czwartek, 29 grudnia 2016

"Pasażer 23" Sebastiana Fitzka, czyli kryminał tak nudny, że chcesz się utopić.

S.Fitzek, "Pasażer 23", tłumaczenie B.Tarnas, Wydawnictwo Amber, 2016.
Często zdarza mi się wybierać audiobooki na chybił trafił. Ma to swoje dobre strony, ponieważ nierzadko udaje mi się odnaleźć nowych, ciekawych autorów, o których wcześniej nie wiedziałam absolutnie nic. Niestety, od czasu do czasu trafiam również na książki niewarte poznania. A jako, że audiobooki są drogie, ze skrzywioną miną wysłuchuję ich do samego końca, przysypiając nad zlewem podczas zmywania naczyń. "Pasażer 23" Sebastiana Fitzka był właśnie takim ślepym trafem. Jednak tym razem chybiłam.
Fabuła zapowiada się całkiem zachęcająco. Martin Schwarz, policjant pracujący pod przykrywką, pięć lat temu stracił żonę i synka. Według oficjalnych informacji kobieta popełniła samobójstwo na statku pasażerskim, wcześniej wyrzucając dziecko za burtę. Po tym wydarzeniu, Schwarz nie boi się niczego i jest zdolny do złamania każdego regulaminu i przepisu, aby rozwiązać sprawę. Wszystko zmienia się, gdy na tym samym statku, na którym zginęła rodzina policjanta, znikąd pojawia się mała dziewczynka z misiem w ręce. Pluszak ten należał niegdyś do syna Martina. Wszyscy byli przekonani, że zabawka spadła wraz z dzieckiem w głębiny oceanu. Zrozpaczony ojciec wraca na statek i rozpoczyna śledztwo, łudząc się, że znajdzie jakiekolwiek ślady własnej rodziny.
Nie wierzcie jednak zachęcającym aspektom tej opowieści. Na pomyśle się kończy. Aby uzmysłowić Wam poziom nudy tej powieści, opowiem krótką historię z życia wziętą. Otóż, boję się latać. Po kilku latach częstego korzystania z samolotów, zdążyłam się przyzwyczaić do dyskomfortu unoszenia się w powietrzu, jednak start i lądowanie nadal są dla mnie ciężkimi, przepełnionymi nerwami, momentami. Podczas ostatniego lotu słuchałam audiobooka z powieścią Fitzka. Zasnęłam jeszcze przed startem, a obudziło mnie uderzenie samolotu o grunt na lotnisku docelowym. Dodam, że wcześniej w tym samym Airbusie nie mogłam zmrużyć oka nawet po trzydziestu godzinach bez snu. Właściwie żałuję, że na siłę skończyłam słuchać tego audiobooka, bo miałabym rozwiązanie na moje okołolotnicze problemy na najbliższe kilkanaście miesięcy. Wróćmy jednak do samej powieści. Muszę przyznać, że z językiem było całkiem nieźle. Nie zżymałam się zbyt często nad niefortunnymi sformułowaniami i irytującym brakiem synonimów. Być może dlatego, że nad "Pasażerem 23" nie mogłam się skupić na tyle długo, żeby takie błędy wychwycić. Jednak na tym zalety się kończą. Postaci są niemrawe, trudno rozróżnić jedną od drugiej. Wszyscy mówią dokładnie takim samym głosem, bez względu na płeć i wiek. Jedynie ponad osiemdziesięcioletnia staruszka, która zwabia Schwarza na statek zdaje się mieć odrobinę ikry, jednak jej występowanie ograniczono do minimum, robiąc z niej osobę zanadto schorowaną by działać. I choć w intrydze wszystko do siebie pasuje, to większość zdarzeń zdaje się być na wskroś przewidywalna, a przestoje między nimi są tak długie, że czytelnik zdąży zapomnieć, co starało się wzbudzać w nim emocje wcześniej. Jedyny wątek, który choć odrobinę mnie wciągnął skończył się, mniej więcej, w połowie powieści. Byłam przekonana, że to już prawie koniec, więc rozwiązywanie i niepotrzebne rozwlekanie kolejnych wątków, ciągnęło się dla mnie niemiłosiernie. Zastanawiające dla mnie jest to, jak można zmarnować taki potencjał? Same dane statystyczne dotyczące zaginięć na wycieczkowcach inspirują na tysiąc sposobów. A zamknięta przestrzeń, jaką jest statek, aż prosi się o pełen tajemniczych wydarzeń kryminał. Niestety, zamiast niego dostajemy kilka wątków, które nie należą do najbardziej dynamicznych, a i tak są spowalniane przez dość banalne rozwiązania i dwie klamry z historii, mających potencjał do rozwinięcia się w naprawdę ciekawe powieści. Chociaż te, pewnie też by się wlekły. 
W tym miejscu powinnam co nieco wspomnieć o lektorze - Piotrze Grabowskim, ale nie mam zdania na temat jego interpretacji. Powiem jedynie, że była na tyle przeźroczysta, że tydzień po wysłuchaniu książki, mimo szczerych wysiłków, nie potrafię sobie przypomnieć głosu lektora. To ewenement, ponieważ pamięć słuchową mam dobrą. Dopiero po małych poszukiwaniach i porównaniu z dubbingowym dorobkiem tego aktora muszę stwierdzić, że "Pasażer 23"nie jest jego najlepszą interpretacją.
Podsumowując, nie czytajcie tej książki. I tym bardziej jej nie słuchajcie, chyba, że potrzebujecie niefarmaceutycznych środków nasennych. Nie warto tracić czasu na rozrywkę, która nie porywa. Już lepiej sobie pospać, przynajmniej mniej się człowiek denerwuje. Ja mogę Was zapewnić, że od powieści Fitzka będę trzymać się z daleka. Tak jak od statków wycieczkowych. Bo "Pasażer 23" trochę je przypomina rejs na jednym z nich - długi i piekielnie nudny. 

niedziela, 25 grudnia 2016

Kilka słów o zmaganiach z rodziną, do której się nie pasuje - o "Portrecie trumiennym" Kuby Wojtaszczyka.

K.Wojtaszczyk, "Portret trumienny", Simple Publishing, 2014.
Kontynuuję moją przygodę z pakietem e-booków z BookRage. Tym razem padło na "Portret trumienny" Kuby Wojtaszczyka. Przyznam, że właśnie ze względu na tę pozycję zdecydowałam się na zakup całego zestawu. A zachęciła mnie inna powieść tego autora - "Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć", której akcja ma miejsce w środowisku poznańskich hipsterów. Jednak nie o tym mam pisać. Czas na kilka słów o "Portrecie trumiennym", będącym debiutem tego młodego pisarza. Powieść ta wydaje się aktualna w kontekście okołoświątecznym, kiedy duża część z nas zasiada z bliskimi przy jednym stole.
Niemal każdy ma w rodzinie osobę, za którą nie przepada, której nie rozumie, której światopogląd wydaje się skrajnie głupi, której chce się wykrzyczeć w twarz, że to, co robi i mówi, jest złe. Ten irytujący krewny czasami całkowicie nas ignoruje, a innym razem krytykuje nas na każdym kroku. Wiecie o kogo chodzi, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że cała najbliższa rodzina składa się niemal wyłącznie z takich osób. Główny bohater "Portretu trumiennego" zmaga się właśnie z taką sytuacją. Aleksander skończył historię sztuki, pracuje jako kurator w galerii, może uchodzić za hipstera, nie wierzy w Boga i jest gejem. Czy tradycyjna, polska rodzina może sobie wyobrazić gorsze połączenie? Chyba nie. Jednak nie tylko on zdaje się być rodzajem ekstremum. Jego starszy brat nie uznaje innej pracy niż ta z użyciem mięśni, szwagierka jest katechetką, która promuje tradycyjny model rodziny, gdzie dzieci jest czwórka i za każde przewinienie należy im się lanie paskiem wymierzane przez ojca. Matka cały czas załamuje ręce nad wyrodnym synem, mając nadzieję, że jeszcze się zmieni, a ojciec jest na granicy życia i śmierci po ciężkim zabiegu i jego aktywności ograniczają się do oglądania telewizji i wypytywania o przyjazd jedynej córki. Znajdzie się jeszcze kilka ciotek ze wsi, dla których liczą się głównie wspomnienia i stałość życia oraz kuzyni czy kuzynki, namawiający do celebrowania uroczystości rodzinnych przy pomocy tradycyjnej polskiej wódki z rozwodnionego spirytusu. Jakby tego było mało po domu biega trzech małych chłopców, niepotrafiących powstrzymać agresji przez dłużej niż pół godziny oraz osiemnastoletnia harcerka, której bliżej do cnotliwej panny z lat czterdziestych niż do współczesnej nastolatki. I owszem, możemy mówić, że nie ma rodzin idealnych i zawsze można spróbować się dogadać, jednak kiedy Aleks przyjeżdża do rodzinnego domu w małym miasteczku na urodziny matki, od samego początku atmosfera jest ciężka. Cel miał szczytny, ale wykonanie... I jak to się skończy? Przypuszczam, że części już się domyślacie, ale lepiej przeczytajcie sami.
"Portret trumienny" pisany jest w pierwszej osobie - całą historię i wszystkie postaci poznajemy z perspektywy Aleksandra, który w ironiczno-malkontencki sposób opowiada o swoich zmaganiach z poszczególnymi członkami rodziny. Nie ma tu miejsca na obiektywizm, każdy krewny jest beznadziejny, z jakiegoś powodu źle się Aleksowi kojarzy, a czas na szukanie pozytywów dawno się skończył. Subiektywizm sprawia, że nie do końca wiemy, co myśleć o bohaterach - być może dla siebie nawzajem i osób z zewnątrz są normalnymi, porządnymi ludźmi, krzywdzonymi przez opinię niepasującego do nich członka rodziny. Ok... Sama nie wierzę w to, co piszę. Opisy postaci, które serwuje nam główny bohater, mimo że nacechowane jego krzywdą i uprzedzeniem jednoznacznie wskazują na to, że mamy do czynienia ze stereotypowymi mieszkańcami małych miasteczek czy wsi. Przy czym sam stereotyp jest tu bardzo ważny, bo o ile dla młodego człowieka z wielkiego miasta, nawet pochodzącego z niewielkiej miejscowości, owo wyobrażenie uosabia zło wcielone, o tyle dla osoby zamieszkującej omawiane miejsca, nawet jeśli nie reprezentuje ona konkretnego wzorca, stereotyp, o którym mówimy, będzie sprawiał wrażenie, neutralnego lub odrobinę negatywnego. Przecież dobry Polak, katolik z porządnej rodziny  to nadal wzór życia dla wielu z nas. I choć bliższy jest mi wielkomiejski zgiełk, jestem w stanie zrozumieć, że istnieją osoby preferujące małomiasteczkowy model życia. Dużo większym problemem niż starcie dwóch odmiennych postaw w "Portrecie trumiennym" jest brak dialogu. Ponieważ można być tym, kim się chce tak długo, jak potrafi się rozmawiać z drugą stroną, nie traktuje się jej z góry i a priori nie uznaje za gorszą. W książce Wojtaszczyka wszyscy bohaterowie łamią tę zasadę, co prowadzi do nieustannego konfliktu, który ugrzązł w impasie. Brakuje woli. I ten brak może doprowadzić do tragedii. Jakby tego było mało, każda chęć walki zostaje szybko zarzucona przez pogląd, że w rodzinie trzeba przynajmniej próbować udawać, że wszystko jest w porządku. Prędzej czy później konflikt eskaluje i tylko od długości jego tłumienia zależy to, jak wielki będzie wybuch. Ponieważ to, co z początku zdaje się być jedynie wyobrażeniem, pewnego dnia może stać się rzeczywistością. 
"Portret trumienny" z pewnością nie jest najlepszą książka, jaką przeczytałam w życiu, ale uważam, że warto się z nią zapoznać. Choć historia oparta jest na konflikcie, przepełniona jest również humorem. Brawurowy język i opisy postaci sprawiły, że uśmiech nie schodził z moich ust. Co więcej, mam wrażenie, że to pozycja nie tylko dla hipsterów. Ich antagoniści też znajdą coś dla siebie. I nie chodzi tu tylko o ironię, ale również o możliwość bliższego poznania przeciwnika. "Portret trumienny" to całkiem ciekawa satyra na konflikty rodzinne, pokoleniowe i światopoglądowe. I choć przyznam, że mam słabość do tego typu książek, uważam, że tę warto przeczytać.

wtorek, 20 grudnia 2016

Miasto jest takie, jak jego mieszkańcy - o "Dziwnej myśli w mej głowie" Orhana Pamuka

O.Pamuk, "Dziwna myśl w mej głowie", tłumaczenie P.Kawulok, Wydawnictwo Literackie 2015.

Orhana Pamuka nie trzeba nikomu przedstawiać. W końcu pisarz, który zdobywa Nobla, na stałe wpisuje się w świadomość miłośników literatury. "Dziwna myśl w mej głowie" to książka napisana przez Turka już po otrzymaniu wspomnianej nagrody. Tworzona przez sześć lat opowieść o Stambule i jego mieszkańcach, nie tylko wprowadza nas w tajniki miejskiego życia, ale także prezentuje zwyczaje i sposób na życie wielopokoleniowej rodziny z kraju odległego od Polski, zarówno geograficznie, jak i kulturowo.
"Dziwna myśl w mej głowie" opowiada historię Melvuta, ulicznego sprzedawcy buzy i jogurtu, którego powolne i spokojne życie okazuje się bogatsze niż wskazują na to pozory. Fabuła nie jest jednak prezentowana linearnie. Na samym początku dowiadujemy się o wydarzeniu determinującym całą przyszłość młodego wówczas Turka. Melvut przez dwa lata spędzone w wojsku pisał listy miłosne do dziewczyny, której przelotnie spojrzał w oczy na weselu kuzyna. Po zakończeniu służby, z powodu braku funduszy umożliwiających oficjalne ubieganie się o rękę ukochanej, postanawia ją porwać i wziąć z nią potajemny ślub. Kiedy wraz z wybranką biegnie przez ciemną wieś, orientuje się, że to nie ta, którą niegdyś pokochał, ale jej mniej atrakcyjna siostra. Niestety, nie ma już wyjścia. Ta pomyłka ciągnie się za Melvutem przez całe życie. Nie zmienia to jednak faktu, że ten prosty, na wskroś uczciwy człowiek, kocha swoją żonę i potrafi odnaleźć szczęście w codzienności, mimo biedy i tygla wydarzeń, na które nie ma wpływu. Trwamy z bohaterem od momentu zakończenia szkoły podstawowej i przeprowadzki do Stambułu do wczesnej starości. Przeżywamy nie tylko wzloty i upadki tego naiwnego sprzedawcy buzy, ale poznajemy także historię jego rodziny i przyjaciół, którzy zarówno przewijają się na kartach powieści, jak i mają również swój głos. 
To nie jest powieść dla tych, którzy pragną wartkiej, pełnej zwrotów, akcji. Fabuła posuwa się powoli, jak życie głównego bohatera. I tak jak ono jest przepełniona optymizmem. Ponieważ narrator, wraz z Melvutem starają się odnaleźć radość w prostocie życia. Nie myślcie jednak, że Pamuk podarował nam prostą książeczkę w stylu Coehlo. To dużo wyższa liga. Przede wszystkim, muszę zwrócić uwagę na niecodzienne opisy miasta. Stambuł starzeje się razem z bohaterami. Kiedy Melvut się tam przeprowadza, metropolia ma trzy miliony mieszkańców. Pod koniec książki jest ich ponad cztery razy więcej. Budynki ze zbudowanych z pustaków chatek, zmieniają się w wielkie bloki, a ulice, niegdyś przyjazne i bezpieczne, stają się zatłoczonymi ponad miarę, wrogimi miejscami. Tę ewolucję podkreśla piękny język Pamuka, opisującego miasto widziane oczami ulicznego sprzedawcy. 
Wydarzenia dotyczące rodziny Melvuta są dużo bardziej skomplikowane. Mamy tu do czynienia z dwoma rodzinami, które wżeniają się w siebie nawzajem, co jeszcze bardziej gmatwa wzajemne relacje. A te, na samym początku zostają zniszczone przez niesprawiedliwość pomiędzy braćmi - ojcem i wujem Melvuta, niepotrafiącymi się dogadać w sprawie ziemi. Konflikt ten ciągnie się za rodziną przez lata, przeszkadzając w osiągnięciu porozumienia w jakiejkolwiek sprawie bez odwoływania się do dawnych zatargów. A te wzmagają różnice finansowe, polityczne, religijne i światopoglądowe. W kulturze, w której rodzina jest dużo ważniejsza od przyjaciół i znajomych, sytuacja ta zdaje się ciążyć każdemu, a w świecie, traktującym wyolbrzymione pojęcie honoru stanowczo zbyt poważnie, rozdmuchuje niesnaski do maksimum. Trudno nie wspomnieć o zdeterminowanej religią i kulturą tragicznej sytuacji kobiet. Choć Melvut jest dla swojej przypadkowej żony dobrym mężem, zdaje się nie zauważać, ile pracy wkłada ona w zajmowanie się domem i pomoc w jego zajęciach. Tyle, że główny bohater zdaje się aniołem w porównaniu do innych mężczyzn, traktujących swoje małżonki jak służące całej rodziny, maltretujących je i zabraniających im wychodzić z domu. Mam wrażenie, że "Dziwna myśl w mej głowie" poprzez przedstawienie historii życia i relacji rodzinnych normalnego, przeciętnego człowieka staje się przewodnikiem po Turcji dnia codziennego. Takiej, jakiej nie pokazują programy telewizyjne i książki podróżnicze.
"Dziwna myśl w mej głowie" nie jest powieścią dla każdego. Ponieważ nie wszyscy lubują się w powolnej akcji i historiach dotyczących niepozornego, małego życia. Ta książka ma jednak swój urok. I choć na wskroś uczciwy główny bohater wydaje się albo skrajnie naiwny albo odrobinę nierealny, powieść ma w sobie tyle smaku i spokojnego uroku, że warto przymknąć na to oko. Symbioza życia ludzkiego i tętniącego energią miasta wydaje się być przepięknym, wręcz magicznym połączeniem. A fakt, że całą historię spisano mistrzowskim językiem, tylko dodaje powieści kunsztu. Polecam!

niedziela, 18 grudnia 2016

Kilka dowodów na to, że literatura potrafi wyprzedzić historię - o "New romantic" Michała Zygmunta


M.Zygmunt, "New romantic", Korporacja Ha!art, 2007.
Na "New romantic" Michała Zygmunta trafiłam dzięki BookRage, serwisowi internetowemu, który zajmuje się sprzedawaniem pakietów e-booków za cenę zaproponowaną przez klienta. Przez ostatnie kilkanaście dni oferowali zestaw książek polskich pisarzy i dałam się skusić. Co prawda, za Kindla, którego dzielę z mężem, chwytam tylko wtedy, kiedy nie mam pod ręką już ani jednej papierowej książki, ale czego się nie robi dla dobrej literatury? Skusiłam się, wzięłam pierwszego z e-booków i przekonałam się, że napisanie jego recenzji, będzie bardzo trudne. Widocznie dobry tekst uzyskany niewielkim kosztem musi mieć jakieś wady.
"New romantic" to krótka, złożona z trzech opowiadań książka, wydana w 2007 roku. Sama data premiery jest znacząca w kontekście fabuły dwóch z trzech tekstów. Bowiem pisano je albo w czasach trudnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych, albo na początku kadencji Lecha Kaczyńskiego jako głowy państwa i rządów koalicji PiS - Samoobrona - LPR. Dlaczego to istotne? Cóż, postaram się Was wprowadzić. Pierwsze opowiadanie - "New romantic" dotyczy lewicowych rewolucjonistów. Studenci, starający się zrozumieć zwykłych, prostych ludzi, chcą za wszelką cenę doprowadzić do klęski prawicowych kandydatów w nadchodzących wyborach prezydenckich. Na początku zamierzają jedynie obrzucić ich cuchnącą substancją. Plan jednak ewoluuje i w ręce radykalnych aktywistów trafiają naładowane pistolety. Z kolei "Bądź sobą, wybierz Westerplatte" opowiada o rządach katolicko-prawicowej partii, prześladującej w imię swojej wiary homoseksualistów, lewicowców i innowierców. Na początku działaczy LGBT traktuje się jak opozycjonistów w czasach PRL, a potem usuwa się ich ze szkół i uniwersytetów. Dyskryminacja jednak eskaluje - władza stwarza obozy koncentracyjne, mające na celu zmianę orientacji seksualnej u przebywających w nich więźniów. Kiedy wieści o wydarzeniach w Polsce idą w świat, homoseksualiści z całego globu mobilizują się i wspomagają mniejszości podczas wojny domowej, wywołanej przez uciemiężonych Polaków. Trzecie opowiadanie pod tytułem "Strach" jest dużo bardziej kameralne. Narratorem jest szesnastolatek, starający się odnaleźć swoją tożsamość. Wbrew własnej woli staje się członkiem paczki młodocianego gangstera. W pewnym momencie orientuje się, że czuje do chłopaka coś więcej niż tylko przyjaźń.
Książka ma przerysowaną i ironiczną formę. Przy pomocy kilku charakterystycznych, acz stereotypowych bohaterów, przedstawia mechanizmy rewolucyjne i polityczne, formy ucisku, zaślepienie władzy. Opowiadania nie są jednoznaczne ideowo, nie można stwierdzić, z którą stroną identyfikuje się autor. Pokazuje nam jednak, że w kwestii polityki nikt nie jest dobry, a w obliczu władzy i ideologii, moralne wartości zamieniają się w mrzonkę. Ludzie mają to do siebie, że wierzą w propagandę i dopóki na własnej skórze nie odczują, że coś jest nie tak, nie chcą walczyć. Książka jest chaotyczna, ale w tym szaleństwie jest metoda. Bombardowani przez informacje, nieważne czy z prawej czy z lewej strony, czujemy się jak przed wyborami, kiedy odbijamy się od głośno krzyczących polityków i staramy się odnaleźć tego, kto albo wierzy w to, co mówi, albo opowiada najmniej kłamstw. Polityka, wyolbrzymiona do granic absurdu, jest jeszcze bardziej chaotyczna niż ta, z którą mamy do czynienia na co dzień. A bohaterowie, którzy wszystko co robią, czynią z wiary we własne poglądy, a nie ze zwykłego politycznego wyrachowania, sprawiają, że treść książki może przerażać. Strach wzbudza również to, że autor czerpie z historii. Wie, do czego zdolny jest człowiek, dążący do władzy lub chcący ją utrzymać. Dlatego też pokazuje, że nawet pozornie niegroźny rząd może wzorem Hitlera, zorganizować obozy koncentracyjne dla osób przekraczających normę "wzorowego obywatela", albo, idąc za przykładem UB zorganizować policję religijną, prześladującą opozycjonistów. 
Książkę przeczytałam dokładnie tydzień temu, ale czułam, że stworzenie tej recenzji będzie trudne, dlatego je odwlekałam. Nie wiedziałam, że po kilku dniach, rzeczywistość wywinie mi psikusa i uczyni pisanie jeszcze bardziej skomplikowanym. Tuż po publikacji "New romantic" było nazywane pierwszą książka antykaczyńską. I nie chodziło tu tylko o to, że w pierwszym z opowiadań ktoś strzela do Lecha Kaczyńskiego. Dużo dotkliwej krytykuje miłośników IV RP "Bądź sobą, wybierz Westerplatte". Kiedy czytałam to opowiadanie tydzień temu, musiałam stwierdzić, że autor przewidział to, co dzieje się od kilku miesięcy wokół nas: poszerzenie wpływów Kościoła, gloryfikowanie ugrupowań nacjonalistycznych, ingerencję w system edukacji, czy wykluczenie niektórych grup społecznych. Dziś, oglądając programy informacyjne, stwierdzam, że Michał Zygmunt napisał przerażający scenariusz, który w dużej części może zostać zrealizowany, jeśli nie da się utemperować buty rządzących.
"New romantic" to według mnie obowiązkowa pozycja dla tych, którzy w polityce porzucają racjonalność na rzecz wiary w ideologię czy partię. I choć książka ma w sobie coś z reductio ad absurdum, zdaje się być lekiem na nieświadomość zmanipulowanych tłumów. Pokazuje, że bez względu na to, czy mowa o prawicy, lewicy, czy centrum, władza czy chęć jej zdobycia, sprawia, że można zajść za daleko. A przede wszystkim jest dowodem na to, że warto słuchać pisarzy i czytać książki, ponieważ patrzą oni na otaczający nas świat z trochę innej perspektywy i mogą przewidzieć coś, co innym nie przyszło jeszcze do głowy. Polecam!

środa, 14 grudnia 2016

Punk nie umarł, ale zagubił się w polityce - o drugim tomie "Vernona Subutexa" Virgine Despentes

V.Despentes, "Vernon Subutex. Tom 2", tłumaczenie J.Giszczak, Wydawnictwo Otwarte 2016.

Czy istnieje lepszy moment na pisanie recenzji punkowo-politycznej powieści niż ten tuż po powrocie z antyrządowej demonstracji? Być może. Nie zmienia to jednak faktu, że buntowniczy duch nadal się we mnie tli i pozwala trochę inaczej spojrzeć na drugi tom "Vernona Subutexa" Virginie Despentes. W pierwszej części trylogii od razu się zakochałam, tak samo jak w samej autorce - surowej, zadziornej punkówie w koszulce Motorhead i z papierosem w dłoni. Lecz kontynuacja losów mojego ukochanego bohatera to już nie to samo.
Vernona Subutexa pożegnaliśmy, gdy w gorączce przemierzał ulice, niedługo po bójce z udziałem jego dawnego przyjaciela Xaviera i atakujących ich neonazistów. Tytułowy bohater nie miał już wtedy ani domu, ani znajomych, którzy byliby gotowi przygarnąć go na parę dni. A tajemnicze kasety z ostatnim wywiadem gwiazdy rocka - Alexa Bleacha, mogące w jakiś sposób zagwarantować Vernonowi przypływ gotówki, znajdowały się poza jego zasięgiem. W drugim tomie byłemu sprzedawcy płyt udaje się, co prawda, wyzdrowieć, ale nadal jest samotny i bezdomny. Nie przejmuje się tym zbytnio, głównie przesiaduje na swojej ulubionej ławce i od czasu do czasu zamienia słowo z kilkoma przypadkowymi znajomymi. Nie wie, że ci, którzy jeszcze niedawno nie chcieli go gościć u siebie w domu, postanowili zjednoczyć siły i go odnaleźć.
Drugi tom trylogii o Vernonie Subutexie to już nie galeria, mniej lub bardziej związanych ze sobą, postaci. Większość, jeśli nie wszystkich, już znamy. Teraz mamy szansę nie tylko ich zgłębić, ale i poznać ich losy w kontekście środowiskowym. Ponieważ Despentes rozszerza pole swoich obserwacji i spostrzeżeń. Nie mówi już tylko o Vernonie i łączących się z nim ludziach, ale diagnozuje całe społeczeństwo. Pisze zarówno o lewicy jak i o prawicy, opisuje perypetie dawnych punków, dla których liczyła się tylko muzyka, imigrantów, starających się odnaleźć złoty środek między kulturą kraju pochodzenia i zamieszkania, młodych konserwatystów, ślepo odrzucających wszystko to, co pozornie wydaje im się zagrożeniem. Najostrzej jednak autorka ocenia własne pokolenie, licznych przyjaciół Subutexa, którzy najpierw go porzucili, a teraz starają się go odnaleźć i zbudować dla niego nowy świat, uzurpując sobie w nim miejsce. Ukazuje ich jako ludzi niezdolnych do osiągnięcia dorosłości, mimo metryki, świadczącej o zaawansowanym wieku średnim. Choć nie wierzą oni już w te ideały, które były im bliskie dwadzieścia lat wcześniej, nadal szukają podobnego rodzaju wspólnoty, nawet, jeśli jej podwaliną będzie mrzonka. Tutaj pojawia się jednak problematyczna część książki. O ile polityczne i pokoleniowe diagnozy są niezwykle trafne i wciągające, tak jak życiowe rozterki bohaterów (ze szczególnym uwzględnieniem mistrzowskiej kreacji Hieny), o tyle rozwiązanie ich pozornych problemów wydaje się banalne. Despentes zdaje się podążać za oklepanym schematem z cyklu: zagubieni odnajdą światło, zjednoczą się i życie będzie piękne. Doprowadza go do granic absurdu, jednak nie przekracza ich na tyle, by nie brać tego wybiegu na poważnie. Pozostaje mi żywić nadzieję, że to, z czym zostawia nas autorka pod koniec drugiego tomu w trzecim albo wyewoluuje albo zamieni się w pył.
Podsumowując, drugi tom "Vernona Subutexa" nie rozczarowuje. Niestety też nie zachwyca. Choć mam wrażenie, że to preludium przed wielkim finałem. Łudzę się, że Despentes, jak na prawdziwą punkówę przystało, w ostatniej części trylogii rzuci czytelników na kolana kilkoma ostrymi kawałkami, a następnie roztrzaska im na głowach gitary z ostrych słów. Jeśli jednak mam być uczciwa, muszę przyznać, że książka "Vernon Subutex. Tom 2" nie trzyma poziomu poprzedniczki. Nie zmienia to jednak faktu, że to nadal kawał dobrej literatury, którą czyta się z czystą przyjemnością.

niedziela, 11 grudnia 2016

Co za dużo to niezdrowo, czyli o "Behawioryście" Remigiusza Mroza.

R.Mróz, "Behawiorysta", Wydawnictwo Filia, 2016.
Kto nie słyszał o książkach Remigiusza Mroza? Biorąc pod uwagę ich ilość i sposób promowania, trzeba być bardzo opornym na wiadomości o beletrystyce, żeby nie wiedzieć, że istnieje taki pan prawnik, który nazywa się Mróz i pisze książki w trybie hurtowym. Niestety, powieści, nawet te gatunkowe, thrillery czy kryminały, w produkcji masowej zaczynają tracić swoją iskrę. W jednym z programów na TVP Kultura słyszałam ostatnio, że wymaganie od pisarza, aby wydawał jedną pozycję rocznie jest sporym nadużyciem, ponieważ research, zbudowanie fabuły i postaci, a także samo napisanie powieści oraz późniejsze poprawki to żmudny proces, sprawiający, że efekt końcowy ma być niemal idealny. Ile powieści wydał Remigiusz Mróz w tym roku? Naliczyłam cztery od sierpnia... Na pytanie, czy w półtora miesiąca da się napisać dobrą książkę, odpowiedzcie sobie sami. Mimo tego powieści tego autora, od czasu do czasu, słucham podczas wykonywania różnego rodzaju czynności, ponieważ z jednej strony są lepszą rozrywką niż oglądanie telewizji, ale z drugiej nie potrafią mnie zaangażować na tyle, abym poświęciła im kilka godzin czytania. 
Tym razem moim audiobookiem był "Behawiorysta". Tytułowy bohater, Gerard, oczywiście przekracza zakres pojęciowy behawioryzmu i, po prostu, jest mistrzem w odczytywaniu ludzkich gestów. Popełnił w życiu kilka błędów, przez co stracił stanowisko w prokuratorze i obecne jego jedynym źródłem dochodu są nieliczne wykłady na pobliskim uniwersytecie. Razem z żoną i osiemnastoletnim synem mieszka w Opolu. Tam też zdarza się coś, co pozwala Gerardowi poczuć choć namiastkę pracy prokuratora. Na pobliskie przedszkole napada tajemniczy mężczyzna i bierze zakładników. Oprawca transmituje swoje przedsięwzięcie w internecie. Dawna podwładna Behawiorysty prosi go o pomoc w odczytaniu mowy ciała sprawcy. Złoczyńca nie ma jednak zamiaru skończyć na wzięciu zakładników. Po chwili daje internautom wybór - mają zdecydować, kto z jego więźniów umrze. 
Książka trzyma w napięciu. Do połowy, mniej więcej. Może do dwóch trzecich. Potem wszystko staje się albo jasne jak słońce, albo totalnie nieprzewidywalne i nieuzasadnione jak, chociażby, duża część zakończenia. I nie mam zamiaru zarzucać Mrozowi złego pomysłu. Uważam, że wykorzystanie dylematu wagonika było całkiem ciekawą innowacją. Autor opisał coś, co właściwie zna każdy i stworzył na tej kanwie powieść. Tylko tyle rzeczy poszło nie tak... Weźmy na początek koło hermeneutyczne, behawioryzm, czy wspomniany już przeze mnie wcześniej dylemat wagonika. Wiem, że nie każdy czytelnik Mroza skończył studia humanistyczne i nie każdy musi znać te trzy pojęcia, więc doskonale rozumiem, że należało je czytelnikom wytłumaczyć. Tylko jest wiele sposobów na informowanie swoich odbiorców. Można to zrobić normalnie i delikatnie, albo tak, żeby czytający poczuł się jak idiota oświecany przez wielkiego guru. Mróz wybrał ten drugi sposób, a w dodatku informacje przekazał bardzo pobieżnie. I nie chodzi o to, że czuję się źle, ponieważ ktoś musiał mi wyjaśnić coś, o czym doskonale wiem. Przeczytałam w życiu wiele książek i zdarzały mi się sytuacje, kiedy oświecano mnie w kwestiach, o jakich nie miałam najmniejszego pojęcia i w takich, o których mam sporą wiedzę. Nie dalej jak półtora tygodnia temu, Stefan Ahnhem tłumaczył mi na czym polega fenomen muzeum sztuki nowoczesnej, leżącego kilkaset metrów od mojego domu, odwiedzanego przeze mnie regularnie. Nie poczułam się tym dotknięta. W przypadku "Behawiorysty" było zgoła inaczej. Jeszcze większym zgrzytem było stwierdzenie, że studia prawnicze to jedna z najtrudniejszych dróg edukacji. Znam wielu doktorantów w dziedzinie fizyki na międzynarodowych uczelniach, absolwentów farmacji, medycyny, kierunków politechnicznych, a także trudnych studiów humanistycznych. Żaden z nich nie odważyłby się powiedzieć, a co dopiero napisać, że jego studia należą do najtrudniejszych. Widocznie trzeba być zadufanym w sobie absolwentem prawa, żeby człowiekowi mogło coś takiego przejść przez gardło (czy klawiaturę).
Problematyczni są również bohaterowie. O ile na początku ich konstrukcja wydaje się dobra, ale z biegiem akcji po prostu się sypie. Ma być ciekawie, a zamiast tego jedna z postaci łamie swoje zasady, jakby nic dla niej nie znaczyły, a złoczyńca odsłania się, dewaluując obraz ponoć niesamowitej inteligencji. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z ewolucją postaci i ich kontaktem z warunkami ekstremalnymi, wydaje mi się, że tak natychmiastowe odejście bohaterów od głównych cech ich charakterów, jest nienaturalne. Mam także wrażenie, że, powieści dobrze się słucha do momentu kilkuletniego przeskoku czasowego. Wtedy akcja zwalnia i dzieje się, jakby, za plecami czytelnika. Choć jest to fabularnie uzasadnione, uważam, że tego rodzaju książka powinna non stop wbijać mnie w krzesło i odebranie mi tej możliwości uznaje za znaczne niedociągnięcie.
Pozostaje kwestia lektora - Jacek Rozenek na pewno spisał się lepiej niż podczas mojego ostatniego spotkania z czytanymi przez niego książkami (nieszczęsny Harlan Coben), ale nadal nie jest idealnie. Mam wrażenie, że główny bohater powieści Mroza daje lektorowi specyficzne możliwości interpretacyjne, które nie zostały wykorzystane. "Behawiorysta" przedstawiony przez Rozenka był przeciętny, a wiem, że tego aktora stać na więcej. I zawsze pozostanie mi niedosyt, że tej książki Remigiusza Mroza, w przeciwieństwie do wielu poprzednich, nie czytało moje bożyszcze w świecie lektorów audiobooków - Krzysztof Gosztyła.
Podsumowując, jeśli nie czujecie się źle, kiedy ktoś tłumaczy Wam coś "jak krowie na rowie", przeczytajcie "Behawiorystę". Jeśli natomiast, tak jak ja, nie lubicie być traktowani z góry, chwyćcie za inną książkę, ponieważ ta, nawet jak na standardy prozy gatunkowej, do najlepszych nie należy. W posłowiu autor pisał, że chciał skasować tę powieść. Chyba bardziej z powodów moralnych niż estetycznych, Mróz stał się jednak komercyjną maszynką do hurtowego pisania książek. Wiadomo było, że nowy thriller czy też kryminał sygnowany jego nazwiskiem się sprzeda. Dlatego też możemy zapoznać się z "Behawiorystą", mimo że daleko mu do poczucia humoru zawartego w cyklu o Joannie Chyłce, czy do zwrotów akcji z trylogii o komisarzu Forście. Mróz mógłby lepiej, wystarczy zwolnić. I tego mu życzę. A co do "Behawiorysty" - to i tak jedna z najlepiej sprzedających się książek w ostatnim czasie. Czy ja jedna mogę z tym walczyć?

piątek, 9 grudnia 2016

Śląsk jest na wskroś męski - o "Drachu" Szczepana Twardocha

Sz.Twardoch, "Drach", Wydawnictwo Literackie, 2014.

O Szczepanie Twardochu co jakiś czas jest głośno. Czasami z powodu udziału w kampanii reklamowej Mercedesa, a dużo częściej z powodu książek, które pisze. Oczy większości skierowane są obecnie na wydanego w październiku "Króla", ja mam trochę zaległości i dopiero co przeczytałam "Dracha". I choć z poglądami głoszonymi przez autora w większości kwestii się nie zgadzam, muszę przyznać, że jego powieści, jak na przykład nagrodzona Paszportem Polityki "Morfina", trzymają całkiem niezły poziom. Choć tym razem, jest nieco gorzej...
Tytułowy "Drach" to w gwarze śląskiej smok. W powieści jest on także metaforą ziemi, trudno powiedzieć, czy pisanej z małej czy wielkiej litery, bo odpowiedź na pytanie, czy jest nią Śląsk, czy cały świat, nie pada. Drach to także narrator tej książki. Opowiada splątane losy wielopokoleniowej, śląskiej rodziny, ciągnące się od końca XIX do początku XXI wieku. Nie jest to jednak linearna opowieść, ponieważ dla Dracha czas zdaje się być niezauważalny. Współczesne historie mieszają się z tymi sprzed stu, czy osiemdziesięciu lat. Przez co dowiadujemy się, że są tylko dwa okresy w dziejach ludzkości: czas wojny i czas, kiedy jej nie ma.
Jeśli ktoś spodziewa się po "Drachu" wielkiej śląskiej epopei, to się przeliczy. O samym regionie i jego historii czegoś nowego może nauczyć się jedynie laik. Choć samej śląskości w powieści nie brakuje. Objawia się ona, chociażby, w języku. Polski miesza się tutaj z niemieckim i gwarą śląską, zarówno w jej współczesnej, jak i starej, wasserpolskiej odmianie. Dodam, że książka nie posiada przypisów. Jednak, wbrew pozorom, nie sprawia to wielkich problemów. Choć gwarę śląską znam tylko z telewizji i filmów, a mój niemiecki po skończeniu obowiązkowej nauki w szkole stał się niemal zupełnie bierny, nie musiałam sięgać do słownika, czy szukać tłumaczeń w internecie. Bardziej może odstraszać nierówność tej powieści. O ile wątki związane z protoplastą rodu, Josefem Magnorem, są spisane po mistrzowsku, o tyle historia jego współczesnego potomka, Nikodema, zakrawa na ckliwy melodramat. I choć można dopuścić się interpretacji, w której jego życie, pozbawione większych utrudnień ze strony historii, ma być opozycją dla nękanych konfliktami zbrojnymi przodków, nadal uważam, że nieobarczony koniecznością działania i zmagania się z dziejami żywot, można przedstawić w mniej płytki sposób. Trauma wojny jest bowiem czymś, kształtującym człowieka na zawsze, nawet jeśli za wszelką cenę usiłuje się od niej uwolnić (o czym świadczy przypadek Josefa Magnora, czy jego synowej Geli, która podczas ataków demencji ciągle wraca do wspomnień). Trudno też przestać się konfliktem zbrojnym fascynować. I nie chodzi mi tutaj o to, że w powieści Twardocha czas pokoju zdaje się przeciekać bohaterom przez palce, mknąc niczym oka mgnienie, ale o chorobliwy wręcz entuzjazm wobec broni. W "Drachu" każdy karabin ma swoją nazwę, powtarzaną wielokrotnie, z namaszczeniem. Na początku, jest to irytujące, po czasie, staje się przerażające. 
Niestety, wątki związane ze sprzętem militarnym, zdają się przytłaczać biologiczną wymowę książki. Bowiem "Drach" opowiada o połączeniu człowieka z naturą. Dowiadujemy się o tym, chociażby wtedy, gdy Josef Mangor w okopach pierwszej wojny, drążąc saperką w ziemi, rozgrzebuje również prochy swoich towarzysz z pułku, którzy w tym samym miejscu starali się przetrwać dwa lata wcześniej. Bo ludzkie szczątki nie są już ludźmi, stają się częścią ziemi, częścią Dracha, pozwalającego człowieczym masom chodzić po swoim grzbiecie i kopać w swoim ciele, podczas pracy w kopalniach. Ponieważ, jak na śląską powieść przystało, górnictwo także znajduje swoje miejsce na kartach powieści. Sam Śląsk w "Drachu" zdaje się być na pewien sposób autonomiczny. Kiedy chodzi o wojnę, ona sama jest istotą, nie to, po której stronie się walczyło, który kraj akurat w danym momencie dziejowym organizował pobór w regionie. Również granica staje się jedynie kilkoma słupkami, niedookreśloną liną, dzielącą w pewnym momencie spójny teren, zmuszając rodziny do przekraczania przejść granicznych podczas drogi do domu krewnych. Z "Dracha" wynoszę również wrażenie, że Śląsk jest na wskroś męski, ponieważ patriarchalne, naznaczone wojną, historie mają tutaj największe znaczenie, a kobieta po prostu musi sobie radzić. Staje się narzędziem, które powinno uginać się męskiej woli i nie szukać zemsty czy rozrywki. Nawet panienka z dobrego domu, kiedy oddaje swoje ciało mężczyznom w ramach kaprysu, powinna być wierna tylko jednemu, inaczej grozi jej śmierć. Kobieta, niechętnie patrząca na propozycję małżeństwa ze strony beznogiego weterana-alkoholika w ramach odwetu zostaje zgwałcona, a żołnierze... Cóż, oni mogą łamać niektóre prawa... I choć z czasem proporcje się wyrównują, widać wyraźnie, że na Śląsku rządzi mężczyzna, nawet wtedy, gdy o wojnach już dawno zapomniano.
"Dracha" warto przeczytać. To powieść, ukazująca za pomocą samego tylko języka szereg komplikacji w świecie, z którym zmagają się bohaterowie. Pokazuje specyficzny punkt widzenia, należący do mieszkańców kawałka ziemi, zbyt często zmieniającego swoją przynależność. Ślązacy z książki muszą na co dzień mierzyć się nie tylko z własnym życiem i czynami, ale i z historią, tradycją i powinnością. W moim mniemaniu autor, niczym chłopiec spragniony zabaw z bronią, nazbyt gloryfikuje wojnę i sposób, w jaki kształtuje ona ludzkie losy. Nie zmienia to jednak faktu, że "Drach" jest powieścią na wysokim poziomie, której udaje się wiele przekazać, i która pozwala się z sobą sprzeczać.