Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadrabiamy noblistów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nadrabiamy noblistów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 marca 2017

Norweski klasyk, czyli "Głód" Knuta Hamsuna

K.Hamsun, "Głód", przełożył F.Mirandola, Wydawnictwo Poznańskie, 1974.
Przyznam się bez bicia, że książkę Knuta Hamsuna przeczytałam przez Knausgårda czy też dzięki Knausgårdowi. Bowiem mój pisarski idol w "Mojej walce" bardzo często nawiązywał do twórczości norweskiego noblisty, zachwycając się "Głodem" minimum kilka razy w każdym tomie. Nie miałam wyjścia - musiałam sama zapoznać się z tą lekturą.
"Głód" to historia młodego mężczyzny z Christianii (dzisiejszego Oslo), który zarabia na życie pisaniem tekstów do gazet. Pod koniec XIX wieku wydaje się to być jeszcze bardziej nieopłacalne niż dzisiaj, więc główny bohater często wydaje ostatnie ore, a następnie włóczy się po ulicach, próbując zapomnieć o pustym żołądku. Oczywiście stara się też znaleźć jakiekolwiek źródło gotówki. Największym jego problemem jest jednak to, że nie potrafi zaakceptować swojej sytuacji przez co zdobyte pieniądze nigdy nie starczają mu na długo.
Podczas czytania "Głodu" po głowie chodziła mi jedna myśl - to prawie Dostojewski, ale "prawie" robi tutaj wielką różnicę. Okazuje się, że nie było to tylko wrażenie - Hamsun pisał swoją powieść będąc zafascynowanym "Zbrodnią i karą". Zaowocowało to podobieństwami w treści. Jednak, o ile powieść norweskiego pisarza może być uznana za bardzo dobrą, kiedy patrzymy na nią z ogólnej perspektywy, w porównaniu z arcydziełem Dostojewskiego, wypada średnio. Porusza podobne wątki, bohaterowie mają takie same ideały, ale "Głód" zdaje się być jedynie wycinkiem historii. Nie zmienia to jednak faktu, że czytało się go z przejmującą przyjemnością. Losy człowieka, który stara się zachować resztki człowieczeństwa, godności i honoru w sytuacji niepozwalającej na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych, są przejmujące. Jego wewnętrzne zmagania i konflikty, choć trudno je sobie wyobrazić, przesuwają granice człowieczeństwa. Co bowiem można zrobić, żeby zaspokoić głód? Utrzymać dach nad głową? Jak bardzo można dać się upokorzyć dla garści drobniaków? I jak długo można żywić nadzieję, że jeszcze będzie lepiej? Bohater "Głodu" ma szczęście. Kiedy dochodzi do granicy człowieczeństwa coś lub ktoś ratuje go z opresji. Nie potrafi jednak tego uszanować, zdaje się być pozbawiony rozsądku i umiejętności planowania, przez co bywa dla czytelnika zwyczajnie irytujący. I choć wiem, że współczesnemu Europejczykowi trudno wczuć się w sytuację ludzi umierających z głodu, historia przedstawiona w powieści Hamsuna jest zatrważająco autentyczna.
"Głód" nie jest łatwą powieścią, ale jak niemal każda książka, która przetrwała swoje czasy, warta jest przeczytania. Co prawda, to nie Dostojewski, ale ile utworów może pozytywnie przejść przez porównanie z ideałem? A "Głodowi", będącemu debiutem Hamsuna, prawie się to udało. Polecam.

wtorek, 24 stycznia 2017

O różnych obliczach upokorzeń - "Hańba" Johna Maxwella Coetzee

J.M.Coetzee, "Hańba", tłumaczenie M.Kłobukowski, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2001.

Po dłuższej przerwie wracam do nadrabiania noblistów. Coetzee otrzymał tę nagrodę w 2003 roku, czyli w czasach, kiedy bliżej mi było do "Harry'ego Pottera" niż do ambitnej literatury światowej. Dlatego przyznaję, że na listę pisarzy, których należy poznać, wpisałam go dopiero pod koniec zeszłego roku. To był dobry wybór. Napisana w 1999 roku "Hańba" nagrodzona została również Nagrodą Bookera. I muszę przyznać, że na to zasłużyła.
"Hańba" opowiada o losach Davida Luriego, zafascynowanego twórczością Wordswortha i Byrona profesora uniwersyteckiego z Kapsztadu. Sfrustrowany, zagubiony i samotny wykładowca wdaje się w osobliwy romans ze swoją studentką. Kiedy wieść o tej relacji trafia zarówno do władz uczelni jak i do prasy, Lurie traci pracę i możliwość powrotu na jakikolwiek uniwersytet. Przeprowadza się na wieś, do swojej córki - Lucy, która jest lesbijką i samotnie prowadzi niewielką farmę. Jednak nawet tam nie może znaleźć spokoju. Ze względu na urazy z czasów apartheidu społeczności białych i czarnych nie potrafi się dogadać. Lurie i Lucy zostają napadnięci we własnym domu, a dziewczyna pada ofiarą gwałtu. Po tym incydencie oboje muszą odnaleźć się w świecie, w którym oprawcy mogą być ich sąsiadami.
Trudno w kilku słowach opowiedzieć o książce, która przedstawia świat w tak wielu wymiarach. Szczególnie bez dokładnej znajomości tła społeczno-historycznego. Jednak "Hańba" jest powieścią na tyle uniwersalną, iż nawet czytelnikowi niezaznajomionemu z dziejami RPA, oferuje dużą porcję literatury na najwyższym poziomie. "Hańba" porusza bardzo wiele tematów i zręcznie je ze sobą łączy: kryzys wieku średniego, relacje rodzinne, konsekwencje drobnych miłostek, uleganie instynktom, życie w świecie po apartheidzie, zakłamanie, samotność, poświęcenie, ochrona zwierząt i okrucieństwo wobec nich, bieda, humanitaryzm... Mogłabym jeszcze długo wymieniać. Zaskakujące jest to, że część z tych zagadnień podjęto jakoś mimochodem lub przy użyciu niedopowiedzeń. Jakby autor specjalnie unikał zakazanych słów. Nie stroni jednak od trudnych ocen i opisów okrucieństwa. I robi to w doskonałym, acz prostym stylu. W "Hańbie" nie znajdziemy kwiecistego języka i barwnych porównań. Wydarzenia i emocje podane są nam w postaci zwięzłych, obrazowych i precyzyjnych zdań, które wywierają na czytelniku bardzo dobre wrażenie i nie pozwalają się oderwać. Kiedy Lurie siedzi zamknięty w łazience i nie wie, co dzieje się z jego córką, cierpimy razem z nim. Tak samo, jak wraz z głównym bohaterem, mamy ochotę rzucić się na skromną studentkę, nieświadomą uczuć, które wywołuje.. Najciekawsza w książce jest jednak tytułowa hańba i jej przeróżne wymiary. Hańbą jest bowiem okryty profesor, uwodzący własną podopieczną - wykorzystał jej uległość i zależność, a świat dowiedział się o wszystkim. Musi za to zapłacić. Ten sam rodzaj niesławy towarzyszy jego córce po brutalnym zgwałceniu przez mężczyzn, którzy napadli jej dom i zabrali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Mimo że ofiara nie zgłasza najgorszego policji, jej pohańbienie i tak wyjdzie na jaw i to w postaci dziecka. Jednak czy te dwie hańby mają ze sobą cokolwiek wspólnego? Czy można przyrównywać coś, czemu winni jesteśmy sobie sami do ataku na niewinną, spokojną dziewczynę, której jedynym przewinieniem jest nieprzystający do okolicy kolor skóry i brak męża, mogącego sprawować nad nią pieczę? Hańba, jej źródła i wymowność to problemy, o których można mówić godzinami. Książka Coetzeego jest doskonałą podwaliną do takiej dyskusji.
O "Hańbie" mogłabym jeszcze pisać i pisać, i pisać. Mam wrażenie, że dogłębna analiza tej powieści starczyłaby na całkiem długą magisterkę. Widocznie Nobli i Bookerów nie rozdają za nic. A tak na serio - dawno nie spotkałam książki, która poruszałaby w dojrzały sposób taką ilość ważnych tematów, będąc jednocześnie dziełem czytanym z czystą przyjemnością. Mogę polecić ją wszystkim, a przynajmniej tym lubującym się w literaturze zmuszającej do refleksji i uczącej nas sztuki życia poprzez nie do końca pozytywne przykłady. To powieść, którą naprawdę warto znać!

wtorek, 20 grudnia 2016

Miasto jest takie, jak jego mieszkańcy - o "Dziwnej myśli w mej głowie" Orhana Pamuka

O.Pamuk, "Dziwna myśl w mej głowie", tłumaczenie P.Kawulok, Wydawnictwo Literackie 2015.

Orhana Pamuka nie trzeba nikomu przedstawiać. W końcu pisarz, który zdobywa Nobla, na stałe wpisuje się w świadomość miłośników literatury. "Dziwna myśl w mej głowie" to książka napisana przez Turka już po otrzymaniu wspomnianej nagrody. Tworzona przez sześć lat opowieść o Stambule i jego mieszkańcach, nie tylko wprowadza nas w tajniki miejskiego życia, ale także prezentuje zwyczaje i sposób na życie wielopokoleniowej rodziny z kraju odległego od Polski, zarówno geograficznie, jak i kulturowo.
"Dziwna myśl w mej głowie" opowiada historię Melvuta, ulicznego sprzedawcy buzy i jogurtu, którego powolne i spokojne życie okazuje się bogatsze niż wskazują na to pozory. Fabuła nie jest jednak prezentowana linearnie. Na samym początku dowiadujemy się o wydarzeniu determinującym całą przyszłość młodego wówczas Turka. Melvut przez dwa lata spędzone w wojsku pisał listy miłosne do dziewczyny, której przelotnie spojrzał w oczy na weselu kuzyna. Po zakończeniu służby, z powodu braku funduszy umożliwiających oficjalne ubieganie się o rękę ukochanej, postanawia ją porwać i wziąć z nią potajemny ślub. Kiedy wraz z wybranką biegnie przez ciemną wieś, orientuje się, że to nie ta, którą niegdyś pokochał, ale jej mniej atrakcyjna siostra. Niestety, nie ma już wyjścia. Ta pomyłka ciągnie się za Melvutem przez całe życie. Nie zmienia to jednak faktu, że ten prosty, na wskroś uczciwy człowiek, kocha swoją żonę i potrafi odnaleźć szczęście w codzienności, mimo biedy i tygla wydarzeń, na które nie ma wpływu. Trwamy z bohaterem od momentu zakończenia szkoły podstawowej i przeprowadzki do Stambułu do wczesnej starości. Przeżywamy nie tylko wzloty i upadki tego naiwnego sprzedawcy buzy, ale poznajemy także historię jego rodziny i przyjaciół, którzy zarówno przewijają się na kartach powieści, jak i mają również swój głos. 
To nie jest powieść dla tych, którzy pragną wartkiej, pełnej zwrotów, akcji. Fabuła posuwa się powoli, jak życie głównego bohatera. I tak jak ono jest przepełniona optymizmem. Ponieważ narrator, wraz z Melvutem starają się odnaleźć radość w prostocie życia. Nie myślcie jednak, że Pamuk podarował nam prostą książeczkę w stylu Coehlo. To dużo wyższa liga. Przede wszystkim, muszę zwrócić uwagę na niecodzienne opisy miasta. Stambuł starzeje się razem z bohaterami. Kiedy Melvut się tam przeprowadza, metropolia ma trzy miliony mieszkańców. Pod koniec książki jest ich ponad cztery razy więcej. Budynki ze zbudowanych z pustaków chatek, zmieniają się w wielkie bloki, a ulice, niegdyś przyjazne i bezpieczne, stają się zatłoczonymi ponad miarę, wrogimi miejscami. Tę ewolucję podkreśla piękny język Pamuka, opisującego miasto widziane oczami ulicznego sprzedawcy. 
Wydarzenia dotyczące rodziny Melvuta są dużo bardziej skomplikowane. Mamy tu do czynienia z dwoma rodzinami, które wżeniają się w siebie nawzajem, co jeszcze bardziej gmatwa wzajemne relacje. A te, na samym początku zostają zniszczone przez niesprawiedliwość pomiędzy braćmi - ojcem i wujem Melvuta, niepotrafiącymi się dogadać w sprawie ziemi. Konflikt ten ciągnie się za rodziną przez lata, przeszkadzając w osiągnięciu porozumienia w jakiejkolwiek sprawie bez odwoływania się do dawnych zatargów. A te wzmagają różnice finansowe, polityczne, religijne i światopoglądowe. W kulturze, w której rodzina jest dużo ważniejsza od przyjaciół i znajomych, sytuacja ta zdaje się ciążyć każdemu, a w świecie, traktującym wyolbrzymione pojęcie honoru stanowczo zbyt poważnie, rozdmuchuje niesnaski do maksimum. Trudno nie wspomnieć o zdeterminowanej religią i kulturą tragicznej sytuacji kobiet. Choć Melvut jest dla swojej przypadkowej żony dobrym mężem, zdaje się nie zauważać, ile pracy wkłada ona w zajmowanie się domem i pomoc w jego zajęciach. Tyle, że główny bohater zdaje się aniołem w porównaniu do innych mężczyzn, traktujących swoje małżonki jak służące całej rodziny, maltretujących je i zabraniających im wychodzić z domu. Mam wrażenie, że "Dziwna myśl w mej głowie" poprzez przedstawienie historii życia i relacji rodzinnych normalnego, przeciętnego człowieka staje się przewodnikiem po Turcji dnia codziennego. Takiej, jakiej nie pokazują programy telewizyjne i książki podróżnicze.
"Dziwna myśl w mej głowie" nie jest powieścią dla każdego. Ponieważ nie wszyscy lubują się w powolnej akcji i historiach dotyczących niepozornego, małego życia. Ta książka ma jednak swój urok. I choć na wskroś uczciwy główny bohater wydaje się albo skrajnie naiwny albo odrobinę nierealny, powieść ma w sobie tyle smaku i spokojnego uroku, że warto przymknąć na to oko. Symbioza życia ludzkiego i tętniącego energią miasta wydaje się być przepięknym, wręcz magicznym połączeniem. A fakt, że całą historię spisano mistrzowskim językiem, tylko dodaje powieści kunsztu. Polecam!

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zrozumieć nieodkryte - "Lituma w Andach" Mario Vargasa Llosy

M.Vargas Llosa, "Lituma w Andach", tłumaczenie W.Charchalis, Wydawnictwo Znak 2009.
Zanim sięgnęłam po "Litumę w Andach", znałam tylko jedną powieść Mario Vargasa Llosy - "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki". Jej akcja ma miejsce głównie w Europie i tylko momentami przenosi się do Peru i Japonii. Jednak tym razem spotkałam się z na wskroś peruwiańskim utworem tego noblisty. Opisuje on świat, przynajmniej dla mnie, kompletnie nieznany i zmusza czytelników do, chociażby pobieżnego, zapoznania się z historią Peru.
Głównym bohaterem książki, jak wskazuje sam tytuł, jest Lituma - kapral oddelegowany do służby na posterunku policji w Naccos. Razem z podwładnym - Tomasito mają mieć na oku budowę lokalnej drogi. Misja, choć pozornie prosta, jest śmiertelnie niebezpieczna - wszędzie wokół szaleją bojówki Świetlistego Szlaku. Jakby tego było mało - w okolicy bez śladu znika trzech mężczyzn i należy rozpocząć śledztwo, utrudniane przez lokalnych mieszkańców, którzy za bardzo wierzą w duchy gór, by przyznać, że za zaginięcia może odpowiadać człowiek. Litumie i Tomasito nie pozostaje nic ponad próby uzyskania jakichkolwiek informacji od miejscowych i czekanie na śmierć, która może zjawić się w każdej chwili w postaci terrorystów. Umilają sobie pełne nerwów noce opowieścią o Mercedes, kobiecie o wątpliwej reputacji, w której zakochał się Tomasito, tracąc przy tym zdrowy rozsądek.
Mario Vargas Llosa uświadamia czytelnikom, że nie wiedzą wiele, o życiu w Andach i tamtejszej ludności. Tak samo, zresztą, jak pochodzący z Piury główny bohater, który ma nawet problemy z porozumieniem się z mówiącymi w keczua Indianami. Lecz do wniknięcia w ten świat, nie wystarczy poznanie języka. Trzeba przedrzeć się przez zasłonę wierzeń i przesądów, zaskarbić sobie zaufanie miejscowych i zrozumieć świat, w którym w najbrutalniejszy ze sposobów rządzą terroryści. 
Wierzenia, przesłaniające warstwę realną powieści, nadają jej jednocześnie oniryczny rys, charakterystyczny dla twórczości pisarzy południowoamerykańskich. Wydaje mi się, że dużą rolę odgrywają tu nie tylko monstra i tajemnicze obrzędy, ale i język. O ile same duchy gór, czy niepojęte postaci, ni to ludzie, ni to demony, żywiące się ludzkim tłuszczem, są niezwykle przerażające, o tyle najbardziej zatrważa, zarówno Indian Keczua, jak i czytelnika to, że mogą one kryć się w każdym wokół, przyjmując ludzką postać. Jednak największej tajemniczości, przynajmniej z mojej, polskiej perspektywy, nadaje im język. Tłumacz, Wojciech Charchalis, z wyboru lub niewystarczalności polszczyzny, nazwy duchów pozostawia w oryginale. Nie mi rozsądzać czy po hiszpańsku czy w keczua, bo o ile w pierwszym z tych języków znam może dziesięć wyrażeń, o  tyle o istnieniu drugiego do niedawna nie miałam pojęcia. W tych słowach kryje się jednak jakieś zaklęcie, groźba stojąca nad światem, niezrozumiała jak jej nazwa. Lecz najsmutniejsze jest to, jak świat lokalnych wierzeń, uznawanych poza Andami za zabobon, może rzutować na życie ludzi. W końcu, jeśli rozpoznamy w kimś demona, należy go unicestwić, nawet jeśli mordowany zarzeka się, że jest człowiekiem. A duchom gór nie zawsze wystarczają ofiary z roślin i zwierząt...
Dużo bardziej brutalny jest jednak wątek dotyczący Świetlistego Szlaku. Powieść przeplatana jest scenami, w których różni ludzie, mniej lub bardziej świadomi zagrożenia, wpadają w ręce terrorystów. Mogą oni zatrzymać każdy autobus w poszukiwaniu policjanta, wojskowego, polityka, uczonego czy turysty - sługusów reżimowej władzy, których należy ukarać śmiercią, często poprzez ukamienowanie, bo po co marnować cenne kule, kiedy i tak ma się przewagę. Jednak to, co peruwiańscy maoiści robią własnymi rękoma jest niczym wobec tego, do czego potrafią doprowadzić ludzi. Zdarza im się bowiem wpaść do jakiejś wioski, zabić legalne władze i podburzać lud do wzajemnego oskarżania się. Niepotrzebne są dowody, wystarczy pomówienie i zgoda większości. Potem następuje egzekucja, a zmanipulowani i przerażeni chłopi do końca życia będą musieli patrzeć w oczy sąsiadom, którym zabili członka rodziny. Vargas Llosa uświadamia nam, że terroryści to nie tylko Al-Kaida, ISIS czy Hamas. I choć Świetlisty Szlak, niemal dwadzieścia lat po wydaniu przez noblistę "Litumy w Andach" został w większości rozbity, nasza świadomość dotycząca tego, co dzieje się w Ameryce Południowej, jest w większości przypadków, przerażająco mała. 
Kolejnym przykładem na to, jak może szerzyć się bezprawie jest historia Tomasita i jego ukochanej Mercedes. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, aby nie zepsuć nikomu lektury, ale wystarczy wspomnieć, chociażby, o powiązaniach policji z mafią narkotykową. Zatrważające jest także podejście niektórych mężczyzn do kobiet. Zdaje sobie sprawę z tego, że w Peru patriarchat ma się dużo lepiej niż w Europie, która o równouprawnienie walczy nieco dłużej, jednak stwierdzenia o tym, że mężczyzna może czasami uderzyć partnerkę, żeby się lepiej zabawić, będzie krzywdzące zawsze i wszędzie.
Podsumowując, "Lituma w Andach" to książka poruszająca wiele wątków i tak, jak wieści napis na okładce, jest to z pewnością najbardziej peruwiańska powieść Mario Vargasa Llosy. I dobrze. Ponieważ poznawanie świata, do tej pory całkowicie nieznanego i zmuszanie czytelnika do poszerzania horyzontów jest ważną funkcją literatury. Choć przyznam, że powieść ta ma w sobie wątki kryminalne, poszukiwanie trzech zaginionych, nie jest tu priorytetem. Dużo bardziej istotne zdaje się ukazanie świata w jednej z jego najbrutalniejszych form, a także uświadomienie nam do czego  może być zdolny człowiek ze względu na to, w co wierzy. Bo choć Indianie Keczua i bojownicy Świetlistego Szlaku to zupełnie inni ludzie, łączy ich jedno - dla swoich idei dopuszczają się czynów nieludzkich. 
Nie pozwolę sobie na recenzowanie tej powieści - jak już kiedyś wspominałam, są pisarze, którzy wzbili się na taki poziom, że ja, jako skromna czytelniczka, z potrzeby serca naciskająca rytmicznie klawisze laptopa, nie mam prawa ich oceniać. Mogę jedynie polecić. Bo chociaż "Lituma w Andach" nie jest najłatwiejszą książką Mario Vargasa Llosy to warto ją przeczytać, żeby otworzyć oczy. Niecałe trzysta stron tekstu to około pięciu-sześciu godzin lektury. Czy jesteście gotowi je poświęcić, żeby przekonać się, do czego jest zdolny człowiek? I jak wygląda świat, w którym prawa chce dyktować niemal każdy, przez co z samowolą nie za bardzo trzeba się kryć?

poniedziałek, 28 listopada 2016

Krótkie historie o ulotnej codzienności - o "Przyjaciółce z młodości" Alice Munro

A.Munro, "Przyjaciółka z młodości", tłumaczenie A.Kuc, Wydawnictwo Literackie, 2013.
Za książkę Alice Munro sięgnęłam w ramach mojej prywatnej i nigdzie nie rozgłaszanej akcji "Nadrabiamy noblistów". Jej założenie jest bardzo proste - uznaję, że Akademia Szwedzka jest mądrzejsza ode mnie i, skoro nagrodziła kogoś najważniejszą w świecie literatury nagrodą, to istnieje niezmiernie wysokie prawdopodobieństwo, że ma rację i książki uhonorowanych autorów naprawdę są warte przeczytania. Można to też nazwać "pójściem na łatwiznę" albo wybieraniem bezpiecznych ścieżek na polu minowym decyzji czytelniczych. Ale spokojnie, nie samymi noblistami człowiek żyje, choć tym razem napiszę kilka słów o dziele laureatki tej nagrody.
Alice Munro to kanadyjska pisarka, specjalizująca się w krótkich formach. "Przyjaciółka z młodości", którą przyszło mi czytać, jest, jak większość dzieł tej autorki, zbiorem opowiadań. Mimo że każde z nich przedstawia inne zdarzenia, mają pewne wspólne elementy. Głównym z nich jest codzienność. Munro snuje historie, które nie są ani sensacyjne ani przerażające, lecz zwykłe, wyjęte z życia, powszednie. Mogłyby się przydarzyć każdemu, kogo dotyczyłoby dane miejsce, czas czy okoliczności. Takie opowieści, choć ułożone w bardziej prostacki sposób i osadzone w innym świecie, możemy usłyszeć nawet od sąsiadek w małych miasteczkach czy znudzonych sprzedawczyń w sklepie. Sama Munro wykorzystuje ten społeczny mechanizm, w części swoich historii, odnosząc się do lokalnych plotek i tego, jak jej bohaterów widzi opinia publiczna. Jednak tym, co sprawia, że te na wskroś zwykłe opowiadania zdają się mieć wyjątkowy, żeby nie powiedzieć magiczny charakter, jest język. Kanadyjka stroni od zbędnych ozdobników, pisze prosto, by trafiać bardziej do serca niż do wyobraźni, jej opowiadania mają niemal nieskazitelną kompozycję, pozwalającą ująć dużą część ludzkiego życia na około pięćdziesięciu stronach. Także stoicyzm, przebijający się w tekstach Munro, sprawia, że coś, co z innego punktu widzenia mogłoby być dramatem, jest jedynie doskonale wyważoną historią. I choć forma opowiadania wymusza na autorce zwięzłość, udaje jej się wplątać w treść, nadające całości dodatkowego smaku, szczegóły, powracające motywy lub przedmioty, które przyklejają się do bohaterów, ujawniając ich charakter. 
Proza Munro jest mistrzowska i naprawdę trudno jej cokolwiek zarzucić, lecz mnie nie zachwyciła. Mówi się, że Kanadyjka jest autorką literatury kobiecej. Dla mnie to bardzo krzywdzące określenie, w którego zakres można wsadzić wszystkie emocjonalne historie z paniami w rolach głównych, od dobrze napisanej literatury pięknej do harlequina. Kobiece jest wszystko to, co nie spodoba się wszystkim czytelnikom, ponieważ opisuje świat z perspektywy pozornie słabszej płci i, jakby tego było mało, odnosi się do uczuć w bardziej bezpośredni sposób. I nie chcę tej łatki prozie Munro przypinać, jednak coś z tyłu mojej głowy, każe mi to zrobić. Bo, choć przepadam za opisem piękna codzienności, twórczość Kanadyjki mnie nie przekonuje. Cały czas mam wrażenie, że jakaś cząstka tych historii jest przerażająco wręcz trywialna. I to w negatywnym znaczeniu tego słowa. Kiedy czytam opowiadania napisane przez noblistkę, chcę dać się porwać, wciągnąć do książkowej rzeczywistości, zauważyć coś wyjątkowego... A podczas lektury niektórych fragmentów utworów Munro, szczególnie tych odnoszących się do małomiasteczkowych plotek, czy postrzegania kogoś przez pryzmat opinii publicznej, miałam wrażenie, że zaraz stanie mi przed oczami ktoś w stylu Barbary Mostowiak z "M jak miłość", zwracającej się do męża: "Lucjan, słyszałeś co we wsi mówili?" Nie mam pojęcia, czy tak wyglądają dialogi w tym serialu, bo nie oglądałam go od ponad dekady, ale sama idea, pojawiająca się podczas spotkania z poważną literaturą, jest przerażająca.
Nie mam "Przyjaciółce z młodości" nic do zarzucenia. Munro zaserwowała czytelnikom dziesięć opowiadań o codzienności, napisanych pięknym językiem i obnażających zwykłe życie, nadających mu znaczenie. Cóż mam powiedzieć więcej? Wypada jedynie sparafrazować klasyka i zapytać, jak mnie nie zachwyca, jak ma zachwycać? I, choć to pewnie sprzeczne z wszelkimi zasadami kodeksu recenzenta (a istnieje taki?) mam zamiar polecić tę książkę. Ponieważ to jedne z najlepszych opowiadań, jakie zdarzyło mi się czytać. Nie mówię tego tylko dlatego, że uważam Akademię Szwedzką za mądrzejszą ode mnie. Po prostu, nie warto zniechęcać nikogo do dzieł mistrzyni w swoim gatunku tylko dlatego, że ja nie mam "tego czegoś" pozwalającego pokochać jej książki. Wszystkie polonistyczne mechanizmy wbijane mi przez pięć lat studiów do głowy, mówią, że "Przyjaciółka z młodości" Alice Munro dobrą książką jest. I niech tak zostanie. A ja posiedzę w kącie, jak krnąbrny uczeń, którego trudno przekonać. 

wtorek, 15 listopada 2016

"Śnieg" Orhana Pamuka, czyli powieść, która uświadomiła mi, że nie tak łatwo zrozumieć świat znany do tej pory jedynie z prasowych nagłówków

O.Pamuk, Śnieg, tłumaczenie A.Polat, Wydawnictwo Literackie, 2006.

"Śnieg" Orhana Pamuka to dla mnie nie tylko pierwsze spotkanie z tureckim noblistą, ale również jedna z nielicznych powieści z Bliskiego Wschodu, jakie miałam okazję czytać. A jako że do tej pory moja znajomość literatury z tamtego regionu ograniczała się jedynie do powieści izraelskich, "Śnieg" by dla mnie całkowitą nowością. Kiedy rozpoczynałam lekturę, jakiś głosik z tyłu głowy podpowiadał mi, że będę miała szansę na to, aby wykpić ten patriarchalny, chory świat, który nie może podporządkować się normom zachodu. Teraz już wiem, że to nie takie proste.
Powieść opowiada o Ka, poecie, który wiele lat wcześniej pod pretekstem represji politycznych wyemigrował do Niemiec, i po latach wraca do Turcji na pogrzeb matki. Postanawia pojechać do niedużego miasta Kars we wschodniej części kraju po to, aby zdobyć miłość niegdyś podziwianej kobiety. Zobowiązuje się również do napisania dwóch artykułów do ogólnokrajowej gazety. Jednego na temat samobójstw młodych dziewcząt, protestujących przeciwko konieczności zdejmowania chust na terenie szkoły i drugiego o wyborze nowego burmistrza. Wszystkim tym wydarzeniom towarzyszy śnieg, który zasypuje wszystkie drogi dojazdowe i odcina Kars od świata. Ka, zupełnie dla niego niespodziewanie i poniekąd przypadkiem, trafia w sam środek konfliktów religijno-politycznych, mikrorewolucji i machiny inwigilacyjnej. I właśnie tam, w Karsie, pomiędzy studentami, religijnymi fanatykami, przywódcami politycznymi, terrorystami i nacjonalistycznymi Kurdami, stara się odnaleźć dawno zagubione natchnienie.
Gdybym chciała nagiąć powieść Pamuka do wspomnianej wcześniej tezy, pewnie by mi się to udało. Mogłabym zacząć od tego, że w "Śniegu" pośród dziesiątek bohaterów tak naprawdę pojawiają się tylko cztery postacie kobiece. I każda z nich postrzegana jest przez pryzmat urody, poświęcenia dla religii lub jej odrzucenia, a przede wszystkim w kontekście mężczyzn, do których należy: ojców, mężów i kochanków. Mogłabym pokazać stosunek patriarchalnego świata do kobiet wschodniego świata. Weźmy chociażby taki cytat:
Ale to właśnie historie o samobójczyniach miały go nawiedzać do końca życia. I wcale nie uderzyła go w nich bieda, bezradność, brak wrażliwości na cudze cierpienie. Nie zszokowały go wieści o tym, że dziewczęta były bite. Nie przejął się, że były nieludzko traktowane przez swoich ojców, którzy nie pozwalali im nawet wyściubić nosa z domu. Nie zaskoczyły go też zazdrość mężów ani bezustanny brak pieniędzy. Tym, co przeraziło Ka najbardziej, był sposób, w jaki dziewczęta odbierały sobie życie: nagle bez ostrzeżenia, bez komentarza, w czasie zwykłych codziennych obowiązków.1)
I nie mam zamiaru twierdzić, że sytuacja kobiet w świecie muzułmańskim nie jest straszna. Przypuszczalnie jest jeszcze gorsza. Wystarczy zwrócić uwagę na wypowiedzi młodzieńców, uczących się w szkole koranicznej, opowiadających o wyidealizowanych ich oczami młodych kobietach, z którymi nigdy nie zamienili nawet słowa. Twierdzą na przykład, że religijna dziewczyna nie może oglądać serialu z całą rodziną, skoro w tym samym czasie może poświęcać się pracy lub modlitwie. Jednak tragiczna sytuacja kobiet nie jest tematem tej książki. Nawet nie wiem, czy autor w pełni zauważał, że to, co przedstawia tak bardzo odbiega od pożądanej, zachodniej wizji świata. A sam twierdził, że pisze z pozycji stambulskiego inteligenta, który z ortodoksyjną odmianą religii nie ma nic wspólnego.
Problemem Ka, jak i wszystkich innych bohaterów książki jest uwikłanie religijno-polityczno-etniczne wszystkich wydarzeń. Mam świadomość tego, że obecna sytuacja polityczna w Turcji daleko różni się od tej, która panowała w tym kraju na przełomie wieku XX i XXI, kiedy powstawała powieść Pamuka. Jednak owo uwikłanie chyba nigdy się nie skończy. Zwykły dialog staje się niemożliwy, ponieważ każda z grup najpierw wyrzuca winy innej, a następnie unosi się dumą. Nawet jeśli część mieszkańców chce dążyć do europejskich standardów, uświadamiają oni sobie, że w innych krajach (jako przykład podają Niemcy), są traktowani, jako ludzie drugiej kategorii. Druga część stwierdza, że nie chce być częścią Europy, ponieważ to całkowicie wyzuwa człowieka z jego kultury i religii. Nikt nie ma dobrej odpowiedzi i nie chce iść na kompromisy. Do tego trzeba dołożyć szerzący się terror i fakt, że tamtej część świata podjęcie nieodpowiedniej lub krzywdzącej dla którejś z grup decyzji, może skończyć się śmiercią. Jedni mężczyźni oburzają się na drugich, a tylko najsilniejszym kobietom udaje się dojść do głosu. I pada tam zdanie, które może nam pomóc zrozumieć sytuację muzułmańskich kobiet w Europie, trwających w tradycji okrywania głów, mimo że udało im wyzwolić z innych religijnych nakazów. Jedna z bohaterek zwraca uwagę na to, że kobiecie, której od dziecka wmawiano, że odkrywanie włosów jest czymś złym, grzesznym, wstydliwym, trudno z dnia na dzień zrzucić zasłonę. Ortodoksyjności trzeba wyzbywać się od dziecka. Jest duża szansa na to, że córki kobiet, które dzisiaj noszą hidżab, w następnym pokoleniu będą dumnie odsłaniać włosy. Tak jak kiedyś w córki chrześcijanek, noszących wyłącznie spódnice za kolana, zaczęły nosić minispódniczki. 
Ciekawa w powieści Pamuka jest również forma. Narrator i czytelnik nie przeżywają wszystkich wydarzeń razem z Ka, lecz podążają jego śladami po kilku latach od opisanych w książce wydarzeń. Dzięki temu, patrzymy na historię poety, od pewnego momentu wiedząc, jak się ona skończy. Ze skrawków cudzych wspomnień i zapisków głównego bohatera, staramy się stworzyć pełen obraz wydarzeń, które miały miejsce tamtej zimy w Karsie. Co wcale nie jest takie proste, jak może się wydawać, ponieważ poeta nie wszystko zapisał w swoim notatniku, a część jego czynów nie jest do końca znana.
"Śnieg" Orhana Pamuka to jedna z lepszych powieści, jakie ostatnio przeczytałam. Może właśnie dlatego, że uświadamia europejskiemu czytelnikowi, że tak naprawdę niewiele wie o świecie ludzi, których ocenia. Oczywiście, zdążyłam napisać jedynie o wyrywku z ponad pięciuset stron naprawdę dobrej książki. "Śnieg" to nie tylko historia polityczna, ale także opowieść o miłości i samotnym człowieku bez ojczyzny, który nigdzie nie może znaleźć swojego miejsca i nigdzie nie należy. To także powieść o mikroświecie, przedstawiającym czytelnikom powiązania i konflikty, istniejące również w skali makro. Gorąco polecam tym, którzy nie lubią zamykać się we własnej, dobrze znanej, enklawie.
1) O. Pamuk, Śnieg, Wydawnictwo Literackie 2006, str. 20. 

wtorek, 8 listopada 2016

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Varasa Llosy, czyli o tym, że romantyzm przeszedł do lamusa.

M.Vargas Llosa, "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", tłumaczenie M.Chrobak, Wydawnictwo Znak 2007
"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to moje pierwsze spotkanie z peruwiańskim noblistą, Mario Vargasem Llosą. Nie odważę się bezwstydnie zrecenzować tej książki, mądrzejsi ode mnie już dawno stwierdzili, że autor zasługuje na najwyższe wyróżnienie w świecie literatury. Wtrącę jednak kilka słów od siebie.
Czytając "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" poznajemy, opowiadaną za pomocą narracji pierwszoosobowej, historię Ricarda, który wiódłby spokojne i szczęśliwe życie, gdyby w wieku lat nastu nie zakochał się w "niegrzecznej dziewczynce". Przez niemal pół wieku kobieta pojawia się i znika z jego życia, za każdym razem zamieniając spokój Peruwiańczyka w gruzy. Ricardo, nie mogąc wyleczyć się z toksycznej miłości, pozwala kobiecie traktować się jak pewnik i raz za razem łamać swoje serce. Bez względu na to, w jakiej części świata oboje się znajdują, prędzej czy później jedno odnajduje drugie, doprowadzając do kolejnych zawirowań, powrotów i rozstań. 
Mimo że historia wydaje się banalna, wcale taka nie jest. Nawet jej pozorna, cykliczna powtarzalność, przyćmiona przez sporą ilość niespodziewanych zdarzeń, wcale nie nuży czytelnika. Choć zaskakiwanie odbiorców nie jest czymś, do czego powieść dąży. "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to opowiedziana przepięknym językiem historia jednego z ostatnich prawdziwych romantyków. Bowiem niegrzeczna dziewczynka i Ricardo prezentują dwie różne postawy. On - relikt przeszłości, wierzący w miłość, być może nawet na całe życie, potrafi prawić banały, gloryfikujące partnerkę, docenić jej kobiecość i czar, nie żąda od życia wiele, a jego jedynym marzeniem jest życie w Paryżu. Ona - wyrachowana manipulatorka, od słodkich słówek woli pieniądze, miłosne deklaracje ukochanego zwykła nazywać banałami rodem z telenoweli, łaknie skrajnych wrażeń i nie potrafi odnaleźć spełnienia w szczęśliwym życiu rodzinnym. "Niegrzeczna dziewczynka" zagubiona w swoich szelmostwach nie potrafi dostrzec, że nie tylko Ricardo jest śmiertelnie zadurzony w niej, ale i ona nie potrafi na długo o nim zapomnieć.
Rodzaj romantyzmu, jaki prezentuje Ricardo, dziś pozostaje aktualny jedynie w głowach marzycielek, które za młodu oglądały stanowczo zbyt dużo południowoamerykańskich telenowel przeplatanych amerykańskimi komediami romantycznymi. Współcześnie młode kobiety prędzej czy później muszą wyleczyć się z mitu księcia z bajki. Coraz więcej wśród nich (nas?) niegrzecznych dziewczynek, femme fatale, które dążą do wykalkulowanego wcześniej celu, jakim niekoniecznie są pieniądze czy mężczyzna. Być może pod wpływem zmian kulturowych, być może pod wpływem feminizmu, nie chcemy już być jedynie pięknymi kwiatami opiewanymi przez słodkie słówka dziesiątek absztyfikantów. Jednak "niegrzeczna dziewczynka" nigdy nie była współczesną feministką. Raczej kobietą, która wykorzystywała swoją niezwykłą urodę i przebiegłość, aby jednocześnie przeglądać się w oczach mężczyzn i czerpać z tego korzyści. Przypuszczam, że to kwestia metryki i temperamentu tej bohaterki, ponieważ, w dzisiejszych czasach, również jej postawa wydaje się anachroniczna. 
Jednak dla mnie esencją tej historii jest ból. Vargas Llosa pokazuje swoim czytelnikom, że nawet największe, najbardziej bezinteresowne uczucie jest naznaczone cierpieniem, choć jest ono zazwyczaj równoważone przez momenty totalnego szczęścia. Lecz Ricardo, w przeciwieństwie do typowego bohatera romantycznego, nie uważa, że życie bez ukochanej jest tak tragiczne, że należy je od razu zakończyć. Co prawda, raz postanawia popełnić samobójstwo, ale robi to w afekcie i, kiedy tylko zostaje powstrzymany, sam nie rozumie swoich zamiarów. Historia przedstawiona w powieści, pokazując czytelnikowi powszechność codziennych tragedii i bólu, przede wszystkim ukazuje nam nadzieję w dwóch postaciach. Pierwszą jest czas, który, bez względu na to, jak banalnie to brzmi, leczy rany. Natomiast drugą są ludzie wokół nas. Nawet jeśli tracimy jednych pojawiają się drudzy, życie trwa, kręci się i nie zawsze jest złe, czasami po prostu nijakie lub dobre.
"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to cudowna opowieść, o której nawet, na dobre, nie zaczęłam pisać. Bogactwo wątków i możliwości ich odczytywania sprawia, że każdy może znaleźć fragment, który go zainteresuje. Szczególnie, że na kartach powieści Ricardo dzieli się z czytelnikiem bezlikiem swoich uczuć i przemyśleń. Naprawdę warto przeczytać tę pięknie napisaną historię.
A co do Mario Vargasa Llosy... - na pewno zapoznam się jeszcze nie jedną jego powieścią.