałów. Pozycją, która to spowodowała jest bestsellerowa powieść australijskiej pisarki Trudi Canavan - "Gildia Magów", będąca pierwszym tomem "Trylogii Czarnego Maga".
Sonea, dziewczyna pochodząca ze slumsów, po stracie matki i odejściu ojca stara się przeżyć, pomagając ciotce i wujowi w ich rzemieślniczych przedsięwzięciach. Jednak wszystko, co udało im się wypracować przez poprzedni rok idzie na marne w dniu czystki, kiedy to magowie wypędzają z miasta każdego, kto zdaniem możnych nie powinien znaleźć tam swojego miejsca. Podczas ucieczki za mury miejskie Sonea traci z oczu ciotkę i wpada na przyjaciół z, działającej na granicy prawa, ulicznej bandy. Wściekła na cały świat i podburzona przez dawnych towarzyszy rzuca kamieniem w magiczną barierę, której czarodzieje używają by bronić się przed atakami wypędzanego tłumu. Zupełnie niespodziewanie okazuje się, że ciśnięty przez nią przedmiot, przebija się przez tarczę ochronną i rani jednego z jej twórców. Sonea nieświadomie użyła magii. Od tej pory zrzeszeni w Gildii magowie za wszelką ceną chcą ją dopaść. Dziewczyna nie daje jednak za wygraną i razem z zakochanym w niej przyjacielem, chwyta się wszelkich środków, aby uciec przed potężnymi czarodziejami. Choć, by tego dokonać, musi zacząć uczyć się zaklęć na własną rękę i zjednoczyć siły z Gildią Złodziei. 
Opis nie jest taki zły, prawda? Szkoda, że wykonanie już dużo gorsze. Zacznijmy od tego, że autorka stworzyła własny, fantastyczny świat. Tylko dlaczego w pierwszym tomie swojej sagi tak marnie czytelnika w to uniwersum wprowadza? Tworzy nazwy, o których nic nie wiadomo, przez co, nagle, w połowie książki, dowiadujemy się, że jeden z głównych bohaterów ma imię po zwierzątku przypominającym szczura (ale to tylko założenie, bo opisu gryzonia nie usłyszałam). Jedynie zasady działania Gildii Magów są, jako tako, określone, ponieważ czytelnik zapoznaje się z nimi razem z Soneą. Wydaje mi się również, że autorka zbyt dużo zapożyczyła ze "Świata Dysku" Pratchetta. Wiem, że w świecie literatury fantasy trudno wymyślić coś nowego i oryginalnego, ale nieudolne kopiowanie niczego dobrego jeszcze nie przyniosło. Jakby tego było mało, postaci są jednowymiarowe, fabuła przewidywalna, a niektóre rozwiązania tak naciągane, że zaczynam się zastanawiać, czy ktoś nie próbuje rzucić na mnie zaklęcia ogłupienia, żebym w to uwierzyła. Weźmy taki przykład:kiedy Sonea wraz z przyjacielem włamują się do Gildii Magów, aby rozejrzeć się i ukraść parę książek, przez kilka godzin nie zauważa ich zupełnie nikt. Natomiast podczas samotnej wycieczki chłopaka, nie tyle zostaje on zauważony po niecałym kwadransie, nawet jeśli robi więcej hałasu niż zwykle, ale, oczywiście łapie go "ten zły". Widzicie? Nagięcie zasad prawdopodobieństwa do maksimum.
Na obronę autorki powiem, że chciała w swojej książce zaprezentować coś więcej, niż tylko magiczną historyjkę. Otóż Canavan postanowiła przedstawić czytelnikom, w jaki sposób czyjeś pochodzenie może wpłynąć na jego możliwości i do jakiego stopnia przyszłość człowieka jest zdeterminowana przez środowisko, z którego się wywodzi. Założeniem Australijki prawdopodobnie było uświadomienie ludziom, że szanse należy wyrównywać, a ci, którym w życiu się powiodło, mają obowiązek pomagać innym. Jakkolwiek moje lewackie serce zgadza się z takim postawieniem sprawy, muszę powiedzieć: pani Canavan, nie tak łopatologicznie! Takich zależności nie da się wyjaśnić używając argumentacji na poziomie nastolatka. Wymagają one przemyśleń, szczegółowego omówienia, a nie napomknięcia. Kilka rzuconych tu i ówdzie słów nie zmieni świata.
"Gildię Magów" pogrąża również język, styl i przedstawienie postaci. Jak w najbanalniejszy sposób przybliżyć czytelnikom wygląd bohaterki? Trzeba ustawić ją przed lustrem. I to takim, które, ni stąd ni zowąd, pojawia się w środku miasta. Bo przecież ten opis musi pojawić się na pierwszych stronach. Mało? Język upada dużo niżej. W kwestii literatury gatunkowej naprawdę nie mam wysokich wymagań, ale tak nieudolne powtarzanie tych samych słów, po kilka razy w jednym akapicie przekracza wszelkie granice mojej tolerancji. Ponadto, wszyscy bohaterowie mówią niemal dokładnie tak samo! Magowie skarżą się, że Sonea posługuje się językiem niższych sfer, ale naprawdę trudno to dostrzec. Właściwie jedyną różnicą między tym, jak wysławiają się członkowie Gildii, a jak mówi młodzież ze slumsów, jest sformułowanie "eja", używane przez dziewczynę i jej przyjaciół. Tylko Sonea nie wypowiada tego słowa przy magach, co sprawia, że różnice językowe, na dobrą sprawę, nie istnieją. 
Jeśli myślicie już nic bardziej nie może pogrążyć "Gildii Magów", mylicie się. Bowiem twórcom audiobooka się to udało. Jak? Obsadzili w roli lektora Joannę Jabłczyńską. Niby jest to osoba ze sporym doświadczeniem w dubbingu, która powinna sobie poradzić. Tylko nie wzięto pod uwagę barwy jej głosu. Moim zdaniem, Joanna Jabłczyńska może być świetną interpretatorką, ale bajek dla dzieci. Zakładam, że powieść Canavan adresowana jest do osób mających ponad dziesięć lat, które chciałyby usłyszeć głos nienadający każdemu zdaniu nuty trywialności. 
Podsumowując, nie czytajcie tej książki. I tym bardziej jej nie słuchajcie. Na rynku jest w tej chwili tyle powieści fantasy, że przedzieranie się przez twórczość Trudi Canavan wydaje się zbędną torturą. Nie trudno znaleźć publikację lepszą, mądrzejszą, poprawniej napisaną i ciekawszą. Canavan miała dobre chęci, chciała napisać niezłą powieść fantasy... Być może równie dobre chęci mieli  wydawcy, promując ją i zamieniając to czytadło w bestseller. Tylko trochę szkoda drzew, które musiały zginąć, aby ktoś książki Canavan wydrukował. 

poniedziałek, 28 listopada 2016

Krótkie historie o ulotnej codzienności - o "Przyjaciółce z młodości" Alice Munro

A.Munro, "Przyjaciółka z młodości", tłumaczenie A.Kuc, Wydawnictwo Literackie, 2013.
Za książkę Alice Munro sięgnęłam w ramach mojej prywatnej i nigdzie nie rozgłaszanej akcji "Nadrabiamy noblistów". Jej założenie jest bardzo proste - uznaję, że Akademia Szwedzka jest mądrzejsza ode mnie i, skoro nagrodziła kogoś najważniejszą w świecie literatury nagrodą, to istnieje niezmiernie wysokie prawdopodobieństwo, że ma rację i książki uhonorowanych autorów naprawdę są warte przeczytania. Można to też nazwać "pójściem na łatwiznę" albo wybieraniem bezpiecznych ścieżek na polu minowym decyzji czytelniczych. Ale spokojnie, nie samymi noblistami człowiek żyje, choć tym razem napiszę kilka słów o dziele laureatki tej nagrody.
Alice Munro to kanadyjska pisarka, specjalizująca się w krótkich formach. "Przyjaciółka z młodości", którą przyszło mi czytać, jest, jak większość dzieł tej autorki, zbiorem opowiadań. Mimo że każde z nich przedstawia inne zdarzenia, mają pewne wspólne elementy. Głównym z nich jest codzienność. Munro snuje historie, które nie są ani sensacyjne ani przerażające, lecz zwykłe, wyjęte z życia, powszednie. Mogłyby się przydarzyć każdemu, kogo dotyczyłoby dane miejsce, czas czy okoliczności. Takie opowieści, choć ułożone w bardziej prostacki sposób i osadzone w innym świecie, możemy usłyszeć nawet od sąsiadek w małych miasteczkach czy znudzonych sprzedawczyń w sklepie. Sama Munro wykorzystuje ten społeczny mechanizm, w części swoich historii, odnosząc się do lokalnych plotek i tego, jak jej bohaterów widzi opinia publiczna. Jednak tym, co sprawia, że te na wskroś zwykłe opowiadania zdają się mieć wyjątkowy, żeby nie powiedzieć magiczny charakter, jest język. Kanadyjka stroni od zbędnych ozdobników, pisze prosto, by trafiać bardziej do serca niż do wyobraźni, jej opowiadania mają niemal nieskazitelną kompozycję, pozwalającą ująć dużą część ludzkiego życia na około pięćdziesięciu stronach. Także stoicyzm, przebijający się w tekstach Munro, sprawia, że coś, co z innego punktu widzenia mogłoby być dramatem, jest jedynie doskonale wyważoną historią. I choć forma opowiadania wymusza na autorce zwięzłość, udaje jej się wplątać w treść, nadające całości dodatkowego smaku, szczegóły, powracające motywy lub przedmioty, które przyklejają się do bohaterów, ujawniając ich charakter. 
Proza Munro jest mistrzowska i naprawdę trudno jej cokolwiek zarzucić, lecz mnie nie zachwyciła. Mówi się, że Kanadyjka jest autorką literatury kobiecej. Dla mnie to bardzo krzywdzące określenie, w którego zakres można wsadzić wszystkie emocjonalne historie z paniami w rolach głównych, od dobrze napisanej literatury pięknej do harlequina. Kobiece jest wszystko to, co nie spodoba się wszystkim czytelnikom, ponieważ opisuje świat z perspektywy pozornie słabszej płci i, jakby tego było mało, odnosi się do uczuć w bardziej bezpośredni sposób. I nie chcę tej łatki prozie Munro przypinać, jednak coś z tyłu mojej głowy, każe mi to zrobić. Bo, choć przepadam za opisem piękna codzienności, twórczość Kanadyjki mnie nie przekonuje. Cały czas mam wrażenie, że jakaś cząstka tych historii jest przerażająco wręcz trywialna. I to w negatywnym znaczeniu tego słowa. Kiedy czytam opowiadania napisane przez noblistkę, chcę dać się porwać, wciągnąć do książkowej rzeczywistości, zauważyć coś wyjątkowego... A podczas lektury niektórych fragmentów utworów Munro, szczególnie tych odnoszących się do małomiasteczkowych plotek, czy postrzegania kogoś przez pryzmat opinii publicznej, miałam wrażenie, że zaraz stanie mi przed oczami ktoś w stylu Barbary Mostowiak z "M jak miłość", zwracającej się do męża: "Lucjan, słyszałeś co we wsi mówili?" Nie mam pojęcia, czy tak wyglądają dialogi w tym serialu, bo nie oglądałam go od ponad dekady, ale sama idea, pojawiająca się podczas spotkania z poważną literaturą, jest przerażająca.
Nie mam "Przyjaciółce z młodości" nic do zarzucenia. Munro zaserwowała czytelnikom dziesięć opowiadań o codzienności, napisanych pięknym językiem i obnażających zwykłe życie, nadających mu znaczenie. Cóż mam powiedzieć więcej? Wypada jedynie sparafrazować klasyka i zapytać, jak mnie nie zachwyca, jak ma zachwycać? I, choć to pewnie sprzeczne z wszelkimi zasadami kodeksu recenzenta (a istnieje taki?) mam zamiar polecić tę książkę. Ponieważ to jedne z najlepszych opowiadań, jakie zdarzyło mi się czytać. Nie mówię tego tylko dlatego, że uważam Akademię Szwedzką za mądrzejszą ode mnie. Po prostu, nie warto zniechęcać nikogo do dzieł mistrzyni w swoim gatunku tylko dlatego, że ja nie mam "tego czegoś" pozwalającego pokochać jej książki. Wszystkie polonistyczne mechanizmy wbijane mi przez pięć lat studiów do głowy, mówią, że "Przyjaciółka z młodości" Alice Munro dobrą książką jest. I niech tak zostanie. A ja posiedzę w kącie, jak krnąbrny uczeń, którego trudno przekonać. 

czwartek, 24 listopada 2016

Kolejna porcja niewymagającego śmiechu, czyli "Wampir z MO" Andrzeja Pilipiuka.

A. Pilipiuk, "Wampir z MO", Fabryka Słów, 2015.
Kilka dni temu pisałam o "Wampirze z M-3", dzięki któremu szczerzyłam się przez całe trzy dni, a teraz przyszło mi opowiadać o kontynuacji tej książki, czyli "Wampirze z MO". Za dużo? Nie powinnam? Ile można czytać, czy, jak w moim przypadku, słuchać głupich historyjek o jakiś nadprzyrodzonych dziwadłach? Można i to dużo. Lepszy wampir w słuchawkach niż "Last Christmas" z supermarketowego głośnika. W końcu opowiadania Pilipiuka, w swojej drugiej i jak dotąd (tutaj robię płaczliwą minę) ostatniej odsłonie, są przepełnione humorem i absurdem, rozjaśniającymi listopadowy dzień dużo skuteczniej niż przedwcześnie powywieszane bożonarodzeniowe dekoracje. I twierdzę tak nie tylko dlatego, że moim zdaniem, jedynym plusem ekspansji świątecznej, zaczynającej się w połowie listopada, jest pojawiające się już na półkach wino z korzeniami, które tylko czeka na podgrzanie.
Ale ja miałam o książce, a nie o świętach i winie. W "Wampirze z MO" po raz kolejny spotykamy znanych nam bohaterów z warszawskiej Pragi. I zapewniam, że raczej się nie zmienili. Ślusarz Marek, spawacz Igor i licealistka Gosia nadal walczą ze swoimi niecodziennymi problemami, naginając absurdalną rzeczywistość do granic niemożliwości. W tym tomie większą rolę odgrywają postaci do tej pory drugoplanowe - jak chociażby hrabia, który za wszelką cenę stara się udowodnić starym znajomym zza granicy, że zmiana ustroju na socjalistyczny, wcale nie nadszarpnęła jego pozycji. Kto powiedział, że arystokrata, niegdyś jadający obiady z księciem Poniatowskim, nie może nosić zniszczonych butów marki Relaks? Pojawiają się też bohaterowie dotąd nieznani, jak chociażby Zenek, pracownik fabryki przeobrażony przez bezpiekę w zombie, tylko po to, aby odnalazł innych przedstawicieli tego gatunku grasujących po stolicy. Nie zmieniają się również czarne charaktery - tajny oddział ubecji nadal walczy z istotami nadprzyrodzonymi, a babcia Adelajda chce za wszelką cenę dopaść swoją wnuczkę-wampirzycę. I jest fajnie, chociaż nie tak dobrze jak za pierwszym razem.
W pierwszej części przymknęłam oko na język i nadal mam zamiar to robić. Nie jest idealnie, ale tak jak od bohaterów komedii nie wymagam posługiwania się idealną polszczyzną, tak od książek będących dla mnie rozrywką sensu stricte, nie będę żądała puryzmu językowego. Jednak tym, co położyło rysę na radości z tego zbioru opowiadań, była wtórność pomysłów. Być może miał na to wpływ fakt, że wysłuchałam "Wampira z MO" zaraz po "Wampirze z M-3" i nie zdążyłam jeszcze nic zapomnieć. Mam jednak wrażenie, że część zdarzeń, pojawiająca się w drugiej części przygód praskich krwiopijców, została nadmieniona w poprzedniej publikacji. Również sposoby, których wampiry używają do rozwiązywania swoich problemów, stały się schematyczne. Autor stara się wprowadzać jakieś urozmaicenia, ale w połowie książki zaczynałam mieć wrażenie, że gdzieś już to słyszałam. Momentami opowiadaniom, po prostu, brakuje świeżości. Z drugiej strony, motywy i mechanizmy znane z pierwszej części doskonale zagrały również tym razem. Walka z absurdem poprzedniego ustroju, wyśmiewanie popkulturowych wytworów wampiropodobnych, humor sytuacyjny, odnoszenie się do stereotypów... To wszystko nadal funkcjonuje i wywołuje uśmiech na twarzy.
Podsumowując, "Wampir z MO", szczególnie w interpretacji lektorskiej Macieja Kowalika, to dobry pomysł na poprawę humoru. Jeśli komuś przypadły do gustu poprzednie przygody krwiopijców z warszawskiej Pragi, spokojnie może sięgać i po tę książkę. Nie oczekujmy jednak zbyt wiele. I, choć chętnie zapoznałabym się z nowymi przygodami PRL-owskich wampirów, gdyby takie powstały, poczekałabym z nimi do następnej jesieni. A może jeszcze dłużej... Co za dużo to niezdrowo.

środa, 23 listopada 2016

Nieznośny schyłek podróży... - o "Pociągu linii M" Patti Smith

P.Smith, "Pociąg linii M", tłumaczenie M.Świerkocki, Wydawnictwo Czarne, 2016.

Jeszcze dwa-trzy lata temu na pytanie o kilka skojarzeń z  Patii Smith wspomniałabym o amerykańskim rocku lat siedemdziesiątych, słynnym albumie "Horses" i rewolucyjnym wersie "Jesus died for sombody's sins but not mine". Jednak potem, w chwili w której skończyły mi się polskojęzyczne książki, a od najbliższej księgarni je oferującej dzieliło mnie kilkaset kilometrów, natrafiłam na Patti Smith - pisarkę. Nie pamiętam, co skusiło mnie do sięgnięcia po "Just Kids". Paragon, który z przyzwyczajenia nadal trzymam w książce sugeruje, że jakaś promocja w dziale z literaturą anglojęzyczną. Nie zmienia to jednak faktu, że ów mikrokryzys spowodował, nie tylko mój powrót do muzyki amerykańskiej rockmenki, ale także zachwyt nad jej tekstami pisarskimi. Kiedy tylko dotarła do mnie wieść, że Patti Smith wydaje nową książkę, miałam zamiar pobiec do księgarni i połknąć ją w oryginale. Jednak, jak to w życiu nałogowego czytelnika bywa, miałam przed sobą tyle innych lektur, że doczekałam się polskiego tłumaczenia.
Należy zaznaczyć, że "Pociąg linii M" ma zupełnie inny charakter niż "Just Kids" znane w Polsce pod tytułem "Poniedziałkowe dzieci". O ile poprzednia książka Patti Smith była słodko-gorzką opowieścią o początkach, najnowsza jest melancholijną ścieżką ku końcowi. W opowieści ponad wszystko przebija się tęsknota. Zarówno za ludźmi, w tym zmarłymi mężem i bratem wokalistki, jak i za przedmiotami czy chwilami, które przeminęły bezpowrotnie. Artystka opowiada o swoich mniejszych i większych rytuałach, pozwalających jej przetrwać samotne chwile. I na nich się skupia. Zaledwie wzmiankuje o trasach koncertowych, okresach przepełnionych piętrzącymi się wydarzeniami. Nie mówi o spotkaniach z rodziną. Koncentruje się wyłącznie na samotności, trwaniu między jednym dniem a drugim i rzeczach, które pomagają jej istnieć. W sposób niezwykle egzaltowany opowiada o podróżach, zebranych podczas nich drobiazgach, zdjęciach przedmiotów i, co niecodzienne, grobów osób, które wiele dla niej znaczą. Nawiązuje do Sylvii Plath, Fridy Kahlo, Ryūnosuke Akutagawy, Michaiła Bułhakowa, Jeana Geneta i wielu innych. Opowiada o książkach, jakie pochłonęła i wyjaśnia, dlaczego są one dla niej takie ważne. Przywiązuje się do wszystkiego co małe i codzienne, tylko po to, żeby zaraz to zagubić. Ponieważ wszystko się kończy. Czasami poprzez zamknięcie ulubionej kawiarni lub koniec emisji ulubionego serialu, a kiedy indziej przez natarcie huraganu rujnującego nadbrzeże. 
"Pociąg linii M" przepełniony jest emocjami. Wydarzenia zdają się tu odgrywać rolę drugorzędną wobec uczuć, jakie mogą wywołać. Niezwykłą wrażliwość artystki, zawikłanej w codzienność, może wyzwolić dosłownie wszystko, bez względu na czas i miejsce. Ponieważ w świecie Patti Smith nawet samotny spacer po nowojorskich ulicach coś znaczy, pozwala sformułować myśl. Ulotną, może niewiele wartą, ale dającą możliwość przetrwania kilku kolejnych minut nieznośnej pojedynczości i tęsknoty. Artystka już na samym początku wspomina, że "pisać o niczym wcale nie jest tak łatwo".1)  Mimo tego prowadzi swoją narrację, opowiadając o tym, co może jest niczym, ale, wbrew pozorom, ma znaczenie. I choć ten egzaltowany, sensualny opis rzeczywistości może być drażniący, warto się z nim zmierzyć, aby zrozumieć, istotę samotności, zapomnienia, tęsknoty, pęknięć w życiu, których nie można już niczym zasklepić. 
Pociąg Patti Smith nie dojechał jeszcze do ostatniej stacji, choć artystka uświadamia sobie i czytelnikom, że się do niej zbliża. Nie robi tego jednak poprzez opisanie własnej fizyczności lecz przez ukazanie obrazów, scen z życia i emocji. Stara się uświadomić, że z biegiem czasu ludzkie postrzeganie świata zmienia się, ponieważ patrzy się na niego nie z perspektywy tego, co można jeszcze osiągnąć, ale z punktu, w którym wiele, czy też wielu, się już utraciło. Dla mnie "Pociąg linii M" był gorzką lekcją. Nie chciałabym jednak odrzucić tej nauki. Ponieważ pomimo niedoskonałości stylu czy momentami irytującej egzaltacji, artystka pokazuje jak radzić sobie ze stratą i jak odnajdywać radość i ocalenie w czymś pozornie nic nie znaczącym. Polecam, ale tylko, jeśli pragniecie się tego nauczyć. Chyba, że chcecie zostać niepoprawnymi fanami Patti Smith. Wszak trzeba przyznać, że to nietuzinkowa osobowość, która potrafi wciągnąć czytelnika do swego świata. 
1) P.Smith, "Pociąg linii M", Wydawnictwo Czarne, s. 9.

poniedziałek, 21 listopada 2016

"Ości" Ignacego Karpowicza, czyli powieść o tym, że dla pozoru spokoju można przymknąć oczy na połowę świata, który nas otacza.

I.Karpowicz, "Ości", Wydawnictwo Literackie, 2013.
Mam problem z "Ośćmi". Przeczytałam je jednym tchem. dałam sobie czas do namysłu i jestem przekonana, że nie odczytałam nawet połowy sensów i znaczeń tej powieści. Mam wrażenie, że przed napisaniem recenzji czy też impresji po lekturze książki Karpowicza przydałby mi się jakiś panel dyskusyjny, dający możliwość porozmawiania o "Ościach" z tymi, którzy na literaturze współczesnej znają się lepiej, albo mają inne spostrzeżenia. Niestety, znalezienie w ciągu najbliższych minut innego czytelnika tej powieści graniczy z cudem, a na błądzenie w Internecie nie mam czasu ani chęci. Nawet nie mogę poszukać recenzji kogoś mądrzejszego ode mnie, ponieważ z zasady nie robię tego tuż przed pisaniem, żeby się nie zasugerować. Z drugiej strony nawet blurby na okładce wmawiają mi, że książka powinna mi się podobać. Wiem, że takie teksty z założenia chwalą dzieło i nie mają w sobie nic z krytyki literackiej, ale kiedy powieść polecają profesor Czapliński i Michał Nogaś to jakoś trudno mi zaprzeczać. Na moje szczęście, "Ośćmi" zachwycałabym się nawet bez polecenia krytyczno-literackich guru. 
Powieść Karpowicza opowiada o dwóch organizmach quasi-rodzinnych i krążących wokół nich ludzkich satelitach. W końcu nikt nie nazwałby tradycyjną polską rodziną małżeństwa porządnej katoliczki z wietnamskim biznesmenem, który w weekendy zamienia się drag queen. Jakby tego było mało w wychowaniu syna pomaga im kochanek Azjaty, sam związany z feministką po pięćdziesiątce, mimowolnie stającą się częścią tego układu. Dodajmy że ów żyjący w dwóch nieformalnych związkach jednocześnie mężczyzna jest rasistą, pogardzającym w szczególności mieszkańcami Azji, i konserwatystą, traktującym z góry nie tylko homoseksualistów, ale i kobiety. Ciekawy zestaw, prawda? Drugi nie jest gorszy. Ale nie mam zamiaru zbyt wiele zdradzać. Tę kwestię pozostawmy tajemnicy i rodzącej się w czytelniku ciekawości. Faktem jest, że Karpowicz nagina znane nam granice rodzinne i nie tylko przesuwa je tak, aby mieścili się w nich przyjaciele czy kochankowie, ale także częściowo wyklucza tych, którzy we wspólnocie familijnej powinni się znaleźć. Bowiem rodzice i rodzeństwo niektórych bohaterów zdaje się żyć całkowicie z boku, poza schematem. A kiedy pojawia się w kadrze, a raczej siłą się w niego wdziera, powoduje jedynie dyskomfort i życiowe aktorstwo pełne poświęceń. 
"Ości" mówią nam też wiele o ignorowaniu rzeczywistości, o tym jak dużo trzeba przemilczeć, aby żyć takim życiem, jakie chce się wieść. Popatrzmy chociażby na Marię - wspomnianą już wcześniej dobrą katoliczkę. Przez lata przymyka oko na to, że jej mąż znika w weekendy z innym mężczyzną. Nie zauważa też, że Kuanowi zdarza się przez nieuwagę zostawić lakier na paznokciu, albo podkraść jej torebkę. Dopiero gdy anonimowy mężczyzna dzwoni do niej i, wbrew jej woli, mówi głośno i wyraźnie, że jej mąż jest draq queen i miewa stosunki homoseksualne, Maria, postawiona pod ścianą, stwierdza, że inny mężczyzna to nie "żona bliźniego swego", więc grzechu nie ma i można żyć tak, jakby nic się nie stało. Po czasie akceptuje kochanka swojego małżonka, jako członka rodziny i nadal przymyka oko na wszystko, co może jej przeszkodzić w spokojnym, bogobojnym życiu. Podobny mechanizm, choć nie tak wyraźnie, stosują inni bohaterowie. Szymon przez długi czas daje się nabierać żonie, która nie przyznaje mu się do utraty pracy. Natomiast Ninel akceptuje to, że matka zwraca się do niej Kuba, mimo że kiedyś było to dla niej źródłem wielkich upokorzeń. Robi to jednak po to, by zgodnie ze wzorem odgrywać rolę dobrej córki i wygrać w rywalizacji na linii matka-dziecko.
Dodatkowych smaczków powieści z pewności dodaje klucz dotyczący postaci. Ponieważ nie trudno odgadnąć, że były one wzorowane, przynajmniej w części, na autentycznych osobach. W okresie publikacji powieści nawet tabloidy i serwisy plotkarskie trąbiły o tym, która polska badaczka literatury jest pierwowzorem Ninel. Znalezienie autora biografii polskich homoseksualistów, czy draq gueen Kim Lee także nie jest problemem dla każdego, kto umie używać wyszukiwarki Googla. Ten klucz, który nie daje nam jednoznacznego rozróżnienia między realnością, a fabułą, sprawia, że doszukujemy się w powieści drugiego dna, nie wiedząc, co jest prawdą, a co fikcją. Jako że w każdym z nas, czy tego chcemy czy nie, jest mały, wredny gen plotkarza, zabieg ten wzbudza zainteresowanie, ciekawość i każe wygrzebywać ze wszystkich możliwych źródeł strzępki informacji o tym, co mogło zdarzyć się naprawdę.
W powieści Karpowicza kolejnym powodem do analizy jest język. W "Ościach" żaden opis nie składa się z prostych słów. Postaci również posługują się wyrażeniami, które, pomijając przekleństwa, dużo częściej usłyszymy na sali wykładowej, niż podczas zwykłej konwersacji. Jednak ten język, choć pozornie wydaje się przeintelektualizowany, do czegoś służy. Formułuje świat odrębny od znanej nam rzeczywistości, nie tyle bardziej plastyczny, zmodyfikowany, o innym kształcie, co szyty na miarę postaci. Ponieważ nie czytamy o zwykłych ludziach w ich bezbarwnych, małych światach. Bohaterowie powieści Karpowicza nie są może tworami niemożliwymi, jednak w pewien sposób przerysowanymi, co jedynie dodaje im charakteru i uroku. Poza tym, mamy w "Ościach" do czynienia z wielkomiejską klasą średnią i inteligencją w jednym. To wybuchowa mieszanka, której efekty znacznie przewyższają oczekiwania, szczególnie, że na kartach powieści duża część granic obyczajowych zostaje zatarta.
Podsumowując, "Ości" Karpowicza nie są łatwą powieścią. To raczej wielowymiarowy majstersztyk, który delikatnie grając czytelnikowi na emocjach, pokazuje do jakiego stopnia jednostka kreuje swój świat. Wydaje mi się również, że jest to coś w rodzaju lewackiej pieśni przyszłości. I nie mówię tego z wyrzutem, sama jestem lewakiem. Karpowicz pokazuje nam możliwości tworzenia mechanizmów więzi międzyludzkich i ewentualne wyrzeczenia, na które trzeba się zgodzić, aby ów organizm quasi-rodzinny utrzymać. Jednak nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy taki konstrukt jest w stanie funkcjonować miesiąc, rok, czy przez lata. Pozostaje nam śnić, że każdy może dojść do porozumienia z innymi, tworząc dla siebie miejsce do życia wśród innych. I, co chyba najważniejsze, Karpowicz nie przedstawia nam swojej wizji ani w czarnych barwach, ani w formie wykładu, ale z humorem. "Ości", pomimo głębokich i skłaniających do przemyśleń o naszym społeczeństwie treści, czyta się z przyjemnością. Polecam z całego serca i przypuszczam, że znajdziecie w nich dziesiątki sensów i motywów, o których nie udało mi się tu wspomnieć. 

sobota, 19 listopada 2016

Nie każda książka musi uczyć, niektóre, po prostu, bawią - o "Wampirze z M-3" A.Pilipiuka

A.Pilipiuk, "Wampir z M-3", Fabryka słów, 2014

Niczego się z tej książki nie nauczycie... No, chyba, że macie naście lat, nigdy nie zdarzyło Wam się oglądać klasyków komedii z czasów PRL, a Wasi nauczyciele od historii i języka polskiego mają tak wielkie zaległości, że nie wymsknęło im się słówko o tym, co w kraju działo się po II wojnie światowej. Wtedy, być może dowiecie się czegoś, czego jeszcze nie wiedzieliście o realiach poprzedniego ustroju. Ale nie martwcie się, ta książka nie służy do nauki, głębszych refleksji czy rozliczeń z Polską Ludową. "Wampir z M-3" Pilipiuka to czysta rozrywka, kilka lekkich opowiastek o tym, jak radzić sobie będąc absurdem w absurdalnym wręcz kraju. I, wbrew pozorom, cieszę się, że tę książkę poznałam i to właśnie w postaci audiobooka. Bo dzięki niej mogłam przemierzać zalane deszczem ulice z szerokim uśmiechem na twarzy.
"Wampir z M-3" Andrzeja Pilipiuka to zbiór opowiadań o wampirach z warszawskiej Pragi, które nie tylko muszą zmagać się z własną nadnaturalnością i problemami z nią związanymi, ale również z ustrojem państwa i jego władzami ze specjalnym, zajmującym się walką z zabobonem, Wydziałem Z na czele. I trzeba przyznać, że tym rodzimym wampirom z Polski Ludowej bardzo daleko do wzorów znanych z innych książek. Zamiast idola współczesnych nastolatek, Edwarda Cullena (z którego Pilipiuk nie raz i nie dwa bezlitośnie drwi) mamy ślusarza Marka, wiecznego robola, od ponad stu lat na stanowisku, spawacza i komunistę Igora, nowo przemienioną wampirzycę Gosię, będącą córką ważnej szychy partyjnej, domorosłego profesora biologii i hrabiego pamiętającego jeszcze czasy sprzed rozbiorów. Do bohaterów często dołączają również inne istoty nadnaturalne, od mumii przez zombie do wilkołaków. Spodziewać można się wszystkiego, przede wszystkim gry ze stereotypami, zabawy postaciami z fantastycznej mitologii i literatury i lekko nostalgicznej drwiny z poprzedniego systemu.
Z góry mówię, że nie jest to książka idealna. Język momentami kuleje, można znaleźć tam, na przykład, takie kwiatki jak "cofnąć się do tyłu", jednak całość, przynajmniej w wersji audio, nie razi. Sam PRL też wydaje się zanadto spłaszczony i przypuszczam, że ci, którzy choć odrobinę go pamiętają, z pewnością to zauważą. W końcu to, co dla mnie jest złożonym z absurdów tłem wydarzeń, dla ludzi w wieku trzydzieści plus jest rzeczywistością, w której żyli i którą w mniejszym lub większym stopniu pamiętają. Sam zbiór opowiadań wydaje się być adresowany wyłącznie albo w dużym stopniu do osób, które zorientowane w literaturze fantasy i nurtach popkultury, wyrastających wokół niej, Bez takiej wiedzy część motywów wydaje się niezrozumiała. Śmiem przypuszczać, że brak minimalnej choć znajomości realiów poprzedniego ustroju, też może utrudniać odbiór.
Nie zmienia to jednak faktu, że "Wampira z M-3" słuchało mi się bardzo dobrze. I to nie tylko ze względu na lektora, Macieja Kowalika, z którym spotkałam się po raz pierwszy. Jego głos sprawił na mnie bardzo dobre wrażenie, a postaci z książki, w szczególności Gosia, miały swój odrębny wymiar i charakter, na który sposób odczytywania ich kwestii wpłynął bardzo znacząco. Jednak "Wampir z M-3" Pilipiuka to przede wszystkim kilka historii przepełnionych humorem i gamą nadnaturalnie naturalnych postaci, których nie da się nie lubić. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam tej książki za wybitną. Ale kiedy za oknem ciemno i mokro, a nastrój, tak jak temperatura, zbliża się do zera, warto zapoznać się z czymś, co wywołuje uśmiech na twarzy. Osobiście, zamiast marnych amerykańskich komedii i jeszcze słabszych polskich kabaretów, wolę posłuchać/poczytać Pilipiuka. I właśnie w celu obcowania z kilkunastoma krótkimi, acz zabawnymi historiami, polecam Wam tę książkę.
I jeszcze jedno, bo nie mogę się powstrzymać. Kilka tygodni temu czytałam wywiad z profesorem Głowińskim, którego głównie przesłanie mówi o tym, że język obecnych władz państwowych bazuje na tych samych mechanizmach, co propaganda PRL.1) Po wysłuchaniu stylizacji językowych Pilipiuka muszę się z tą tezą zgodzić. Dobrze chociaż, że PO, Niemcy czy Rosja nie zrzucają nam stonki na pola, jak zwykli to ponoć robić przedstawiciele amerykańskiego imperializmu.
1) Książki. Magazyn do czytania, nr 3/2016, s. 64-67.