niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie roku, czyli o wszystkich książkach, których nie przeczytałam...

(Prawie) wszystkie książki, których nie przeczytałam w 2017 roku!

Trzydziesty pierwszy grudnia nieustannie zmusza nas do podsumowań. Padło także na mnie. Nie mam jednak zamiaru pisać o najlepszych i najgorszych książkach minionych 365 dni, bo wtedy wydałoby się, ile zaległych recenzji czeka na to, aż je łaskawie napiszę, albo choćby poprawię i opublikuję. Już sama deklaracja przeczytania stu czterech pozycji w kontekście osiemdziesięciu czterech wpisów wystarczająco mnie pogrąża. Dlatego też nie czuję się gotowa, by opowiadać o porywających lekturach zeszłego roku. Ważniejsze jest dla mnie w tej chwili to, czego nie przeczytałam. I długa lista odpowiedzi na pytanie: dlaczego?
Na zdjęciu znajduje się trzydzieści dziewięć pozycji. Powinno być czterdzieści, ale dopiero podczas układania książek z powrotem na półce zorientowałam się, że nie wyłożyłam "Ludzi na drzewach" Hanyi Yanagihary. A że jestem zbyt leniwa, by wielokrotnie urządzać sobie książkowy spacer farmera, pozostanę przy pierwszym zdjęciu. Trudno. Nie zmienia to faktu, że ta czterdziestka wzbudza we mnie poczucie winy. Bo przecież po to kupiłam/dostałam/pożyczyłam te książki, żeby je przeczytać. I choć samo zapełnianie półek sprawia mi radość, naprawdę wolałabym przekładać strony i przebiegać wzrokiem po kolejnych literach. Tylko czasu brak. A i pokusy targają mną stanowczo zbyt często.
Lista książek "do przeczytania" u każdego książkoholika ma długość przynajmniej kilku metrów. Tak jest też u mnie. Niestety, nie samą książką człowiek żyje, więc oszczędności szukam także na polu literackich wydatków. Dlatego też kiedy tylko widzę tomiszcza w promocji mój wzrok nagle z minus kilku dioptrii przestawia się na tryb sokoli. Wypatruje zdobyczy, dzielnie przeglądam biedronkowe stosy, a czerwone naklejki z napisem -70% jestem w stanie dostrzec z drugiej strony ulicy. Więcej -  nałogowo klikam we wszystkie informacje o promocjach w księgarniach internetowych i wiele razy w obliczu nagłych przebłysków rozsądku, zamykałam stronę, na której znajdował się wirtualny koszyk pełen interesujących mnie pozycji. Kiedy w Biedronce rzucili książki, które zdobyły nagrodę Nike specjalnie wstałam wcześniej i byłam gotowa rzucać się na nie niczym tłum na karpie w Lidlu. Niestety, albo stety, nie miałam konkurentów. Trudno się więc dziwić, że pozycji na półkach przybywa. Aczkolwiek nie kupuję aż tak dużo, żeby nie móc tych wszystkich pozycji przeczytać. Aż tak źle jeszcze ze mną nie jest. Jednak odpowiedzi na pytanie "dlaczego nie daję rady?" są jeszcze przynajmniej dwie.
Pierwszą jest biblioteka. Na początku roku, tuż po przeprowadzce, założyłam sobie kartę i wypożyczyłam kilka książek. Było to dobre wyjście, szczególnie, że większość mojej biblioteczki znajdowała się wtedy na terenie innego kraju. Nie wiedziałam jednak, że będzie to miało taki wpływ na moje opóźnienia w czytaniu. Schemat wygląda mniej więcej tak: najpierw obiecuję sobie, ze idę tylko oddać książki w terminie, a do wypożyczania wrócę dopiero wtedy, kiedy nadrobię domowe zaległości. I wszystko jest w porządku, do momentu, w którym wejdę do wypożyczalni. Wtedy czuję się jak Gollum na widok Pierścienia Władzy. Książki nawołują mnie tak silnie, że nie mogę zrobić nic - muszę za nimi podążyć. Na początku oszukuję się, że wejdę tylko po jeden z tomów serii, którą poczytuję od czasu do czasu, a potem nie umiem się już powstrzymać i zabieram sześć sztuk - maksymalną ilość, jaką mogę wypożyczyć. Nauczona tym doświadczeniem chodzę do biblioteki w dniu, w którym mija ostateczny termin zwrotu, jednak nie zmienia to faktu, że oferuje mi ona jakieś siedemdziesiąt dwie pozycje rocznie. Jeśli dodamy do tego jakieś pięćdziesiąt, które kupuje, kilka pożyczonych od znajomych i książki, które dostaje, nie mam szans wyjść na zero. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal chce dostawać książki. I to dużo!
Jednak największą winę za zaległości ponoszą moje humory. Nie chodzi już nawet o to, że potrafię czytać jedynie jedną książkę na raz i nie zawsze mam ochotę akurat na tę pozycję. Przyczyną jest fakt, że mimo iż mam na półce czterdzieści nieprzeczytanych publikacji ochotę mam akurat na tą, która patrzy na mnie z ekranu komórki, tabletu, czy komputera. Na mojej facebookowej ścianie dziewięćdziesiąt procent informacji dotyczy książek. Co chwila czytam cudze recenzje, informacje o nowościach i pozycjach, które z pewnością zmienią moje życie. Nie mam nic przeciwko. Tylko przez to często odkładam książki leżące już na półce na później. Albo obiecuję sobie, że następną pozycją, jaką przeczytam będzie jakaś ambitna powieść, a mam akurat ochotę na kryminał. Innym razem wiedząc, że czeka mnie ciężki tydzień planuje sięgnąć po książkę, którą można zakwalifikować jako guilty pleasure, a zamiast tego w niedzielę zaczytuje się w literaturze pięknej, a w poniedziałek jestem zbyt zmęczona, żeby zrozumieć z niej choć jedno zdanie. I nie mogę narzekać, bo sama się tak urządziłam.
Wśród książek, których nie przeczytałam w tym roku są zarówno ambitne pozycje jak i rozrywkowe powieści. Jest i literatura faktu i kryminał. Chyba nie ma romansów, ale tych nie tykam. Mam na półce czterdzieści książek, które w większości nie są złe i chciałbym mieć więcej czasu i sił, by je przeczytać. I właśnie tego, oprócz miejsca na półkach i całych stosów nowości życzę Wam w nowym, 2018 roku!

sobota, 30 grudnia 2017

O świecie, w którym Matka Polka zlewa się z Matką Boską, czyli "Rykoszetem - rzecz o płci, seksualności i narodzie" Agnieszki Graff

A.Graff, "Rykoszetem- rzecz o płci, seksualności i narodzie", Wydawnictwo W.A.B., 2008.

Mój mąż marudzi, kiedy piszę o feministycznych książkach. Niby nie ma nic przeciwko moim poglądom i, być może, po części je podziela, ale pisanie o feminizmie uznaje za zbyt kontrowersyjne. Po co zrażać do siebie czytelników pisząc o rzeczach, które nie są ani popularne ani nie służą przypodobaniu się większości? Po to, by pokazać, że coś z tym światem jest nie tak i należy to zmienić. Jedna połowa obywateli czuje się znacznie lepsza niż pozostałe pięćdziesiąt procent i zdaje się nawet nie zauważać, że tę drugą połowę uciska. Z tych samych powodów prawdopodobnie powstała książka Agnieszki Graff "Rykoszetem - rzecz o płci, seksualności i narodzie". Autorka porusza w niej wiele niewygodnych, acz ważkich tematów, o których na co dzień większość z nas stara się zapomnieć. A nie powinniśmy.
"Rykoszetem - rzecz o płci, seksualności i narodzie" to zbiór różnorodnych tekstów, często felietonów czy esejów nawiązujących do bieżących polskich spraw ze szczególnym uwzględnieniem problemów równościowych. Te ostatnie tyczą się nie tylko dominującego patriarchatu, ale także dyskryminacji mniejszości seksualnych czy postrzegania świata przez pryzmat jednej religii. Jako, że książka wydana została w 2008 roku, większość tekstów opowiada o Polsce rządzonej przez koalicję PiS, Samoobrona, LPR, która w zaskakująco dużej ilości przypadków przypomina obecną polityczną rzeczywistość w wersji light.
"Polska jest kobietą". To krytykowane przez Graff hasło Partii Kobiet pozwala na głębsze przyjrzenie się samej retoryce książki. Bowiem w "Rykoszetem" autorka prezentuje prostą tezę - mówiąc o feminizmie cały czas używamy patriarchalnego języka. Hasło "Polska jest kobietą" właśnie do tego się odwołuje - kobieta staje się w jego kontekście Matką Boską, Matką Polką, rodzicielką, opiekunką, patronką, cichą służącą i potulną kochanką. Nie taki wizerunek kobiety chcemy widzieć. Jesteśmy silne, niezależne, zaradne i mamy własne zdanie. Jednak kiedy mówimy o tym, że "Polska jest kobietą" nikt z nas nie myśli o wojowniczce, bizneswoman czy profesorce. Właśnie myślenia wydartego spod patriarchalnego jarzma dotyczy ta książka. A to generuje różnorodne problemy. Bowiem patrzenie na świat męskim okiem odbija się rykoszetem na całej naszej rzeczywistości. Graff zauważa objawy tego zjawiska. W polityce, życiu codziennym, prasie... I na tych bardzo obrazowych przykładach pokazuje, że nasz świat nie jest wspólny, ale malowany pędzlem trzymanym przez konserwatywnych, katolickich mężczyzn. Dyskurs, z którym stykamy się na co dzień jest mieszaniną pogardy i strachu. Mężczyźni u władzy od lat starają się robić wszystko, by stworzyć świat, w którym kobiety są służącymi i matkami. Istotami podrzędnymi wykonującymi ciągle tę samą, określoną w pismach mających kilka tysięcy lat, rolę. Jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, jak wielka jest kobieca siła. Nie bez powodu tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej rodzime tygodniki zalały publikacje o roli kobiety i mężczyzny. Równość, jaką miała symbolizować UE, przerażała. Tylko ze względu na ów strach kobietom udaje się jeszcze walczyć. Przykładem, choć nieco świeższym, jest czarny protest i fakt, że choć na chwilę powstrzymał rządzących przed zmianą i tak szkodliwego kompromisu aborcyjnego na bardziej restrykcyjne, podporządkowane chorej ideologii przepisy. Ów rykoszet nierówności rani nie tylko kobiety, ale i inne mniejszości. Wszystkich, którzy nie mieszczą się w normie. Nie spełniają wymagań. I mimo że walczą, cały czas są lekceważeni, ponieważ język większości nawet nie zauważa ich istnienia.
Trudno rozwodzić się tu nad wszystkimi tematami poruszanymi przez Agnieszkę Graff. Są nie tylko liczne, ale i trafne. I choć opowiadają o czasach sprzed kilkunastu lat, są nad wyraz aktualne, co wydaje się niezwykle smutne w kontekście postępu, jaki powinien nastąpić. Jednak teksty takie jak "Rykoszetem - rzecz o płci, seksualności i narodzie" pokazują nam, co jest w naszym świecie nie tak i co warto w Polsce zmienić. A każda taka wskazówka jest na wagę złota.

czwartek, 28 grudnia 2017

Prawda już nas nie przeraża, czyli "Mężczyzna w białych butach" Waldemara Ciszaka i Michała Larka

W.Ciszak, M.Larek, "Mężczyzna w białych butach", Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016.

"Mężczyzna w białych butach" zaintrygował mnie już w zeszłym roku podczas przeglądania zapowiedzi wydawniczych. Bowiem swoista hybryda powieści i kryminału już sama w sobie wzbudza ciekawość. A jeśli dodamy do tego autorów: Waldemara Ciszaka, który przez wiele lat pracował jako prokurator i poznańskie śledztwa powinien znać od podszewki oraz Michała Larka - wykładowcę akademickiego, który podczas zajęć opowiada studentom polonistyki o tym, jak powinna wyglądać dobrze skonstruowana fabuła, możemy oczekiwać majstersztyku. A jako, że zabierałam się za tę książkę bardzo długo, moje oczekiwania rosły.
Książka duetu Ciszak i Larek opowiada o głośniej na całą Polskę sprawie dusiciela grasującego w okolicach wielkomiejskich blokowisk. Części swoich zbrodni mężczyzna dokonał w Poznaniu, na ratajskich osiedlach, dlatego też sprawą zajęła się wielkopolska policja. Ofiarami byli nastoletni chłopcy, których mężczyzna zwabiał do ich własnych domów, a następnie dusił. W "Mężczyźnie w białych butach" poznajemy historię tych przestępstw z kilku perspektyw - ofiar, prowadzących śledztwo, prasy czy samego zabójcy.
Gdyby słowo "paradokument" nie było nacechowane negatywnie tak nazwałabym tę książkę. Nie chcę jednak, by ktoś z czytelników na jej widok usłyszał w głowie melodię z "Trudnych spraw". "Mężczyzna w białych butach", mimo pozornej chaotyczności, jest bowiem dobrze napisaną historią, opisującą wir prawdziwych wydarzeń. Ów chaos wprowadzają przeskoki fabularne pomiędzy prowadzącymi śledztwo, mordercą, ofiarą czy artykułami prasowymi. Wydaje się jednak, że jest to dobrze przemyślany mechanizm - dzięki niemu sami plączemy się w wirze wydarzeń, w którym tkwili śledczy i udziela nam się panika wstrząsająca poznańskimi osiedlami. W czasach, gdy rodzice nie byli taksówkarzami swoich pociech, a większość dzieci chodzących do szkół podstawowych spacerowała z kluczem na szyi, pojawienie się obcego mężczyzny, który polował na chłopców było źródłem niewyobrażalnego strachu dla setek tysięcy mieszkańców. W końcu przykazywanie dziecku, by nie rozmawiało z obcymi i nie wpuszczało nikogo do domu to jedyne, co można było zrobić. Tę panikę i bezradność przeciętnych ludzi można bez problemu odnaleźć na kartach książki. I stanowi ona ciekawy kontrapunkt dla opisu pracy policyjnej, który oscyluje pomiędzy skodyfikowanym językiem raportów, a codzienną, pełną frustracji harówką funkcjonariuszy świadomych tego, że jeśli nie będą działać szybko, kolejny chłopiec może stracić życie. Sam fakt, że zbrodnia jest prawdziwa i ma miejsce w ciekawych, acz burzliwych czasach transformacji nadaje powieści dodatkowego, odrobinę dramatycznego rysu. 
Przepadam za książkami opartymi na faktach i cały czas dziwi mnie jak ludzie mogą dokonywać tak strasznych zbrodni. Jednak zauważam także, że morderstwa wymyślane przez przeróżnych autorów na potrzeby kryminałów stają się ostatnimi czasy tak potworne, że bez problemu są w stanie przyćmić te prawdziwe. W "Mężczyźnie w białych butach" efekt potworności czynów dusiciela kreowany jest poprzez zestawienie frustracji mordercy z relacjami jego ofiar. Jeśli pamiętamy o tym, że zbrodnie opisywane w książce miały miejsce naprawdę, otrzymamy efekt paraliżującej wręcz nienawiści do mordercy, który swoje polowanie zdaje się traktować jak każdą inną, normalną czynność. W tej specyficznej publikacji brakło mi tylko jednego - napięcia. W kryminale jest ono niezbędne, literatura faktu go nie wyklucza, nie wiem więc dlaczego w "Mężczyźnie w białych butach" jest go aż tak mało. Owszem, skoro cała historia oparta jest na faktach, od początku wiemy kto jest mordercą. Jednak miałam wrażenie, że czytając książkę jestem prowadzona po nitce do kłębka. Brakowało mi tych emocji sprawiających, że niemożliwym staje się odłożenie lektury na później.
Hybryda kryminału i powieści faktu to bardzo ciekawy pomysł. "Mężczyzna w białych butach" pokazuje, że jego realizacja może się udać. Książka duetu Ciszak i Larek zapadła mi w pamięć i przyznam, że cieszę się, że nie mieszkam już na poznańskich Ratajach, bo chyba nie umiałabym chodzić po tej dzielnicy bez oglądania się za siebie. Niech to będzie najlepsza reklama dla tej opowieści.

sobota, 9 grudnia 2017

Melancholijna opowieść o nieuchronności śmierci, czyli "Ślady" Jakuba Małeckiego

J.Małecki, "Ślady", Wydawnictwo Sine Qua Non, 2016.

Długo zwlekałam z sięgnięciem po książki Jakuba Małeckiego. Większość recenzji, obok wychwalania piękna dzieł tego pisarza, wspominała o melancholii wydobywającej się z kart jego powieści. Trochę się jej obawiałam. Po lekturze muszę jednak stwierdzić, że "Ślady" Małeckiego to doskonały przykład na to jak pięknie opowiadać o rzeczach smutnych i nieuchronnych.
"Ślady" są jednocześnie powieścią i zbiorem swoistych miniatur. Bowiem każdy ich rozdział opowiada inną historię. Bohaterów łączy jednak wspólny przodek, Tadeusz, którego cząstka zdaje się tkwić w każdym z nich, nadając im piętno inności czy też smutku. Kalejdoskop postaci i ich przenikających się życiorysów to zbiór niezwykle realistycznych historii o splątanych ludzkich losach.
Książka Małeckiego wzbudza zachwyt. Z jednej strony przedstawia ludzkie losy jako coś przeraźliwie zwykłego, z drugiej, przez drobne dziwactwa bohaterów, pokazuje wyjątkowość każdego żywota. I mimo pozornego smutku napawa optymizmem. Bowiem chwilowość i ulotność wszystkiego zdaje się wydawać nakaz wykorzystywania życiowych szans i poszukiwania szczęścia w drobnych przyjemnościach. Najciekawsze jest jednak piętno ciążące na bohaterach, których losy do pewnego stopnia się przenikają. Każdy z nich jest w jakiś sposób inny, nie spełnia norm społecznych., wyłamuje się ze schematu. Są wśród nich prawdziwe wyrzutki jak szalony Chwaścior zapatrzony w prostotę własnego życia i niezdolny do działań wychodzących poza niezbędne minimum czy Eugenia, która za wszelką cenę odsuwa od siebie myśl o śmierci najbliższych i zaczyna chować zwierzęta przejechane przy drodze, będącej także miejscem ostatnich chwil jej rodziny. Jest też odnosząca sukcesy w czasach Polski Ludowej modelka Bożena, która w pogoni za karierą utraciła możliwość ułożenia sobie życia prywatnego. Wszystkie te życiorysy, a jest ich całkiem sporo, w specyficzny sposób się splatają, przez co pustka będąca ich wspólnym mianownikiem jeszcze bardziej rzuca się w oczy. Bowiem wszyscy bohaterowie zdają się żyć połowicznie, nie wykorzystują swojego potencjału i trwają przez lata w życiowej hibernacji, podczas której wypełniają minimum społecznych wymagań i nic więcej. Potem umierają. "Ślady" są  pewnego rodzaju przestrogą - zdają się sugerować, że każdy ma w sobie coś wyjątkowego, jednak łatwo tę oryginalność zaprzepaścić przez zwykłą codzienną rutynę i bierność. Nie można liczyć na to, że życie poda nam niezwykłe przeżycia na tacy. Wręcz przeciwnie. Dlatego też przesypianie danych nam lat jest największym błędem, jaki możemy popełnić. Ponadto historie bohaterów są napisane w sposób fragmentaryczny, pokazując, że jedynie niektóre momenty naszego życia są naprawdę czegoś warte. Podkreśla to także oniryczny charakter opowieści, pozwalający nam na obserwowanie bohaterów z ciekawej, ponadczasowej perspektywy.
"Ślady" to przepiękna opowieść o ludzkim życiu, zarówno w tym pięknym jak i przyziemnym wymiarze. Tytułowe ślady zdają się trwać w nas, jesteśmy powiem naznaczeni pamięcią swoich przodków, ale i my zostawiamy swoje ślady kolejnym pokoleniom. Biorąc pod uwagę smutny koniec większości z historii przedstawionych w książce, można to postrzegać jako namiastkę optymizmu. I choćby dla niego, jak i dla całej przepięknej warstwy artystycznej, warto przeczytać książkę Jakuba Małeckiego.

niedziela, 3 grudnia 2017

Cokolwiek by się nie działo, jesteśmy zwierzętami, czyli o "Wojnie płci" Paula Seabrighta

P.Seabright, "Wojna płci", tłumaczenie J.Ochab, Wydawnictwo Agora, 2014.

Wiele z naszych zachowań często tłumaczymy biologią. "Kobiety takie są", "To jest facet, nie potrafi inaczej" - ile razy słyszeliśmy tego rodzaju zdania? Ewolucyjne postrzeganie płci tkwi głęboko nie tylko w naszych głowach, ale i w naszych genach. O tym, jak ewolucja wpływa na zachowanie kobiet i mężczyzn i na ile udaje nam się uwolnić od wpływu genów napisał w swojej książce, o znaczącym tytule "Wojna płci", Paul Seabright. 
Ewolucja i antropologia mają ze sobą wiele wspólnego. Paul Seabright w swojej książce opisuje z skomplikowane relacje, jakie splatały kobiety i mężczyzn przez wieki i podkreśla to, co mogło je wykształcić. Pokazuje także to, co łączy nas w kwestii płci ze zwierzętami, a czego nauczyliśmy się, poniekąd, samodzielnie. Opowiada on o tysiącach lat rywalizacji płci, z których każda ma na koncie wiele błędów i nadużyć. 
Co dobrego mogę powiedzieć o tej książce? Cóż, jest całkiem przystępnie napisana. Choć sam Seabraight jest ekonomistą, a tematy poruszane w tej powieści to głównie antropologia i biologia, jego opowieści, dzięki przystępnemu językowi i obrazowym przykładom, wzbudzają ciekawość w czytelniku i nie wydają się zbyt skomplikowane. I na tym wyczerpują się zalety tej książki. Nie chodzi nawet o to, że się Seabrightem nie zgadzam. Owszem, mamy w sobie wiele ze zwierząt - to pokłosie ewolucji i prawdopodobnie nikomu z nas nie uda się całkowicie tej zwierzęcości wyzbyć. To dzięki niej działają nasze instynkty związane z przetrwaniem. Jednak twierdzenie, że kobiety zarabiają mniej od mężczyzn bo w dawnych czasach mięso, będące efektem polowań, uznawane było za więcej warte niż jagody zbierane przez kobiety, jest znacznym nadużyciem. Owszem, można zauważyć pewne analogie, ale dziś dysproporcja płacowa dotyczy także przedstawicieli różnych płci na tych samych stanowiskach z identycznym rodzajem obowiązków. Poza tym całość wywodu autora postrzegam jako pewnego rodzaju usprawiedliwienie. Seabright wyszukał przewinienia mężczyzn wobec kobiet i w mniej lub bardziej przekonujący sposób usprawiedliwił je ewolucją. Wysunął także parę zarzutów wobec tak zwanej płci pięknej, ale w tym przypadku uzasadnieniem była zazwyczaj fizyczna słabość płci żeńskiej. Być może to tylko moja interpretacja, ale wywód Seabrighta wydawał mi się tendencyjny i nastawiony na wyższość mężczyzn, co w kontekście opisu okładkowego zawierającego zdanie "A może w XXI wieku jest szansa na większą harmonię, równość i porozumienie?" wydało mi się pewnego rodzaju oszustwem. Bo ja, naiwnie, cały czas wierzę, że mimo biologicznych różnic, równość płci jest czymś, co można osiągnąć, a wzajemna rywalizacja jest niczym w porównaniu do dialogu. Interpretując to według punktu widzenia autora, można jednoznacznie stwierdzić, że świat będzie jedną nieustającą walką kogutów tak długo, jak u jego podwalin wypiszemy tzw. męskie zasady. Seabright zdaje się naiwnie wierzyć, że wszystkim zależy przede wszystkim na podporządkowaniu drugiego. A to, być może, największy błąd ludzkości.
Nie mogę nazwać "Wojny płci" Paula Seabrighta książką wartą przeczytania. Ewolucyjno-antropologiczne podejście do tematu konfliktu między płciami jest ciekawe, ale problemem jest zarówno podkreślanie samej idei opozycji płciowej i przyporządkowywanie kobiet i mężczyzn do konkretnych "drużyn" jak i tendencyjne podejście autora. Choć, być może, moja recenzja ma w sobie taką samą tendencyjność, tylko w wersji kobiecej. 

wtorek, 28 listopada 2017

To nie jest tekst dla każdego... O filozoficznych inspiracjach, czyli dlaczego nie napiszę o "O Wierze" Slavoja Žižka.

Książka, której tu nie zrecenzowałam, czyli: S. Žižek, "O wierze", tłumaczenie B.Baran, Wydawnictwo Aletheia, 2008.

To nie jest tekst dla wszystkich. Wielu z Was się on nie spodoba. Jedni uznają mnie za wywyższającą się snobkę, inni za płaczliwą i dołującą wszystkich wokół defetystkę. Czuję się jednak zobowiązana do tego, żeby napisać te kilkaset słów. Dlaczego? Ponieważ w dzisiejszych czasach już niemal nikt nie czytuje filozofów. A naprawdę chciałabym, żeby to się zmieniło.
Pierwsze prawdziwe spotkania z filozofią zaliczyłam w wieku lat siedemnastu. Oczywiście o jej istnieniu słyszałam już znacznie wcześniej w szkole, jednak zawierano ją w mniej lub bardziej spójnych regułkach podawanych uczniom w formie "do wykucia" na lekcjach języka polskiego. Dopiero jako siedemnastolatka postanowiłam znaleźć w filozofii coś więcej niż podstawowe różnice między stoicyzmem a epikureizmem. Zaczęłam od krótkich, niezbyt skomplikowanych tekstów, które pozwoliły mi wdrożyć się w język, składnię i podstawowe pojęcia. Kolejnym krokiem były eseje i całe książki. Przyznam, że sprawiało mi to wiele trudności. Ale każde zdanie, które rozumiałam choć po części dawało mi wielką satysfakcję. I nie żałuję ani jednego przeczytanego słowa. Dziś, po dziesięciu latach nadal nie czuję się wystarczająco kompetentna, aby opowiadać innym o filozofii. Dlatego też, tak jak zapowiedziałam w tytule, nie zrecenzuję "O wierze" Slavoja Žižka. Jestem na to za głupia. Przyznam jednak, że ta książka sporo mi dała zarówno w kontekście treści jak zawartego w niej specyficznego humoru. Gdybym posiadała odpowiedni aparat krytyczny, chętnie bym Wam o niej opowiedziała. Niestety, nie potrafię i prawdopodobnie nigdy się tego nie nauczę. A jeśli nawet, z pewnością nie będę miała tyle odwagi, żeby to zrobić. Wystarczy mi to, że mogę się cieszyć własnymi zmaganiami w tekstami filozoficznymi.
Dobra - pochwaliłam się, że czytam mądre książki, a nic nie powiem o ich treści, bo wyszłabym na idiotkę. Super. Tylko co mi z tego przyszło? I po co w ogóle to piszę? Ponieważ, mimo że nie jestem w stanie oceniać tekstów filozoficznych, mogę powiedzieć, dlaczego warto po nie sięgać. Zacznijmy od czytania ze zrozumieniem, logicznego myślenia, zapamiętywania, definiowania czy przyswajania pojęć - skrzywieni przez szkolną testomanię radzimy sobie z tym wszystkim coraz gorzej. Czytanie tekstów filozoficznych pomaga opanować, czy też wytrenować te umiejętności. A uwierzcie mi, posługiwanie się nimi na co dzień naprawdę się przydaje. Proszę, zastanówcie się nad tym, kiedy ostatnio pozwoliliście sobie na solidny wysiłek intelektualny? Nie mówię tutaj o uczniach i studentach, ponieważ oni, przynajmniej w teorii, powinni się uczyć i podejmować naukowe wyzwania. Mówię o absolwentach, którzy zazwyczaj pracują na stanowiskach niewymagających od nich podejmowania wielkiego wysiłku intelektualnego. Owszem, często trafia się na zadania będące w jakimś wymiarze wyzwaniem, ale w większości nie doprowadzają one do rewolucji w sposobie myślenia. Często nie wzbudzają nawet żadnych wątpliwości. Rozleniwiamy się intelektualnie przez co coraz łatwiej nas nabrać, wcisnąć nam kit na każdy temat. Być może część z nas czyta książki, gra w gry logiczne, czy uczy się języków obcych. Ale ciekawy kryminał nie zrewolucjonizuje naszego życia, tak samo jak nie zrobi tego gra, czy kilka słówek po chińsku. Filozofia to potrafi, pod warunkiem, że się na nią otworzymy. Potrzeba bowiem sporo wysiłku by nadążyć nad rozumowaniem autora, zrozumieć, co chciał przekazać i skąd wywodzi się ten pogląd. I wierzcie mi lub nie, ale ten wysiłek nie tylko sprawia mi ogromną satysfakcję, ale także przynosi efekty w codziennym życiu w szybkości i łatwości rozumienia coraz to bardziej skomplikowanych struktur.
A teraz ostatnie pytanie. To, z powodu którego część z Was nazwie mnie smętną defetystką. Często myślicie o sensie życia? O tym, co cały czas pcha nas do przodu? W co wierzymy i dlaczego? O tym, skąd to wszystko się wzięło? Nie? Zazdroszczę. Mi przytrafia się to bardzo często, a muszę przyznać, że według mnie sens życia nie istnieje. Albo raczej nie potrafię go znaleźć. Tak samo jak istoty naszego istnienia. Czytając teksty filozoficzne widzę, że w swoich naiwnych poszukiwaniach sensu czegokolwiek nie jestem sama. Te same pytania zadawały sobie przez lata największe umysły. Znajdowanie odpowiedzi wychodziło im lepiej lub gorzej, ale próbowali. Dlatego ja też mogę próbować. A jeśli się nie uda... Cóż, nie będę jedyna w swoim poczuciu braku i pustki.
Zabrałam się za niepopularny temat, którego pewnie nie powinnam poruszać. Jednak zrobiłam to z potrzeby serca. Nie napisałam tego po to, byście sięgnęli po moich ulubionych filozofów, ale po to, byście zajrzeli do jakiegokolwiek tekstu zmuszającego do głębszych przemyśleń. Dlatego też nie wymieniam tu nazwisk (poza jednym, które zainspirowało mnie do napisania tego tekstu) i prądów. Każdy może wybrać coś dla siebie. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że choć jedna osoba dotarła do końca mojego wywodu. A jeśli nie? Trudno. Przecież i tak nic nie ma sensu. 

niedziela, 26 listopada 2017

Gawęda, której odjęto brutalność, czyli "Mitologia nordycka" Neila Gaimana

N.Gaiman, "Mitologia nordycka", tłumaczenie P.Braiter, Wydawnictwo MAG, 2017.

Mitologię nordycką chciałam poznać od bardzo dawna, ale zawsze brakowało mi na to czasu. Problemem była też dostępność - długo nie mogłam znaleźć książki, która opowiedziałaby mi mity skandynawskie w przystępny sposób, tak jak kiedyś Parandowski przybliżył mi historie bogów starożytnych Greków i Rzymian. Sięgnęłam, co prawda, po "Eddę poetycką", ale choć nie mogłam odmówić jej uroku, przyznaję bez bicia, że mity opowiadane w formie pieśni to nie moja bajka. Dlatego też, kiedy w podpowiedziach na Storytel znalazłam "Mitologię nordycką" Neila Gaimana, postanowiłam wysłuchać jego wersji tych opowieści. I mam ambiwalentne odczucia.
Trudno opisać fabułę "Mitologi nordyckiej" Gaimana. Jest to bowiem autorska wariacja na temat historii znanych powszechnie od lat. Dzięki książce, utrzymanej w tonie gawędy przy ognisku, poznajemy opowieści o dziejach Thora, Lokiego, Odyna czy Frei oraz innych Asów i Wanów. Przeżywamy ich przygody związane z olbrzymami i innymi przedziwnymi stworami oraz to, co doprowadziło do nieuchronnego końca - Ragnaroku. Całość jest raczej wyborem mitów niż w pełni spójną opowieścią  i daje czytelnikowi namiastkę wierzeń wikingów.
Książka Gaimana nie spełniła moich oczekiwań. Nie wiem, czy jest to wina samej publikacji, czy tego, czego od niej wymagałam, ale postaram się wyjaśnić swój punkt widzenia. Otóż, mitologia nordycka została już tyle razy przetworzona literacko, a jej wątki zaadaptowane w innych działach kultury, że chcąc nie chcąc, każdy z nas ma o niej jakiekolwiek pojęcie. Mam je i ja. Niestety, albo stety, ostatnio przefiltrowałam je przez pryzmat serialu "Wikingowie", więc w moich oczach mity nordyckie to nie tylko pasjonujące, ale i bardzo krwawe historie. I tu pojawia się mój problem z "Mitologią nordycką" Gaimana - drogi autorze, to są bajki dla dzieci. Owszem, przyznaję, we wstępie do tego zbioru opowieści autor zaznaczył, że stworzył zbiór historii do opowiadania przy ognisku i być może uszczknął z nich odrobinę brutalności, ale ja mam wrażenie, że to jakoś nie przystoi. Świat wikingów był jaki był, odzieranie go z krwi jest równie autentyczne (nawet w przypadku mitów) jak twierdzenie, że w średniowieczu każdy brał prysznic dwa razy dziennie. Jeśli jednak oderwę się od swoich oczekiwań, muszę stwierdzić, że wybór mitów autorstwa Gaimana to zbiór całkiem ciekawych i barwnych historii, które warto poznać, chociażby po to, by śledzić ich tropy w różnych dziełach kultury. Kilka dni po wysłuchaniu tej książki miałam przyjemność oglądać film: "Thor: Ragnarok" i muszę stwierdzić, że scenarzystom dość mocno pokręciła się genealogia. Gdyby nie Gaiman, pewnie bym tego nie zauważyła. I owszem, analogia mitologii i filmów o Thorze jest najprostszą z możliwych, ale wierzcie mi, że można je znaleźć w bardzo wielu książkach fantasy, zarówno polskich, jak i zagranicznych. Bogami, którzy najczęściej pojawiają się w opowieściach Gaimana są Thor, Loki i Odyn. Niewątpliwie każdy z nich ma swój urok. Thor jest niemal niepokonanym wojownikiem, ale i nieco tępym mięśniakiem. Loki, owszem, góruje nad wszystkimi sprytem, ale jest też dowcipnisiem, któremu zdarza się przekraczać wszelkie granice przyzwoitości za co płaci często wysoką cenę. Natomiast Odyn wydaje się mądrym i potężnym władcą, który zapłacił wiele za swoje przymioty. Historie o nich wydają się wciągać ze względu na swego rodzaju autentyzm postaci i ich wewnętrzne słabości. Forma, na jaką postawił Gaiman, ma w sobie wiele z gawędy - w przypadku audiobooka miało to sporo uroku. Choć z lektorem miałam mały problem. Był nim Zbigniew Zamachowski i mam wrażenie, że jego głos nadał całości jeszcze bardziej bajowy wymiar. I gdzieś z tyłu mojej głowy czaiła się myśl, że wszystkie te historie opowiada mi bard Jaskier. W końcu Zamachowski grał go w serialu o Wiedźminie, o którym wszyscy pragniemy zapomnieć. Jednak miało to pewien specyficzny urok, choć przyznam, że radosna gawęda o końcu świata obu panom, przynajmniej w moim mniemaniu, nie wyszła.
"Mitologia nordycka" Neila Gaimana to z pewnością dobry i przystępny sposób na zapoznanie się z historiami, na których opierały się wierzenia dawnych Skandynawów. Jeśli oczekujecie porcji ciekawej gawędy, z pewnością nie będziecie zawiedzeni. Ale jeśli łakniecie krwawej autentyczności - poszukajcie innych źródeł.