Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie roku, czyli o wszystkich książkach, których nie przeczytałam...

(Prawie) wszystkie książki, których nie przeczytałam w 2017 roku!

Trzydziesty pierwszy grudnia nieustannie zmusza nas do podsumowań. Padło także na mnie. Nie mam jednak zamiaru pisać o najlepszych i najgorszych książkach minionych 365 dni, bo wtedy wydałoby się, ile zaległych recenzji czeka na to, aż je łaskawie napiszę, albo choćby poprawię i opublikuję. Już sama deklaracja przeczytania stu czterech pozycji w kontekście osiemdziesięciu czterech wpisów wystarczająco mnie pogrąża. Dlatego też nie czuję się gotowa, by opowiadać o porywających lekturach zeszłego roku. Ważniejsze jest dla mnie w tej chwili to, czego nie przeczytałam. I długa lista odpowiedzi na pytanie: dlaczego?
Na zdjęciu znajduje się trzydzieści dziewięć pozycji. Powinno być czterdzieści, ale dopiero podczas układania książek z powrotem na półce zorientowałam się, że nie wyłożyłam "Ludzi na drzewach" Hanyi Yanagihary. A że jestem zbyt leniwa, by wielokrotnie urządzać sobie książkowy spacer farmera, pozostanę przy pierwszym zdjęciu. Trudno. Nie zmienia to faktu, że ta czterdziestka wzbudza we mnie poczucie winy. Bo przecież po to kupiłam/dostałam/pożyczyłam te książki, żeby je przeczytać. I choć samo zapełnianie półek sprawia mi radość, naprawdę wolałabym przekładać strony i przebiegać wzrokiem po kolejnych literach. Tylko czasu brak. A i pokusy targają mną stanowczo zbyt często.
Lista książek "do przeczytania" u każdego książkoholika ma długość przynajmniej kilku metrów. Tak jest też u mnie. Niestety, nie samą książką człowiek żyje, więc oszczędności szukam także na polu literackich wydatków. Dlatego też kiedy tylko widzę tomiszcza w promocji mój wzrok nagle z minus kilku dioptrii przestawia się na tryb sokoli. Wypatruje zdobyczy, dzielnie przeglądam biedronkowe stosy, a czerwone naklejki z napisem -70% jestem w stanie dostrzec z drugiej strony ulicy. Więcej -  nałogowo klikam we wszystkie informacje o promocjach w księgarniach internetowych i wiele razy w obliczu nagłych przebłysków rozsądku, zamykałam stronę, na której znajdował się wirtualny koszyk pełen interesujących mnie pozycji. Kiedy w Biedronce rzucili książki, które zdobyły nagrodę Nike specjalnie wstałam wcześniej i byłam gotowa rzucać się na nie niczym tłum na karpie w Lidlu. Niestety, albo stety, nie miałam konkurentów. Trudno się więc dziwić, że pozycji na półkach przybywa. Aczkolwiek nie kupuję aż tak dużo, żeby nie móc tych wszystkich pozycji przeczytać. Aż tak źle jeszcze ze mną nie jest. Jednak odpowiedzi na pytanie "dlaczego nie daję rady?" są jeszcze przynajmniej dwie.
Pierwszą jest biblioteka. Na początku roku, tuż po przeprowadzce, założyłam sobie kartę i wypożyczyłam kilka książek. Było to dobre wyjście, szczególnie, że większość mojej biblioteczki znajdowała się wtedy na terenie innego kraju. Nie wiedziałam jednak, że będzie to miało taki wpływ na moje opóźnienia w czytaniu. Schemat wygląda mniej więcej tak: najpierw obiecuję sobie, ze idę tylko oddać książki w terminie, a do wypożyczania wrócę dopiero wtedy, kiedy nadrobię domowe zaległości. I wszystko jest w porządku, do momentu, w którym wejdę do wypożyczalni. Wtedy czuję się jak Gollum na widok Pierścienia Władzy. Książki nawołują mnie tak silnie, że nie mogę zrobić nic - muszę za nimi podążyć. Na początku oszukuję się, że wejdę tylko po jeden z tomów serii, którą poczytuję od czasu do czasu, a potem nie umiem się już powstrzymać i zabieram sześć sztuk - maksymalną ilość, jaką mogę wypożyczyć. Nauczona tym doświadczeniem chodzę do biblioteki w dniu, w którym mija ostateczny termin zwrotu, jednak nie zmienia to faktu, że oferuje mi ona jakieś siedemdziesiąt dwie pozycje rocznie. Jeśli dodamy do tego jakieś pięćdziesiąt, które kupuje, kilka pożyczonych od znajomych i książki, które dostaje, nie mam szans wyjść na zero. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal chce dostawać książki. I to dużo!
Jednak największą winę za zaległości ponoszą moje humory. Nie chodzi już nawet o to, że potrafię czytać jedynie jedną książkę na raz i nie zawsze mam ochotę akurat na tę pozycję. Przyczyną jest fakt, że mimo iż mam na półce czterdzieści nieprzeczytanych publikacji ochotę mam akurat na tą, która patrzy na mnie z ekranu komórki, tabletu, czy komputera. Na mojej facebookowej ścianie dziewięćdziesiąt procent informacji dotyczy książek. Co chwila czytam cudze recenzje, informacje o nowościach i pozycjach, które z pewnością zmienią moje życie. Nie mam nic przeciwko. Tylko przez to często odkładam książki leżące już na półce na później. Albo obiecuję sobie, że następną pozycją, jaką przeczytam będzie jakaś ambitna powieść, a mam akurat ochotę na kryminał. Innym razem wiedząc, że czeka mnie ciężki tydzień planuje sięgnąć po książkę, którą można zakwalifikować jako guilty pleasure, a zamiast tego w niedzielę zaczytuje się w literaturze pięknej, a w poniedziałek jestem zbyt zmęczona, żeby zrozumieć z niej choć jedno zdanie. I nie mogę narzekać, bo sama się tak urządziłam.
Wśród książek, których nie przeczytałam w tym roku są zarówno ambitne pozycje jak i rozrywkowe powieści. Jest i literatura faktu i kryminał. Chyba nie ma romansów, ale tych nie tykam. Mam na półce czterdzieści książek, które w większości nie są złe i chciałbym mieć więcej czasu i sił, by je przeczytać. I właśnie tego, oprócz miejsca na półkach i całych stosów nowości życzę Wam w nowym, 2018 roku!

czwartek, 26 października 2017

Pierwsze urodziny bloga!!!


Pierwsze urodziny bloga - nawet koty nie mogą uwierzyć, że czas tak szybko leci :)

Chciałam pominąć ten wpis. Darować sobie. W końcu to tylko urodziny bloga. Czy blogi mogą w ogóle obchodzić urodziny? Być może te popularne owszem - w końcu urodziny to dobry czas na konkurs i pochwalenie się paroma sukcesami. Doskonały moment na kolejną PR-ową akcję. Tylko u mnie PR-u nie będzie. Konkursu też. W kwestii automarketingu jestem raczej niezdolna i leniwa. Robię to, co uważam za konieczne, naiwnie wierząc, że dobre teksty prędzej czy później obronią się same. Dlaczego więc zdecydowałam się na ten wpis? Powodów jest kilka.
Pisanie bloga przez rok być może nie jest wielkim sukcesem, ale kiedy wezmę pod uwagę to, jak wiele zmieniło się w ciągu tych ostatnich dwunastu miesięcy, jestem całkiem zadowolona z tego, że wytrwałam. Nie jestem idealna i nie zawsze wywiązuję się ze wszystkich blogowych obowiązków tak, jak powinnam. Choć, na moje szczęście, tylko ja i jeden mały plik w moim komputerze wiemy, jak wielkie są moje recenzenckie zaległości. Chociaż jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że przez ten rok zmieniłam kraj, w którym żyję, zaczęłam pracować w zawodzie związanym z pisaniem i adoptowałam dwa kociaki, moje zaległości wydają się być usprawiedliwione.
Warto wspomnieć również o tym, jak blogowanie wpłynęło na mój gust czytelniczy. Dzięki recenzjom innych blogerów otworzyłam się na nowe gatunki i przeczytałam książki, które do tej pory omijałam szerokim łukiem. Nie żałuję - reportaże wiele nauczyły mnie o świecie. Tak samo jak powieści noblistów, będące wspaniałym powrotem do dalszego odkrywania ambitniejszej literatury. Przeczytałam też masę kryminałów, które kiedyś wydawały mi się banalne, ale teraz stały się najlepszą tramwajową rozrywką (choć przyznam, że odkąd zaczął się rok akademicki czytanie w środkach komunikacji miejskiej zrobiło się znacznie trudniejsze z powodu deficytów przestrzeni).
Przez ten rok powstało sto jeden postów (ten jest sto drugi), z których tylko trzy nie były związane z konkretną lekturą. Z jednych jestem dumna bardziej, z drugich mniej, jednego (nie powiem, którego) się wstydzę. Część powstawała w dość nietypowych warunkach, ale w każdy z nich włożyłam serce i starałam się być szczera w swojej ocenie. Pomaga mi w tym poniekąd fakt, że (poza jednym wyjątkiem) sama zaopatruje się w czytane książki. Przyzwyczaiłam się do tej niezależności. Przynajmniej mam pewność, że nic się nie stanie, jeśli nie opublikuję paru recenzji w terminie. Choć obiecuję, że wszystkie nadrobię.
Z okazji pierwszych urodzin bloga chciałabym również podziękować tym, którzy czytają go mniej lub bardziej regularnie. Jako człowiek, któremu zdarza się pisać po dwadzieścia tysięcy (pozablogowych) znaków dziennie powinnam przywyknąć do tego, że ktoś czyta moje teksty, ale świadomość, że część z Was poświęca swój wolny czas po to, by choć zerknąć na moją opinię na jakiś temat, bardzo mi pochlebia. Dziękuję bardzo! Rok temu w życiu nie uwierzyłabym w to, że będzie Was tak wielu :)
A czego możecie się spodziewać po kolejnym roku bloga Tyle liter przed oczami? Kolejnych recenzji i, być może, paru felietonów okołoksiążkowych. W najbliższym czasie napiszę o takich pozycjach jak "Wymazane" Michała Witkowskiego, "Rdza" i "Ślady" Jakuba Małeckiego, "Kaprysik" Mariusza Szczygła, "Łowcy głów" Jo Nesbø czy "Mitologia Nordycka" Neila Gaimana. Widać więc, że będzie różnorodnie i, mam nadzieję ciekawie. No i z pewnością książkom na zdjęciach będą towarzyszyć moje koty. A tym, którzy sądzą, że te małe futrzaki nie mają nic wspólnego z literaturą przyznam w ramach urodzinowego sekretu, że Karl Ove został nazwany na cześć Knausgårda, a Lars w związku z sympatią do Larsa Saabye Christensena. I tak, jestem psychofanką norweskich pisarzy - nauczyłam się z tym żyć :)
A na koniec bonus w postaci kotów z książkami ich pisarskich patronów :)

środa, 10 maja 2017

Czara goryczy się przelała, czyli kilka słów o bazgraniu po książkach, szczególnie cudzych...

(Na zdjęciu spis treści książki Łukasza Orbitowskiego "Tracę ciepło" , wypożyczonej z Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu)

Miałam dzisiaj napisać recenzję. Jednak, kiedy przeglądałam po raz kolejny przeczytaną wcześniej książkę, trafił mnie szlag. Powieść tę wypożyczyłam z biblioteki i już w trakcie lektury niezmiernie zirytowała mnie jedna rzecz - ktoś zabazgrał kilka ostatnich kartek. Może nawet przełknęłabym to, gdyby owe notatki miały jakiś związek z treścią. W większości jednak nie miały. Część z nich, owszem, przypominała zapiski maturzysty, próbującego połączyć książkowe wątki z tematem prezentacji maturalnej, ale większość (zapisana innym charakterem pisma) dotyczyła bliżej niezidentyfikowanych bzdur. Z frustracji związanej tą sytuacją zrodził się ten wpis. Chcę bowiem podywagować na temat tego, czy można i czy warto pisać po książkach.
Już po samym wstępie widać, że nie jestem zwolenniczką wzbogacania książek własnymi zapiskami. Rozumiem jednak tych, którzy mają na półkach pozycje zawierające notatki na marginesach, albo upstrzone dziesiątkami karteczek. W czasie studiów sama używałam tych ostatnich, dzięki czemu na zajęciach z łatwością przychodziło mi odszukiwanie właściwego fragmentu. Tylko z karteczkami jest prościej - zawsze można je usunąć i nie ma po nich śladu. Jeśli robimy notatki w książce, nawet ołówkiem, nigdy nie pozbędziemy się ich w stu procentach. I tu pojawia się kilka kwestii, które powinny rozstrzygać, czy po danej pozycji można pisać.

1) Czy to Twoja książka? 
Pytanie wydaje się banalne, prawda? Niestety, niektórym zdarza się pisać po książkach należących do innych, szczególnie, do bibliotek. Pozycje znajdujące się w zbiorach bibliotecznych są dobrem wspólnym. Czy naprawdę trzeba się dzielić ze wszystkimi swoimi przemyśleniami? Zresztą takie notatki mogę ewentualnie zaakceptować, ale znajdowałam w wypożyczonych książkach listy zakupów, informacje o spotkaniach, numery telefonów, a nawet spisane rozmowy. Wiem, że żyjemy w kraju, w którym własność wspólna jest traktowana jak niczyja, ale czy naprawdę musimy obchodzić się z książkami, jak z będącymi "pod ręką" kawałkami papieru? 
Biblioteki to jedno, czym innym jest własność prywatna. Przyznam szczerze, kiedy ktoś oddaje mi pożyczoną wcześniej pozycję w złym stanie, a tym bardziej, z własnymi notatkami, mam ochotę go zamordować. Szanuję swoją biblioteczkę i dlatego chcę, aby ludzie, którym dałam do niej dostęp, robili to samo. Naprawdę, nie zależy mi na czytaniu cudzych "złotych myśli" i nie dzielę się swoimi z innymi. Czy tak trudno uszanować kogoś, kto dzieli się z nami własnymi książkowymi zasobami?

2) Czy chcesz dzielić się swoimi notatkami z innymi?
Cóż, pozostawianie notatek w książkach wypożyczonych z biblioteki czy też należących do innych osób, jest automatyczną zgodą na ich rozpowszechnianie. Zostawianie ich w pozycjach należących do naszej prywatnej biblioteczki, to co innego. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nigdy nikt inny ich nie przeczyta. Oprócz nas samych. Po latach... Kiedy z rumieńcami na twarzy będziemy się zastanawiać, jak mogliśmy być tak głupi. Jeśli jednak udostępniamy swoje zbiory komuś innemu... Serio, naprawdę chcecie, aby Wasi znajomi mieli dostęp do Waszych konkluzji i przemyśleń? Jesteście pewni, że nigdy nie wykorzystają ich przeciwko Wam?  Nawet, jeśli traktujecie swoje książki jak Gollum pierścień, pamiętajcie, że kiedyś trafią one w ręce Waszych dzieci, innych krewnych, albo jakiegoś ciekawskiego antykwariusza. A potem rozpłyną się po świecie...

3) Czy robienie notatek w książkach naprawdę ma sens?
Owszem, kiedy się uczymy, notatki mogą pomóc. Stąd wspomniane przeze mnie kolorowe karteczki. I dodatkowe wydania kilku lektur (za 3,50 zł), które pełne są moich gryzmołów. Ale ich nikt nie żałuje, ponieważ porządne egzemplarze tych samych książek można znaleźć na reprezentacyjnych miejscach w mojej biblioteczce. Jest jeszcze kwestia cytatów - wiem, że wielu czytelników przepada za zaznaczaniem takowych. Doskonale to rozumiem i nie widzę w tym problemu, jeśli proces ten dotyczy wyłącznie naszej własności. Pokreślona książka z biblioteki to już co innego - gdyby każdy czytelnik miał zaznaczać swoje ulubione słowa, najprawdopodobniej podkreślony byłby cały tekst. Poza tym, jaka jest szansa na to, że chcąc wrócić do lektury, trafimy dokładnie na ten sam egzemplarz, który wypożyczyliśmy dziesięć lat wcześniej? Nie łatwiej zainwestować w zeszyt i spisać interesujące nas słowa? Albo, chociażby, jeśli szkoda nam czasu na przepisywanie, zrobić zdjęcie interesującego cytatu? Przecież aparat fotograficzny jest wbudowany w tej chwili nawet w najbardziej prymitywny telefon komórkowy! 
Najważniejszą kwestią jest jednak przydatność notatek - owszem, są książki, które czytamy wiele razy i warto popatrzeć na ewolucję własnych przemyśleń. Ale, bądźmy szczerzy, wracamy może do dziesięciu procent naszych lektur. Większość jednak, po pierwszym przeczytaniu, ląduje na półce, albo u kogoś innego... Po co więc ozdabiać takie książki notatkami, których nikt nigdy nie przeczyta?

Jaka jest konkluzja tego tekstu? Nie piszcie po cudzych książkach. Po swoich raczej też nie, chyba, że bardzo Wam na tym zależy, albo musicie się czegoś nauczyć. Owszem, dzieło należy do czytelnika, możemy z nim robić, co chcemy, ale czy nie warto pozostawić jego rozszerzenia we własnej głowie, dzienniku, notatniku czy komputerze? Musimy naruszać integralność utworu literackiego? Wiem, że wielu z Was uzna mnie za nawiedzoną wyznawczynię książkowej nietykalności. Ale czasami myślę sobie o księgozbiorach ludzi wielkich, upstrzonych notatkami, które sprzedawane są za niewiarygodnie pieniądze, a czasami nawet wydawane. I, po pierwsze - nie chciałabym, aby ktokolwiek mógł porównać moje konkluzje z ich przemyśleniami, ponieważ najprawdopodobniej wyszłabym na kompletną idiotkę. A po drugie, dzielenie się swoimi refleksjami na temat książek na ich kartkach wydaje mi się pewnym rodzajem ekshibicjonizmu. Przecież, w przeciwieństwie do bardziej spójnych form literackich, w notatce dajemy ponieść się chwili, przekazujemy ulotną myśl, często w ułomnej postaci. Czy naprawdę warto? Chciałabym poznać Waszą opinię na ten temat.

wtorek, 15 listopada 2016

"Śnieg" Orhana Pamuka, czyli powieść, która uświadomiła mi, że nie tak łatwo zrozumieć świat znany do tej pory jedynie z prasowych nagłówków

O.Pamuk, Śnieg, tłumaczenie A.Polat, Wydawnictwo Literackie, 2006.

"Śnieg" Orhana Pamuka to dla mnie nie tylko pierwsze spotkanie z tureckim noblistą, ale również jedna z nielicznych powieści z Bliskiego Wschodu, jakie miałam okazję czytać. A jako że do tej pory moja znajomość literatury z tamtego regionu ograniczała się jedynie do powieści izraelskich, "Śnieg" by dla mnie całkowitą nowością. Kiedy rozpoczynałam lekturę, jakiś głosik z tyłu głowy podpowiadał mi, że będę miała szansę na to, aby wykpić ten patriarchalny, chory świat, który nie może podporządkować się normom zachodu. Teraz już wiem, że to nie takie proste.
Powieść opowiada o Ka, poecie, który wiele lat wcześniej pod pretekstem represji politycznych wyemigrował do Niemiec, i po latach wraca do Turcji na pogrzeb matki. Postanawia pojechać do niedużego miasta Kars we wschodniej części kraju po to, aby zdobyć miłość niegdyś podziwianej kobiety. Zobowiązuje się również do napisania dwóch artykułów do ogólnokrajowej gazety. Jednego na temat samobójstw młodych dziewcząt, protestujących przeciwko konieczności zdejmowania chust na terenie szkoły i drugiego o wyborze nowego burmistrza. Wszystkim tym wydarzeniom towarzyszy śnieg, który zasypuje wszystkie drogi dojazdowe i odcina Kars od świata. Ka, zupełnie dla niego niespodziewanie i poniekąd przypadkiem, trafia w sam środek konfliktów religijno-politycznych, mikrorewolucji i machiny inwigilacyjnej. I właśnie tam, w Karsie, pomiędzy studentami, religijnymi fanatykami, przywódcami politycznymi, terrorystami i nacjonalistycznymi Kurdami, stara się odnaleźć dawno zagubione natchnienie.
Gdybym chciała nagiąć powieść Pamuka do wspomnianej wcześniej tezy, pewnie by mi się to udało. Mogłabym zacząć od tego, że w "Śniegu" pośród dziesiątek bohaterów tak naprawdę pojawiają się tylko cztery postacie kobiece. I każda z nich postrzegana jest przez pryzmat urody, poświęcenia dla religii lub jej odrzucenia, a przede wszystkim w kontekście mężczyzn, do których należy: ojców, mężów i kochanków. Mogłabym pokazać stosunek patriarchalnego świata do kobiet wschodniego świata. Weźmy chociażby taki cytat:
Ale to właśnie historie o samobójczyniach miały go nawiedzać do końca życia. I wcale nie uderzyła go w nich bieda, bezradność, brak wrażliwości na cudze cierpienie. Nie zszokowały go wieści o tym, że dziewczęta były bite. Nie przejął się, że były nieludzko traktowane przez swoich ojców, którzy nie pozwalali im nawet wyściubić nosa z domu. Nie zaskoczyły go też zazdrość mężów ani bezustanny brak pieniędzy. Tym, co przeraziło Ka najbardziej, był sposób, w jaki dziewczęta odbierały sobie życie: nagle bez ostrzeżenia, bez komentarza, w czasie zwykłych codziennych obowiązków.1)
I nie mam zamiaru twierdzić, że sytuacja kobiet w świecie muzułmańskim nie jest straszna. Przypuszczalnie jest jeszcze gorsza. Wystarczy zwrócić uwagę na wypowiedzi młodzieńców, uczących się w szkole koranicznej, opowiadających o wyidealizowanych ich oczami młodych kobietach, z którymi nigdy nie zamienili nawet słowa. Twierdzą na przykład, że religijna dziewczyna nie może oglądać serialu z całą rodziną, skoro w tym samym czasie może poświęcać się pracy lub modlitwie. Jednak tragiczna sytuacja kobiet nie jest tematem tej książki. Nawet nie wiem, czy autor w pełni zauważał, że to, co przedstawia tak bardzo odbiega od pożądanej, zachodniej wizji świata. A sam twierdził, że pisze z pozycji stambulskiego inteligenta, który z ortodoksyjną odmianą religii nie ma nic wspólnego.
Problemem Ka, jak i wszystkich innych bohaterów książki jest uwikłanie religijno-polityczno-etniczne wszystkich wydarzeń. Mam świadomość tego, że obecna sytuacja polityczna w Turcji daleko różni się od tej, która panowała w tym kraju na przełomie wieku XX i XXI, kiedy powstawała powieść Pamuka. Jednak owo uwikłanie chyba nigdy się nie skończy. Zwykły dialog staje się niemożliwy, ponieważ każda z grup najpierw wyrzuca winy innej, a następnie unosi się dumą. Nawet jeśli część mieszkańców chce dążyć do europejskich standardów, uświadamiają oni sobie, że w innych krajach (jako przykład podają Niemcy), są traktowani, jako ludzie drugiej kategorii. Druga część stwierdza, że nie chce być częścią Europy, ponieważ to całkowicie wyzuwa człowieka z jego kultury i religii. Nikt nie ma dobrej odpowiedzi i nie chce iść na kompromisy. Do tego trzeba dołożyć szerzący się terror i fakt, że tamtej część świata podjęcie nieodpowiedniej lub krzywdzącej dla którejś z grup decyzji, może skończyć się śmiercią. Jedni mężczyźni oburzają się na drugich, a tylko najsilniejszym kobietom udaje się dojść do głosu. I pada tam zdanie, które może nam pomóc zrozumieć sytuację muzułmańskich kobiet w Europie, trwających w tradycji okrywania głów, mimo że udało im wyzwolić z innych religijnych nakazów. Jedna z bohaterek zwraca uwagę na to, że kobiecie, której od dziecka wmawiano, że odkrywanie włosów jest czymś złym, grzesznym, wstydliwym, trudno z dnia na dzień zrzucić zasłonę. Ortodoksyjności trzeba wyzbywać się od dziecka. Jest duża szansa na to, że córki kobiet, które dzisiaj noszą hidżab, w następnym pokoleniu będą dumnie odsłaniać włosy. Tak jak kiedyś w córki chrześcijanek, noszących wyłącznie spódnice za kolana, zaczęły nosić minispódniczki. 
Ciekawa w powieści Pamuka jest również forma. Narrator i czytelnik nie przeżywają wszystkich wydarzeń razem z Ka, lecz podążają jego śladami po kilku latach od opisanych w książce wydarzeń. Dzięki temu, patrzymy na historię poety, od pewnego momentu wiedząc, jak się ona skończy. Ze skrawków cudzych wspomnień i zapisków głównego bohatera, staramy się stworzyć pełen obraz wydarzeń, które miały miejsce tamtej zimy w Karsie. Co wcale nie jest takie proste, jak może się wydawać, ponieważ poeta nie wszystko zapisał w swoim notatniku, a część jego czynów nie jest do końca znana.
"Śnieg" Orhana Pamuka to jedna z lepszych powieści, jakie ostatnio przeczytałam. Może właśnie dlatego, że uświadamia europejskiemu czytelnikowi, że tak naprawdę niewiele wie o świecie ludzi, których ocenia. Oczywiście, zdążyłam napisać jedynie o wyrywku z ponad pięciuset stron naprawdę dobrej książki. "Śnieg" to nie tylko historia polityczna, ale także opowieść o miłości i samotnym człowieku bez ojczyzny, który nigdzie nie może znaleźć swojego miejsca i nigdzie nie należy. To także powieść o mikroświecie, przedstawiającym czytelnikom powiązania i konflikty, istniejące również w skali makro. Gorąco polecam tym, którzy nie lubią zamykać się we własnej, dobrze znanej, enklawie.
1) O. Pamuk, Śnieg, Wydawnictwo Literackie 2006, str. 20. 

wtorek, 8 listopada 2016

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Varasa Llosy, czyli o tym, że romantyzm przeszedł do lamusa.

M.Vargas Llosa, "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", tłumaczenie M.Chrobak, Wydawnictwo Znak 2007
"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to moje pierwsze spotkanie z peruwiańskim noblistą, Mario Vargasem Llosą. Nie odważę się bezwstydnie zrecenzować tej książki, mądrzejsi ode mnie już dawno stwierdzili, że autor zasługuje na najwyższe wyróżnienie w świecie literatury. Wtrącę jednak kilka słów od siebie.
Czytając "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" poznajemy, opowiadaną za pomocą narracji pierwszoosobowej, historię Ricarda, który wiódłby spokojne i szczęśliwe życie, gdyby w wieku lat nastu nie zakochał się w "niegrzecznej dziewczynce". Przez niemal pół wieku kobieta pojawia się i znika z jego życia, za każdym razem zamieniając spokój Peruwiańczyka w gruzy. Ricardo, nie mogąc wyleczyć się z toksycznej miłości, pozwala kobiecie traktować się jak pewnik i raz za razem łamać swoje serce. Bez względu na to, w jakiej części świata oboje się znajdują, prędzej czy później jedno odnajduje drugie, doprowadzając do kolejnych zawirowań, powrotów i rozstań. 
Mimo że historia wydaje się banalna, wcale taka nie jest. Nawet jej pozorna, cykliczna powtarzalność, przyćmiona przez sporą ilość niespodziewanych zdarzeń, wcale nie nuży czytelnika. Choć zaskakiwanie odbiorców nie jest czymś, do czego powieść dąży. "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to opowiedziana przepięknym językiem historia jednego z ostatnich prawdziwych romantyków. Bowiem niegrzeczna dziewczynka i Ricardo prezentują dwie różne postawy. On - relikt przeszłości, wierzący w miłość, być może nawet na całe życie, potrafi prawić banały, gloryfikujące partnerkę, docenić jej kobiecość i czar, nie żąda od życia wiele, a jego jedynym marzeniem jest życie w Paryżu. Ona - wyrachowana manipulatorka, od słodkich słówek woli pieniądze, miłosne deklaracje ukochanego zwykła nazywać banałami rodem z telenoweli, łaknie skrajnych wrażeń i nie potrafi odnaleźć spełnienia w szczęśliwym życiu rodzinnym. "Niegrzeczna dziewczynka" zagubiona w swoich szelmostwach nie potrafi dostrzec, że nie tylko Ricardo jest śmiertelnie zadurzony w niej, ale i ona nie potrafi na długo o nim zapomnieć.
Rodzaj romantyzmu, jaki prezentuje Ricardo, dziś pozostaje aktualny jedynie w głowach marzycielek, które za młodu oglądały stanowczo zbyt dużo południowoamerykańskich telenowel przeplatanych amerykańskimi komediami romantycznymi. Współcześnie młode kobiety prędzej czy później muszą wyleczyć się z mitu księcia z bajki. Coraz więcej wśród nich (nas?) niegrzecznych dziewczynek, femme fatale, które dążą do wykalkulowanego wcześniej celu, jakim niekoniecznie są pieniądze czy mężczyzna. Być może pod wpływem zmian kulturowych, być może pod wpływem feminizmu, nie chcemy już być jedynie pięknymi kwiatami opiewanymi przez słodkie słówka dziesiątek absztyfikantów. Jednak "niegrzeczna dziewczynka" nigdy nie była współczesną feministką. Raczej kobietą, która wykorzystywała swoją niezwykłą urodę i przebiegłość, aby jednocześnie przeglądać się w oczach mężczyzn i czerpać z tego korzyści. Przypuszczam, że to kwestia metryki i temperamentu tej bohaterki, ponieważ, w dzisiejszych czasach, również jej postawa wydaje się anachroniczna. 
Jednak dla mnie esencją tej historii jest ból. Vargas Llosa pokazuje swoim czytelnikom, że nawet największe, najbardziej bezinteresowne uczucie jest naznaczone cierpieniem, choć jest ono zazwyczaj równoważone przez momenty totalnego szczęścia. Lecz Ricardo, w przeciwieństwie do typowego bohatera romantycznego, nie uważa, że życie bez ukochanej jest tak tragiczne, że należy je od razu zakończyć. Co prawda, raz postanawia popełnić samobójstwo, ale robi to w afekcie i, kiedy tylko zostaje powstrzymany, sam nie rozumie swoich zamiarów. Historia przedstawiona w powieści, pokazując czytelnikowi powszechność codziennych tragedii i bólu, przede wszystkim ukazuje nam nadzieję w dwóch postaciach. Pierwszą jest czas, który, bez względu na to, jak banalnie to brzmi, leczy rany. Natomiast drugą są ludzie wokół nas. Nawet jeśli tracimy jednych pojawiają się drudzy, życie trwa, kręci się i nie zawsze jest złe, czasami po prostu nijakie lub dobre.
"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to cudowna opowieść, o której nawet, na dobre, nie zaczęłam pisać. Bogactwo wątków i możliwości ich odczytywania sprawia, że każdy może znaleźć fragment, który go zainteresuje. Szczególnie, że na kartach powieści Ricardo dzieli się z czytelnikiem bezlikiem swoich uczuć i przemyśleń. Naprawdę warto przeczytać tę pięknie napisaną historię.
A co do Mario Vargasa Llosy... - na pewno zapoznam się jeszcze nie jedną jego powieścią.

niedziela, 6 listopada 2016

H.Coben "Tylko jedno spojrzenie", czyli "przeszywający ból" moich uszu

H.Coben, "Tylko jedno spojrzenie", tłumaczenie Zbigniew Królicki, Wydawnictwo Albatros 2008

Gwoli wyjaśnienia - książki Cobena słuchałam. Jednak jeśli zdecydujecie się ją przeczytać, ów "przeszywający ból" może dotknąć Waszych oczu. Z dużym prawdopodobieństwem poczują go zakończenia nerwowe Waszego mózgu w części odpowiadającej za uwielbienie dobrze napisanej literatury. Ponieważ książka Cobena dobrze napisana nie jest. Świadczy o tym, chociażby, pojawiający się co kilka stron "przeszywający ból", dotykający niemal każdego bohatera w chwili, kiedy autorowi brakowało innych określeń, albo nie chciało się szukać synonimów.
Zacznę jednak od początku. Nie mam w zwyczaju kończyć beznadziejnych książek, nie przepadam za masochizmem. Jednak, jak już wspomniałam, "Tylko jedno spojrzenie" poznawałam w formie audiobooka. Słuchałam go w trakcie długiej, nocnej podróży, bez możliwości zorganizowania sobie innej lektury. Nie miałam wyboru. Albo Coben albo stukot kół i chrapanie współpasażerów intensyfikowane przez przeszywającą nudę i ciemność. Pozostało mi stawić czoła mniejszemu złu. Po powrocie do domu przez prawie dwa tygodnie zmuszałam się do wysłuchiwania ostatnich fragmentów i bynajmniej nie kończyłam tego czytadła dla siebie. Zrobiłam to, aby z czystym sercem móc napisać o nim parę słów i ostrzec innych przed popełnieniem błędu sięgania po nie.
Od powieści sensacyjnych i kryminałów z zasady nie oczekuję wiele. Jeśli książka jest poprawnie napisana, ma spójną, ciekawą akcję i nie pojawiają się w niej błędy, które mogę wychwycić, odwołując się jedynie do skromnej ilości wiedzy znajdującej się w mojej głowie, jestem zadowolona. A że powieści Cobena jest sporo zarówno w księgarniach, jak i na półkach moich znajomych, zaryzykowałam. Już nigdy więcej nie popełnię tego błędu.
W teorii zapowiadało się całkiem nieźle. Grace Lawson, żona, matka, malarka i ofiara masakry na koncercie sprzed wielu lat, znajduje wśród świeżo wywołanych zdjęć starą fotografię, na której widzi nie tylko przekreśloną twarz młodej dziewczyny, ale i młodszą wersję swojego męża. Kiedy pokazuje znalezisko swojej drugiej połówce, jej małżonek twierdzi, że nie ma z tym wszystkim nic wspólnego, po czym w środku nocy wychodzi z domu i znika. Grace postanawia go szukać, a wokół niej zaczynają pojawiać się ludzie zainteresowani nie tylko zdjęciem, ale i strzelaniną na imprezie muzycznej, z której kobieta ledwo uszła z życiem.
W praktyce, "Tylko jedno spojrzenie" nie spełnia ani jednego z moich trzech wymagań wobec tego typu powieści. Po pierwsze, język bywa straszny. "Przeszywający ból" nie jest jedynym permanentnie powtarzającym się sformułowaniem. Brak też synonimów. Słowa powtarzają się zdanie po zdaniu i, przynajmniej z mojego punktu widzenia (słyszenia), nie wyglądało to na celowy zabieg literacki. Co do akcji - tworzy całość, ale, przynajmniej mi, wydaje się naciągana. Jeden z bohaterów, gangster o niecodziennym nazwisku Vespa, zdaje się być postacią stworzoną tylko po to, aby wywoływać efekty aspirujące do miana deux ex machina. Główna bohaterka potrzebuje ochrony - jest Vespa. Trzeba wprowadzić postać muzyka, na którego koncercie miała miejsce masakra - zrobi to Vespa. Trzeba wymyślić sposób na uratowanie kogoś - nie martwcie się, mamy Vespę. O tym, kto stoi za wielką intrygą przedstawioną w powieści i jak wielce to prawdopodobne, nie wspomnę. W końcu wszędzie są masochiści. Błędy, które sama potrafię wychwycić także się pojawiły i aż raziły mózg przez uszy. Nie czuję się ekspertem w sprawie Korei Północnej, ale postać Erica Wu jest przekroczeniem wszelkich granic braku researchu. Rozumiem, że książka pochodzi z 2004 roku i znalezienie w internecie wszystkich potrzebnych informacji nie było wtedy możliwe, ale naprawdę wątpię, aby żyjący w Ameryce autor nie mógł dotrzeć do tych podstawowych poprzez przeczytanie kilku książek czy artykułów. Zacznijmy od tego, że ktoś z Korei Północnej raczej nie będzie nosił imienia Eric. Nazwisko Wu też jest raczej chińskie niż koreańskie. Jednak do moich ulubionych absurdów należy sześcioletni Eric Wu, żyjący samotnie w lesie przez kilka miesięcy, a może nawet lat. Oczywiście, doskonale sobie radzi. W kraju, w którym temperatura zimą spada poniżej zera, a ludzie z głodu jedzą nawet szczury. Serio? Czy Coben ma swoich czytelników za pozbawionych jakiejkolwiek wiedzy idiotów?
Pozostaje jeszcze kwestia lektora, którym w tym przypadku był Jacek Rozenek. Miałam już okazję słuchać powieści czytanych przez tego aktora i, jak dotąd, dobrze się sprawdzał. Uwielbiam także sposób, w jaki zdubbingował wiedźmina Geralta w grze "Wiedźmin 3: Dziki gon". Jednak w tym przypadku, Rozenek mnie zawiódł. Nie wiem, na ile to zasługa tekstu, a na ile braku zaangażowania, ale książka była czytana niedbale, za szybko, pochopnie, bez dobrego rozróżnienia na postaci i uwzględnienia zmiany tempa akcji. Może aktor, czytając "Tylko jedno spojrzenie" wstydził się jaki tekst firmuje swoim nazwiskiem i chciał mieć to jak najszybciej z głowy?
Podsumowując - nie róbcie sobie tego. Są tysiące lepszych książek. Lepiej napisanych, bardziej spójnych, ciekawszych. "Tylko jedno spojrzenie" to grubymi nićmi szyta intryga, która ani nie porywa, ani nie zachwyca. A jeśli ktoś się nie zgadza, niech wie, że od amerykańskiej sensacji wolę skandynawskie kryminały. Mimo tego dałam Cobenowi jedną szansę, którą sromotnie zaprzepaścił.

czwartek, 3 listopada 2016

Czy z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach? - "Bracia Burgess" E. Strout.

E. Strout, "Bracia Burgess", tłumaczenie M. Maruszkin, Wydawnictwo Wielka Litera 2016

Kiedy przeczytałam krótki opis na okładce "Braci Burgess" Elizabeth Strout, pomyślałam, że mam pecha. Po raz kolejny trafiłam na książkę, w której pojawiają się prawnicy. To chyba jakieś fatum... Jednak "Braci Burgess" z pewnością nie wybrałam ze względu na opis na okładce. Do samej autorki przekonał mnie magazyn "Książki", którego recenzjom zazwyczaj wierzę. Dzięki jednej z nich przeczytałam "Mam na imię Lucy". Po "Braci Burgess" sięgnęłam już sama, wierząc, że szanse na to, że ktoś, kto napisał bardzo dobrą książkę, stworzy również bardzo złą, są nikłe. Nie myliłam się. "Bracia Burgess" to kilka godzin wciągającej, wzruszającej lektury na najwyższym poziomie.
Strout ma niezwykły talent do opisywania trudnych rzeczy za pomocą prostych słów. Czytając jej prozę, nie spotkamy się z szeregami zdań złożonych i wyszukanymi frazami. Jest to ewidentna zaleta, ponieważ, dzięki takiemu podejściu, bohaterowie "Braci Burgess" nabierają autentyczności. Również dialogi wydają się być niewymuszone. Każda z postaci mówi na swój sposób, ale tak. że równie dobrze moglibyśmy usłyszeć takie słowa od brata czy sąsiada. Zaletą prozy Strout jest naturalność. Dzięki niej język staje się elementem tła opowiadanej historii.
A o czym dokładnie opowiadają "Bracia Burgess"? O relacjach rodzinnych, międzyludzkich, o nieszczerości, przemilczaniu, chowanych urazach, ukrywanej agresji. O rozpadzie więzi. Ale także o społeczeństwie, które nie daje sobie rady z innością, z przezwyciężeniem własnych uprzedzeń. Głównymi bohaterami są tytułowi bracia Jim i Bob, oraz siostra bliźniaczka tego drugiego, Susan. Pochodzą oni z małego miasteczka Shirley Falls w konserwatywnym i purytańskim stanie Maine. Każde z nich żyje swoim życiem i zmaga się z własnymi problemami. Jim - odnoszący sukcesy nowojorski prawnik korporacyjny razem z kochającą żoną Helen cierpią na syndrom opuszczonego gniazda po wysłaniu na studia trójki swoich dzieci. Bob, również prawnik z Nowego Jorku, ale na znacznie niższym szczeblu, zmaga się nie tylko z rozwodem ale i traumą z dzieciństwa. Wszystko wskazuje na to, że w wieku czterech lat doprowadził do śmierci ojca, a sam nawet tego nie pamięta. Natomiast Susan, samotna i opuszczona zarówno przez braci, jak i przez męża, nadal mieszka w rodzinnym miasteczku i wychowuje tam samotnie nastoletniego syna, Zacha. W powieści starają się zachowywać status quo. Aż pewnego dnia Zach wrzuca świński łeb do pobliskiego meczetu, do którego uczęszczają Somalijczycy. Uporządkowany świat rodziny Burgessów zaczyna się walić.
Drugą, równie ważną płaszczyzną "Braci Burgess" są relacje społeczne. Na długo przed incydentem z udziałem Zacha do homogenicznego miasteczka wprowadzają się uciekający przed wojną i prześladowaniami uchodźcy z Somalii. Strout pokazuje nam zarówno ich niepewność, zagubienie w zderzeniu z całkowicie obcą kulturą i tęsknotę za własną ojczyzną, jak i postawę mieszkańców Shirley Falls, którzy z jednej strony mówią o tolerancji, a z drugiej cały czas traktują Somalijczyków jak obcych, nazbyt odbiegających od gloryfikowanego przez nich wzoru. Miejscowi krytykują przybyszów za brak znajomości języka, a sami zazwyczaj nie potrafią poprawnie wymówić nazwy ich narodowości w swojej ojczystej mowie. 
Trudno mi znaleźć złe strony w powieści Elizabeth Strout i nie mam zamiaru doszukiwać się ich na siłę. Osiągnięcia autorki mówią same za siebie: za jedną ze swoich książek dostała Pulitzera, za inną, nominowano ją do Nagrody Bookera. W "Braciach Burgess" Strout wykorzystuje nie tylko swoje umiejętności opisywania psychologicznej głębi postaci i relacji społecznych, ale także korzysta z wykształcenia prawniczego, aby jak najlepiej ukazać czytelnikom mechanizmy, które rządzą życiem człowieka popełniającego wykroczenie lub przestępstwo. Autorka przedstawia nam błyskotliwą opowieść o tym jak ludzki egoizm zwycięża nad powinnościami i szeroko pojętą moralnością. Naprawdę warto się z nią zapoznać.

poniedziałek, 31 października 2016

Tej książki nie będę oceniać - kilka przemyśleń o "Zabić drozda" Harper Lee

H. Lee, "Zabić drozda", tłumaczenie Z. Kierszys, Wydawnictwo Zysk i s-ka 1996.
Wychodzę z założenia, że istnieją książki, których nie powinnam recenzować. Owszem, jak każdy, mogę napisać, czy podobały mi się czy nie, ale obawiam się, że dalsza ocena Joyce'a, Dostojewskiego, Balzaca, Miłosza, Marqueza i innych pisarzy należących już do kanonu, i reprezentujących poziom mistrzowski, przez czytelnika trochę obytego, ale nie mającego przynajmniej stopnia doktora nauk humanistycznych, byłaby rażącym nadużyciem. Mniej więcej takim jak pisanie przez rozgoryczonych gimnazjalistów recenzji lektur na Lubimy Czytać. (Wrrr, baba od polaka kazała mi przeczytać ten przydługi badziew a o dziwnie gadających rycerzach i jakiejś Danusi, więc pokażę wszystkim, jaka to głupia książka.) Nie mam nic do gimnazjalistów i sama przeżywałam katusze czytając Sienkiewicza, ale za moich czasów internet był w Polsce w powijakach, więc nie przyszło mi do głowy dzielenie się tą nienawiścią z całym światem.
Do książek, których nie odważę się recenzować muszę zaliczyć "Zabić drozda" Harper Lee. Powieść ta nie tylko zdobyła Pulitzera, ale także na stałe trafiła do kanonu literatury światowej. Jest to historia fikcyjnego miasteczka w Alabamie opowiedziana z perspektywy około siedmioletniej córki lokalnego prawnika. Jean Louise prawdopodobnie wiodłaby spokojne, wolne od trosk, życie, gdyby nie fakt, że jej ojciec broni w procesie o gwałt czarnoskórego mężczyzny oskarżanego przez białych. Akcja powieści dzieje się w latach trzydziestych, gdy Alabama miała jeszcze dużo do przepracowania w kwestii równouprawnienia tych, których najchętniej nadal widziałaby w roli niewolników. Fakt, że narratorem jest dziecko, istota względnie niewinna, mająca za najbliższą kobietę czarnoskórą kucharkę (jej matka zmarła, kiedy dziewczynka miała dwa lata) sprawia, że czytelnik patrzy na fabułę z zerowego, pozbawionego uprzedzeń punktu widzenia. Jean Louise dopiero uczy się, że większość dorosłych wokół niej jest zdolna określać poziom człowieczeństwa drugiej osoby na podstawie koloru skóry.
Rasizm jest dla mnie zjawiskiem strasznym, skandalicznym wręcz. Mimo wszelkich starań, mamy z nim do czynienia w Stanach Zjednoczonych, gdzie walczy się z nim od lat, ale nadal tkwi głęboko w sercach niektórych białych, którzy nie potrafią odnaleźć w sobie niczego wywyższającego ich ponad innych, więc skupiają się na kolorze skóry. Ku mojej rozpaczy, niektórzy skandalizujący populiści, uzurpujący sobie prawo do kandydowania na prezydenta USA, wykorzystują tę nienawiść i lęk, by zrealizować swój plan zdobycia urzędu. Niestety, z rasizmem mamy też coraz częściej do czynienia w Polsce, w której obecna władza zachowuję się tak, jakby chciała go legitymizować. W porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi, zjawisko to w Polsce wydaje się marginalne, ale tylko dlatego, że nasze społeczeństwo jest niezwykle homogeniczne pod względem rasowym, a ludzie boją się tego, czego nie znają i za wszelką cenę starają się to wykluczyć. Miałam w swoim życiu przyjemność poznania ludzi różnych ras i religii. Nie ze wszystkimi się zgadzałam, ale zapewniam, że każdy z nich był pełnowartościowym człowiekiem. Tę prawdę usiłuje nam przekazać Harper Lee w swojej powieści.
Po przeczytaniu "Zabić drozda" zrobiłam mały research. Okazuje się, że książka ta jest jedną z najczęściej omawianych na lekcjach angielskiego w USA. Potem zrewidowałam moją pamięć i lektury, które sama przerabiałam. Z tych, opisujących dawną Amerykę, znalazłam tylko "Przygody Tomka Sawyera" Marka Twaina. Przerabiałam je w szkole podstawowej, więc zamiana nie wchodzi w grę. Jednak potem pomyślałam o gimnazjum i o tym, że jako "lekturę wybraną przez nauczyciela" musiałam przecierpieć kiedyś "Alchemika" Coelho. Dochodzę więc do wniosku, miejsce na lepszą książę w kanonie się znajdzie. Może powinniśmy pójść drogą amerykańskich uczniów i podyskutować o tym jak kiedyś wyglądały uprzedzenia i do jak absurdalnych i krzywdzących sytuacji mogą one prowadzić? Ale, co ja mówię, chwilowo szkoła kultywuje wartości narodowe, więc amerykański klasyk się raczej nie załapie.
"Zabić drozda" Harper Lee polecam każdemu. Ta książka otwiera jakąś szufladkę w ludzkiej wrażliwości i każe pomyśleć o tym, czy wojująca większość zawsze ma rację. Poza tym przygody Jean Louise i jej brata czyta się z niekłamaną przyjemnością. Można sobie uświadomić jak beztroskie było dzieciństwo, kiedy komputery i internet nie istniały nawet w formie projektu. To po prostu kawał dobrej literatury. I specjalnie nie odnoszę się tutaj do rozwiewającego nadzieje kontynuacji "Zabić drozda" - "Idź, postaw wartownika", ponieważ nie do końca wiadomo, czy książka ta została wydana na życzenie pisarki, czy żądnej zysków prawniczki, wykorzystującej staruszkę po udarze. 

piątek, 28 października 2016

Intelektualny misz-masz, czyli o "Interwencjach 2" Michela Houellebecqa

M. Houellebecq, "Interwencje 2", przełożyła B. Geppert, Wydawnictwo Literackie 2016.

Gdybym choć odrobinę bardziej zgadzała się z Houellebecqiem, pewnie bym go nie znosiła. A jako że jego i moje poglądy pokrywają się może w jednym procencie, znajduję w nim przede wszystkim oponenta. Jest to jednak antagonista na wskroś ciekawy. Houellebecq, w przeciwieństwie do innych popularnych głosicieli światopoglądu, z którym zgodzić się nie mogę (jak na przykład Donald Trump, Tomasz Terlikowski czy Rafał A. Ziemkiewicz), podpiera swoje wywody przemyśleniami typowego francuskiego intelektualisty, człowieka, mającego za sobą lekturę imponującego kanonu lektur i długie godziny analiz. Więcej, pisarz wydaje się być w każdej chwili gotowy na dyskusję i ma odpowiedź na każde z niewygodnych pytań. 
Doskonale widać to w "Interwencjach 2", które nie są kolejną powieścią autora, ale zbiorem jego tekstów publicystycznych, krytyczno-literackich, wywiadów itp. Wadą tej kompilacji jest jej nieaktualność. Francuskie wydanie trafiło bowiem do księgarń w 2009 roku, a teksty, na które składa się zbiór powstawały w okresie od wczesnych lat dziewięćdziesiątych do września 2008. Brak komentarzy dotyczących wydarzeń we Francji w ostatnich dwóch latach i odniesień do reakcji opinii publicznej po ukazaniu się "Uległości" jest rażąco zauważalny. Nie zmienia to jednak faktu, że teksty Houellebecqa czyta się z niebywałą przyjemnością. Pisarz, jak zwykle zresztą, nie oszczędza nikogo. Obrywa się feministkom, kościołowi, islamistom, kilkunastu prominentnym przedstawicielom kultury francuskiej (zarówno żyjącym jak i już nie), politykom, artystom, pornografii... Wymienianie wszystkich nie ma najmniejszego sensu. Jednakże czytając Houellebecqa mam wrażenie, że przynajmniej część z tych zarzutów jest słuszna, a nawet jeśli nie, pasują one do bardzo spójnego i przemyślanego światopoglądu autora. Warto również zauważyć, że pisarz nie tylko atakuje, ale również się broni, odnosząc się w zamieszczonych w książce tekstach chociażby do kontrowersyjnego zdania z "Platformy", przedstawiającego islam, jako najgłupszą religię świata. Już ten wątek pokazuje bezkompromisowość Houellebecqa - nie ugina się on przed groźbami, ale tłumaczy co miał na myśli, nie odbierając słowom, które włożył niegdyś w usta jednej z postaci, ich pierwotnego znaczenia. 
Jeśli kogoś niekoniecznie interesuje światopogląd francuskiego skandalisty, również może odnaleźć w "Interwencjach 2" coś dla siebie. Mowa o niezwykle dynamicznej, bezkompromisowej retoryce wywodów pisarza. Czegokolwiek byśmy o Houellebecqu nie powiedzieli, potrafi on składać słowa we frazy, które, mimo ich złożoności, czyta się jednym tchem. Niejeden pisarz czy publicysta mógłby się od Francuza uczyć. Poza tym teksty autora "Cząstek elementarnych" są ciekawym komentarzem do rzeczywistości, zarówno tej przeszłej, jak i nam współczesnej, ponieważ Houellebecq, chcąc nie chcąc, ma w sobie coś z futurologa.
Podsumowując, "Interwencje 2" Michela Houellebecqa są z pewnością gratką dla fanów pisarza, ale nie tylko dla nich. Czytanie zbioru tekstów Francuza jest czystą przyjemnością, ponieważ to, po prostu, wybitnie napisane teksty. Tylko przed lekturą, drogi czytelniku, przygotuj się na to, że Houellebecq Cię obrazi. A nawet jeśli uda Ci się wejść do tej niewielkiej grupy, której pisarz w żaden sposób nie krytykuje, na pewno obrażony zostanie ktoś, kogo cenisz lub lubisz. Jednak, o ile nie jesteś wybuchowym pieniaczem i cenisz dobry tekst, zapewniam, że Houellebecq zrobi to wszystko w taki sposób, że przyjmiesz od niego burę, jeśli nie z zachwytem, to chociażby z błąkającym się na ustach uśmiechem człowieka, który właśnie przeczytał świetnie sformułowaną frazę.

czwartek, 27 października 2016

"Immunitet" Remigiusza Mroza, czyli o tym jak całkiem ciekawa seria zmierza w stronę telenoweli

R. Mróz, "Immunitet", Wydawnictwo Czarta Strona, 2016.

Na samym początku przyznam się, że książki Remigiusza Mroza traktuję trochę po macoszemu. Otóż, nie czytam ich, a korzystam z audiobooków. Nie mam zamiaru wdawać się w dyskusje na temat tego, czy książka w wersji audio jest lepsza czy gorsza. Faktem jest jednak to, że czytając, całkowicie skupiam się na lekturze, natomiast słuchając audiobooka, wykonuję szereg innych czynności od gotowania przez sprzątanie, na zakupach kończąc. Do "Immunitetu" podchodziłam jednak trochę uważniej, ponieważ słuchałam go głównie podczas stanowczo zbyt długiej, nocnej jazdy autobusem na trasie Berlin-Kopenhaga, dlatego odważę się napisać kilka słów na temat kolejnej odsłony sądowo-towarzyskich perypetii Chyłki i Zordona. A jako, że to mój pierwszy tekst dotyczący tej serii, nie powstrzymam się odnośnie kilku komentarzy na temat ogółu przygód tego duetu.
"Immunitet" to coś pomiędzy kryminałem, a opowieścią z sali sądowej. Całą serię poleciła mi przyjaciółka, która uwielbia powieści, w których głównym wątkiem jest rozwiązywanie tajemnic dotyczących zbrodni. Niestety, powiedziała mi również, że Mróz pisze o prawnikach, co od początku trochę mnie zniechęciło, ponieważ, łagodnie mówiąc, nie przepadam za tą grupą zawodową. Nie potrafię sobie wyobrazić jak wielkie mniemanie trzeba mieć o sobie, aby odważyć się decydować, nawet w ramach określonych przepisów, o losie, winie lub niewinności drugiego człowieka. O bronieniu tych ewidentnie winnych i skazywaniu niewinnych nawet nie wspomnę. Ten rodzaj bufonady i arogancji od początku można było odnaleźć w dwójce głównych bohaterów. W "Immunitecie" coś jednak zaczyna w nich ewoluować i jest to niezaprzeczalny plus. 
Jeśli mowa już o prawniczej "nieomylności", warto wspomnieć o fabule. Na kartach "Immunitetu" Joannie Chyłce i Kordianowi Oryńskiemu przychodzi bronić najmłodszego w historii sędziego Trybunału Konstytucyjnego, który, jak szybko się okazuje, do krystalicznych postaci nie należy. Nie chcę jednak zdradzać zbyt wiele z, moim zdaniem, odrobinę przekombinowanej intrygi. Powiem tylko tyle, że autor każe nam sądzić, że mamy do czynienia z wielkim spiskiem. A jak jest naprawdę? Sami przeczytajcie (lub przesłuchajcie). Ponieważ warto, chociażby dla humoru, odwołań popkulturowych czy drobnych napomknięć o sytuacji politycznej w kraju (z punktu widzenia prawnika, oczywiście). Książka potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanych momentach i wyjaśnia nam co nieco z pogrążonej do tej pory we mgle przeszłości Chyłki. Niezwykłą wisienkę na torcie znajdą też ci, którzy, tak jak prawniczka, znają na pamięć wszystkie płyty Iron Maiden.
Dużo słabszą stroną są definitywnie wątki towarzyskie. Kormak jakby stracił swoją ikrę, alkoholizm prawniczki wydaje się serią powtarzających się schematów, a wydarzenia między Kordianem i Joanną już tak długo mają status quo, że powoli przestaję się nimi emocjonować (może do momentu wielkiego finału). Kiedy dołączymy do tego wątki dotyczące ojca Chyłki i mecenasa Żelaznego fabuła zaczyna niebezpiecznie zbliżać się w stronę telenoweli. A jeśli nie do typowej opery mydlanej to do czegoś na wzór "Prawa Agaty" (emitowali to kiedyś na TVNie przed Wojewódzkim, o ile dobrze pamiętam ;))
Podsumowując, "Immunitet" nie jest książką wybitną. Pewnie można znaleźć tam kilka błędów, niedociągnięć, itd. Ale, przynajmniej w moim mniemaniu, nie ma to być arcydzieło, ale przyjemna lektura na leniwe popołudnie. Kolejna część przygód Chyłki i Zordona doskonale sprawdza się w tej roli. Nie wymagam od niej nic więcej.
A dla tych, którzy twierdzą, że słuchanie audiobooków to nie czytanie - pan Krzysztof Gosztyła jako lektor sprawdza się znakomicie. Nikt tak jak on nie potrafi oddać irytującego spowolnienia Lwa Buchelta i sprawić, że nie można doczekać się kolejnych słów opowieści. W porównaniu z nim nawet Anna Dereszowska wydaje się trochę nie miejscu, kiedy udziela swojego głosu Chyłce ;)
I jeszcze jedno - pisząc ten tekst, słuchałam Iron Maiden :)

środa, 26 października 2016

"Harry Potter i przeklęte dziecko" J.K. Rowling, J. Tiffany'ego i J. Thorne'a, czyli wielka nadzieja i małe rozczarowanie.

Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły wcześniejszych historii o Harrym Potterze.
J.K. Rowling, J. Tiffany, J. Thorne "Harry Potter i przeklęte dziecko", 
Tłumaczenie: M. Hesko-Kołodzińska i P. Budkiewicz, wydawnictwo Media Rodzina 2016.

Serię o Harrym Potterze zaczęłam czytać jako jedenastolatka i to od drugiego tomu. Potem był czwarty, trzeci i pierwszy. W roku 2001 więcej nie było. Wspomnienia o tym jak wykradałam z bieliźniarki mojej babci "Więźnia Azkabanu" kilka dni przed urodzinami, na które miałam go dostać, zawsze pozostaną dla mnie częścią magii świata czarodziejów. Harry Potter sprawił, że złapałam bakcyla czytelnictwa i zostało mi to do dziś. Od czasu "Zakonu Feniksa" rozentuzjazmowana wyczekiwałam polskich premier kolejnych części, wściekła na cały świat, że anglojęzyczni czytelnicy mogą poznać dalsze losy bohatera dużo wcześniej. Był to dla mnie szczyt niesprawiedliwości.
Do ósmej części podeszłam jednak z większym dystansem. Niby mogłam ją kupić już w dniu światowej premiery. Dwa dni po niej miałam nawet książkę w ręku, czekając na samolot na kopenhaskim lotnisku. Przeczytałam wtedy pierwsze kilka stron i dałam sobie spokój. Bałam się, że zabiję całą magię dzieciństwa. Mimo to poszłam na polską premierę książki, bawiłam się na niej jak pięciolatka, nadal mam na nadgarstku naklejany tatuaż z logo pojawiającym się na okładce, zrobiono mi kilka potencjalnie kompromitujących zdjęć, a kiedy czterdzieści minut po północy odeszłam od kasy z własnym egzemplarzem, uśmiech nie schodził mi z twarzy. "Harry'ego Pottera i przeklęte dziecko" otworzyłam jednak dopiero dzisiaj, ponieważ mój dziecięcy entuzjazm się wyczerpał. Wolałam skończyć doczytaną do połowy powieść Dostojewskiego. Pomyśleć, że kiedyś w dniu premiery Harry'ego potrafiłam rzucić wszystko, od lektury zadanej na dzień następny do innej, fascynującej dla mnie powieści.
Rezerwa ta po części wynikała z rozczarowania. (Tutaj pojawią się wspomniane spoilery.) Ponieważ "Insygnia Śmierci" skończyły się beznadziejnie. Po bitwie, po stratach, po zgliszczach i podwalinach nowej nadziei J.K Rowling zaserwowała swoim czytelnikom cukierkowy epilog o tym jak wszyscy się kochają, mają idealne dzieci, które odprowadzają do szkoły. Ba, nawet zachowują się uprzejmie w stosunku do swoich wrogów. Lukier lał się strumieniami. I co z tego, że większość czytelników tego oczekiwała? Autor nie powinien karmić fanów banałem. (Patrzcie na G.R.R. Martina - ten dopiero się nie patyczkuje!) Właśnie przesłodzonej fabuły obawiałam się w "Przeklętym dziecku" i ... cóż, trudno powiedzieć.
"Harry Potter i przeklęte dziecko" zaczyna się od sceny z epilogu "Insygniów śmierci". Oczywiście przepisanej, ponieważ ósma część przygód już nie takiego młodego czarodzieja jest dramatem. Mi to nie przeszkadzało, ponieważ miałam przed oczami dziesiątki, jeśli nie setki scenariuszy teatralnych i tekstów dramatów współczesnych, więc zdążyłam się przyzwyczaić. Jednak ten rodzaj literacki dla wielu jest uciążliwy. Odbiera też część z radości czytania, ponieważ większość uczuć postaci, a także sposób ich myślenia, jest przed czytelnikiem ukryty. Forma dramatu ma jednak i swoje dobre strony: nie ma bohatera wiodącego, obserwujemy wydarzenia z perspektywy ogólnej, nie mamy do czynienia tylko z Harrym, ale i jego rodziną, przyjaciółmi, czy dziećmi. Większość wydarzeń skupia się wokół Albusa Severusa Pottera - młodszego syna chłopca, który przeżył i Scorpiusa Malfoya - jedynego potomka Dracona.
Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły "Przeklętego dziecka". Powiem jednak, że nasi ukochani bohaterowie spadają z piedestału. Utracili na swojej niemal pomnikowej doskonałości i wyszło im to na dobre. Nie zaprzeczam, że i w siedmiu poprzednich częściach nie byli całkowicie wolni od przywar, ale, cóż, jak już wspominałam, ten lukrowy epilog... Jeśli chodzi o samą intrygę, wydaje mi się ona grubymi nićmi szyta. Być może ma na to wpływ forma, ale powieści dużo bardziej wciągały i zaskakiwały. Sztuka jest raczej przewidywalna. Dużo też odwołań do przeszłości, powtarzalności motywów. Kiedy bohaterowie po raz kolejny wykonują tę samą czynność, aby wszystko zmienić, czytelnik nie jest już zaskoczony. Troszeczkę rozczarowuje również zakończenie, które trwa zbyt krótko i brakuje mu rozmachu. Na szczęście, tym razem postaci do końca pozostają sobą i nic nie dzieje się dwadzieścia lat po akcji "Przeklętego dziecka".
"Harry Potter i przeklęte dziecko" to pozycja dla fanów i chyba tylko dla nich. Oddaje nam świat naszego dzieciństwa, w innej, bardziej dorosłej formie. I dobrze. Przez samo odczarowanie znienawidzonego przeze mnie zakończenia ma wielki plus. Pokazuje również, że nawet czarodzieje mogą być prawdziwymi ludźmi z całkiem przeciętnymi problemami rodzinnymi. Jeśli chodzi o brak rozmachu, śmiem przypuszczać, że wymusza to przeznaczenie tekstu dla teatru. Wydaje mi się, że zobaczenie sztuki na żywo dla wielu z nas graniczy z cudem, dlatego cieszę się, że książka została wydana. Ale tym, którzy Harry'ego Pottera nie kochają bezwarunkowo całym sercem polecam siedem długich powieści.