Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Znak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 stycznia 2018

Pisarskie rozmyślania o ekonomii, czyli "Dług. Rozrachunek z ciemną stroną bogactwa" Margaret Atwood

M.Atwood, "Dług. Rozrachunek z ciemną stroną bogactwa", tłumaczenie T.Macios, Wydawnictwo Znak, 2010.

Przyznam, że mam z książką "Dług. Rozrachunek z ciemną stroną bogactwa" Margaret Atwood spory problem. Z jednej strony nie chcę wmawiać Wam, że jest to lektura wciągająca i arcyciekawa, a z drugiej wiem, że przemyślenia w niej przedstawione są bardzo rozsądne, a konkluzja słuszna. I wszystko było by dobrze, gdyby nie ta ekonomia. Bo nie dość, że za nią nie przepadam to mam z nią sporo negatywnych doświadczeń.
Książka Margaret Atwood to zbiór esejów opowiadających o różnego rodzaju długach, podejściu do pieniądza i jego wartości oraz różnicach społecznych, związanych ze statusem majątkowym. Mówi ona także o tym, że są sytuacje, w których nasze kredyty czy wierzytelności nie dotyczą pieniędzy sensu stricte. Możemy być winni przysługę czy szacunek. Wszystko zależy od sytuacji. Całość autorka popiera przykładami, zarówno literackimi, jak i tymi wziętymi z codziennego życia.
Gdyby tę książkę napisał ktoś inny, prawdopodobnie bym jej nie przeczytała. Atwood stała się jednak dla mnie ostatnio autorką, po którą warto sięgnąć. Nawet wtedy, gdy opowiada o tematach trudnych. Nasza kultura uczy nas, że pieniądze są czymś, o czym się nie rozmawia. Jednak od ich posiadania zależy nasz los. I nie tylko od posiadania. Także od tego, co robimy, gdy je mamy. Przewijający się przez całość motyw dłużnik-wierzyciel pokazuje, że wierzytelności towarzyszą nam od zarania dziejów. Ciekawe jest to, jak autorka odwołuje się do motywów literackich. Przyznam, że większość z nich pochodziła z literatury anglojęzycznej, często nieprzetłumaczonej do tej pory na język polski i była dla mnie nieznana, jednak Atwood nakreśliła wszystko na tyle wyraźnie, że łatwo było zrozumieć jej intencje. Odpowiedzialny jest za to styl i ogromne zasoby wiedzy pisarki. Eseje są bowiem niezwykle przemyślane i przejrzyste. Nietrudno je zrozumieć, mimo że opowiadają o skomplikowanych zagadnieniach wymagających długotrwałej analizy. Najciekawszy jest jednak ten ostatni, wydający się swoistą konkluzją książki. Jest to współczesna wersja "Opowieści wigilijnej" Dickensa, w której to bogaty Scrooge musi sobie uświadomić jak bardzo krzywdził nie tylko ludzi, ale planetę Ziemię. I choć obraz nakreślony przez Atwood wydaje się utopijny i nierealny, może zauroczyć. Szczególnie fanów pisarki, którym przypomni wątki z trylogii "Maddaddam". Nie będę jednak ukrywać, że mimo lekkości stylu i budującej konkluzji, książkę czytałam z umiarkowanym entuzjazmem. Jestem w stanie przeczytać pięćdziesiąt stron o ekonomii. Ponad dwieście pięćdziesiąt trochę mnie przerosło.
Nie będę polecać Wam tej książki. Jednak jeśli lubicie ekonomię, zastanawiacie się nas rolą człowieka na świecie i relacją dłużnik-wierzyciel poświęćcie jej chwilę czasu. Może otworzy Wam oczy, może znudzi. Ja, mimo tej odrobiny znużenia, nie żałuję czasu poświęconego na tę lekturę "Długu. Rozrachunku z ciemną stroną bogactwa" Margaret Atwood.

PS Na podstawie tej książki nakręcono również film zatytułowany "Payback" czy też "Dług według Margaret Atwood". Nie widziałam go, więc trudno mi się wypowiadać, ale może jest on alternatywą dla czytania tej nazbyt ekonomicznej książki. 

czwartek, 21 września 2017

O książce mistrzyni, której raz coś się nie udało, czyli "Rok królika" Joanny Bator

J.Bator, "Rok królika", Wydawnictwo Znak, 2016.

Wielu przestrzegało mnie przed najnowszą powieścią Joanny Bator. Czytałam wiele niepochlebnych recenzji i całą masę utyskiwań nad jakością tej książki. Mimo tego musiałam przekonać się sama. I gdyby nie fakt, że zostałam zmuszona do spędzenia ośmiu godzin w pociągu relacji Poznań-Kraków pewnie nigdy nie skończyłabym "Roku królika".
Julia Mrok to autorka romansów historycznych, żyjąca na co dzień z dwoma mężczyznami. Nie stroni od rozkoszy i ponad wszystko pragnie opowieści. Te ostatnie inspirowane są nagłówkami tabloidów i historiami ludzi, którzy pojawiają się w jej życiu. Pewnego dnia Julia, zauważając pewien dysonans w swoim nietypowym związku, postanawia zniknąć. Zmienia tożsamość oraz wygląd i opuszcza Warszawę by trafić do Ząbkowic Śląskich, gdzie melduje się do hotelu, w którym znajduje się tajemnicze spa "pod królikiem". Wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a Julia Mrok musi zmierzyć się nie tylko z niespodziewanym biegiem wydarzeń, ale i z własną przeszłością.
Tyle z intrygującej fabuły. Trzeba przyznać, że jest ona raczej tłem do językowych popisów autorki. A te cieszą oko i wzbudzają podziw przez, mniej więcej, pierwsze sto stron. Potem irytują, nudzą i wydają się wymuszone. Tak jak ciągłe nawiązywanie do nagłówków tabloidów. Owszem - jest to pomysł świeży i intrygujący, ale w przypadku "Roku królika" nazbyt eksploatowany. Przytoczenie kilku nagłówków jest dla wymagającego czytelnika ciekawostką językową, ale po pewnym czasie zaczyna irytować. Gdyby ktoś chciał zgłębiać świat przez pryzmat tego typu "twórczości" czytałby "Fakt" i "Super Express", a nie powieść laureatki nagrody Nike. Poza tym może się wydawać, ze sama autorka się w tej zabawie pogubiła i dała ponieść magii nagłówków, wytaczającej ścieżki głównej bohaterki. To samo tyczy się poszukiwania przez Julię Mrok opowieści i fragmentów jej własnego "dzieła" przedstawianych na karatach powieści. Parodia romansu historycznego - bo zakładam, że miała to być parodia, bawi przez krótką chwilę, ale w książce przytaczane są dłuższe fragmenty owym czytadłem będące i sprawiające, że wprawny czytelnik pragnie wyłupić sobie oczy. Nadmiar jest problemem tej książki - w nadmiarze tajemnic, niedopowiedzeń, przypadków i eksperymentów językowych czytelnik się gubi. Bowiem stosowanie tych ostatnich tak spiętrza znaczenia, że bohaterowie zdają się zanikać pod ich warstwą razem z całą zagadką i grozą, która według założeń powinna się w tej powieści pojawić. Kolejnym problemem "Roku królika" jest podobieństwo do poprzedniego dzieła Bator - "Ciemno, prawie noc". Tutaj też mamy specyficzną bohaterkę zmieniającą swoje życie, tajemnice, niedopowiedzenia i ciekawy język. Tylko w poprzedniej powieści autorka trzymała to wszystko w cuglach. W "Roku królika" się pogubiła i choć nadal jest dla mnie mistrzynią słowa, nie potrafię pogodzić się z zanikiem klarowności fabuły. Kwestią do osobnej analizy jest sama Julia Mrok - bohaterka na wskroś egocentryczna, zaślepiona swą pasją do opowieści i pomijająca znaczenie ludzi w nich opisywanych. Świat to jedynie jej marionetki - muszą grać tak, jak ona im zagra, odgrywać jej powieść, ewentualnie przekształcać ją wciąż na nowo.
"Rok królika" to opowieść o kobiecie, która łaknie historii i chce skonstruować tą własną. Niestety, w nadmiarze znaczeń i smaczków językowych opowieść o Julii Mrok ginie i staje się męczącym chaosem, z którego czytelnik chce się wyrwać. Dlatego też, miłośnicy literatury, nie popełniajcie mojego błędu, trzymajcie się z dala od tej książki, bowiem Bator to mistrzyni, której raz coś się nie udało...

wtorek, 14 marca 2017

O ewolucji pisarki, czyli "Jak zmieniałam zdanie" Zadie Smith

Z.Smith, "Jak zmieniałam zdanie", tłumaczenie A.Pokojska, Wydawnictwo Znak, 2010.
Uwielbiam Zadie Smith. Mój czytelniczo-pisarski związek z tą autorką powstał przypadkowo, kiedy podczas długich wakacji między maturą a studiami swoją okładką w bibliotece przyciągnął mnie "Łowca autografów". Do dziś dziękuję wydawcom za wybranie tak jaskrawego koloru do tego wydania, bo inaczej nigdy nie trafiłabym na jedną z moich ulubionych pisarek. W tamte wakacje połknęłam wszystkie dostępne książki Zadie Smith. "N-W" czytałam później w oryginale, z utęsknieniem czekam na tłumaczenie "Swing time", ale nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z esejami tej autorki. Jednak i one trafiły do mnie przypadkiem. I również zachwyciły.
"Jak zmieniałam zdanie" to zbiór krótkich tekstów Zadie Smith zbieranych przez lata i pisanych, głównie, na zlecenie różnych czasopism. Znajdują się tam również spisane przemówienia wygłaszane na uniwersytetach czy w bibliotekach. Całość dzieli się na pięć części: CZYTANIE, BYCIE, PATRZENIE, CZUCIE i PAMIĘTANIE, które łączą motywy przewodnie tekstów. A opowiadają one o przeróżnych aspektach życia, przede wszystkim jednak o literaturze, kulturze i sytuacjach społeczno-socjologicznych. Zadie Smith opowiada w większości o postaciach wybitnych, o których chcę się czytać, i które chce się analizować. Jako przykład mogę wspomnieć Barthes'a, Nabokowa, Kafkę, Viscontiego, Hepburn czy Garbo.
Przyznam, że czytając "Jak zmieniałam zdanie" czułam się jak na studiach (polonistycznych). Jednak nie było to żmudne przebijanie się przez tekst krytyczno-literacki napisany niezrozumiałym językiem i naszpikowany pojęciami, które normalnego człowieka przyprawiają o chęć ucieczki. Eseje Zadie Smith przypominały mi te piękne momenty, kiedy między górą nazbyt skodyfikowanych tekstów odnajdywałam ten prostszy w budowie, barwniejszy i jednocześnie inspirujący, zachęcający do dalszych refleksji. Oczywiście w zbiorze tym znajdą się lepsze i gorsze fragmenty. Z trudnością czytałam teksty nawiązujące do książek Davida Fostera Wallace'a, którego twórczości jeszcze nie znam (choć przyznaję, że jego "Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi" znajdują się na mojej liście "do przeczytania" od kiedy tylko przetłumaczono je na język polski). Jednak zachwycona byłam dywagacjami na temat Franza Kafki, a także zestawieniem Katherine Hepburn z Gretą Garbo. Muszę przyznać, że PATRZENIE uznaję za moją ulubioną część tego zbioru. Smith nie tylko opowiada tam o fascynujących ją twórcach, ale, chociażby, na podstawie filmu Viscontiego analizuje rolę kobiety na ekranie i w przemyśle filmowym. W tym rozdziale mamy też do czynienia ze zderzeniem ambitnej pisarki, gustującej w starych filmach, z seansami w multipleksie, gdzie najpopularniejsze są płytkie komedie romantyczne. Trudno opisywać każdy z tematów, jaki porusza Zadie Smith, szczególnie, że w jednym eseju czasami znajduje się ich kilka. Zapewniam jednak, że całość stanowi spójną, intelektualną przygodę, którą warto przeżyć. Jednak "Jak zmieniałam zdanie" ukazuje nam coś jeszcze. Smith zadebiutowała w wieku dwudziestu pięciu lat i została, słusznie zresztą, od razu doceniona przez krytyków i czytelników. Eseje, znajdujące się w tym zbiorze zostały wydane dziesięć lat po debiucie tej autorki, jednak pisane były na przestrzeni lat. I muszę przyznać, że pojawiająca się stopniowo dojrzałość pisarska jest tutaj wisienką na torcie. Czytelnik może zauważyć czającą się w niektórych tekstach młodzieńczą naiwność, której Smith wyzbywa się wraz z wiekiem. Dlatego naprawdę warto zwrócić uwagę na daty powstania konkretnych tekstów.
Podsumowując - jeśli lubicie Zadie Smith sięgajcie po jej eseje, a jeśli lubicie eseje sięgajcie po te napisane przez Zadie Smith. Pisarka ta, jak zwykle zresztą, nie rozczarowuje i daje swoim czytelnikom możliwość rozkoszowania się eseistycznym kunsztem. I choć czasami wydaje mi się, że tego typu zbiory to typowe zapychanie dziur między wydawaniem kolejnych książek, muszę przyznać, że "Jak zmieniałam zdanie" to pełnoprawna publikacja, którą naprawdę warto przeczytać.

wtorek, 7 lutego 2017

Opowieść o tym, jak wyrzucić z siebie nadmiar gniewu - o "Pani Furii" Grażyny Plebanek

G.Plebanek, "Pani Furia",  Wydawnictwo Znak, 2016.
Czytając najnowszą powieść Grażyny Plebanek wydawało mi się, że tej książki nie napisała Polka. I nie jest to zarzut. Oczywiście, elementy polskie w "Pani Furii" się pojawiają, ale jest to lektura na tyle uniwersalna, że nie można jej zarzucić jednostronnego punktu widzenia i właśnie to jej największy atut. Zacznę jednak od początku.
"Pani Furia" to alter ego głównej bohaterki - Alii (związek imienia z Mohamedem Alim nie jest przypadkowy), córki Eddy'ego - gawędziarza z Kinszasy (tych, którzy tak jak ja nienawidzą geografii informuję, że to stolica Konga) i Mrówki - niezbyt pracowitej miłośniczki wszelkich seriali. Kiedy Alia jest jeszcze bardzo mała cała rodzina przeprowadza się z Kinszasy do Brukseli. "Pani Furia" to opowieść o życiu czarnoskórej dziewczynki w społeczeństwie, które jej nie akceptuje, ale na co dzień się do tego nie przyznaje. Alia musi radzić sobie nie tylko własną tożsamością i innością, ale i samotnością w świecie uszytym na cudzy wymiar. I być może byłoby jej łatwiej, gdyby mogła liczyć na wsparcie rodziny. Jednak od małego musi zajmować się młodszym rodzeństwem, a ojciec, będący powodem przeprowadzki do Europy i jedynym żywicielem rodziny, znajduje powód, aby wrócić do Kinszasy. Historia przedstawia większą część życia Alii i przeplatana jest informacjami o incydentach, podczas których grupa policjantów znęca się nad nielegalnymi emigrantami.
Grażyna Plebanek przed napisaniem "Pani Furii" musiała wykonać wielką pracę researcherską. Choć problemy życia imigrantów w Brukseli nie są jej do końca obce (w końcu sama tam mieszka), poznała także dogłębnie zjawisko afrykańskich gawęd i kulturę mieszkańców Kinszasy. Właśnie dzięki tym badaniom pisarce udało się uzyskać efekt niezwykłej wręcz autentyczności. Może ma na to wpływ fakt, że o Afryce wiedzę mam raczej encyklopedyczną, ale Grażyna Plebanek zaczarowała mnie swoją opowieścią, wprowadziła w świat, którego nie znałam. Życie Alii było dalekie od sielanki. Jako dziecko ukojenie znajdowała w opowieściach ojca, który rzeczywistość przekładał na fascynujące i pełnie magii historie. Po latach, kiedy agresja i furia wzbierała w tej młodej kobiecie, a boks już nie wystarczał, aby się ich pozbyć, dziewczyna sama nauczyła się przekładać najbardziej dramatyczne momenty swojego życia na alegoryczne opowieści, A miała bardzo wiele powodów do frustracji. Zawsze sama, zawsze gorsza, zawsze czarna wśród białych. Brakowało jej jednoznacznego wzorca. Jej matka za wszelką cenę chce wybielić swoją skórę, woli oglądać seriale niż zajmować się dziećmi i ich edukacją. Zależy jej tylko na własnym komforcie i stałych źródłach dochodu, do którego sama nie musi przyłożyć ręki. Po drugiej stronie barykady znajduję się Issa - siostra ojca Alii, mieszkająca w Belgii od dłuższego czasu. Zależy jej nie tylko na zachowaniu własnej, kongijskiej, tożsamości, ale i na równouprawnieniu i wykształceniu dzieci brata. Kobieta ta nie może mieć własnych potomków, dlatego matkuje Alii i jej braciom, podczas gdy Mrówka poświęca swoim dzieciom tylko minimum uwagi. Rozdarta i porzucona przez ojca "Pani Furia" szuka ciepła i miłości poza domem, co owocuje tylko większą frustracją, rozczarowaniem i cierpieniem.
"Pani Furia" opisuje nam ciężkie życie imigranta, i to ten jego aspekt, którego sami nie jesteśmy w stanie pojąć. Na własnej skórze poznałam, jak to jest żyć w obcym kraju bez dobrej znajomości języka, kiedy przedstawiciele mojej narodowości z góry mają przyklejaną łatkę taniej siły roboczej. Swoją wartość należało udowadniać podwójnie, wszędzie, poza międzynarodowym środowiskiem akademickim. Ale ja byłam bladą, niebieskooką blondynką w Skandynawii. Musiałam się odezwać, żeby pokazać, że jestem obca. Sytuacja głównej bohaterki powieści Grażyny Plebanek i jej realnych odpowiedników, jest odmienna. Oni swoją inność noszą na skórze. Nawet nie znając krajów, z których pochodzą, zawsze będą postrzegani przez pryzmat korzeni i przynależności etnicznej. A sytuacja społeczno-polityczna z ich punktu widzenia pogarsza się z dnia na dzień. Książka ma jednak swój drugi aspekt. Pokazuje, że odrzucenie rodzi frustrację, a ona doprowadza do eskalacji przemocy. Nie chcę twierdzić, że jedynym powodem przemocy wśród imigrantów jest odrzucenie przez rdzennych mieszkańców danego kraju, co to, to nie. Pragnę jednak powiedzieć, że patrząc na "innego" cały czas postrzegamy go w kategoriach orientalistycznych i postkolonialnych, A wydaje mi się, że już dawno powinniśmy wyzwolić się z takiego myślenia.
Powieść Grażyny Plebanek to kawał dobrej literatury, który nie tylko wzbudza w czytelniku empatię dla głównych bohaterów i pokazuje blaski i cienie emigracji, ale także uczy. I nie mówię tu o walce z frustracją. Przede wszystkim powieść ta pokazuje, że nie można każdego imigranta postrzegać przez ten sam pryzmat. W końcu mamy Issę, która przez cały czas ciężko pracuje i utrzymuje całą rodzinę, i mamy też Mrówkę - kobietę starającą się za wszelką cenę unikać jakiegokolwiek wysiłku, liczącą na pomoc i finanse innych. Autorka wprowadza nas w niejednoznaczny świat ludzi naznaczonych, tłumaczy, że nie wszystko jest jednoznaczne. A do tego tworzy w imieniu Alii piękne gawędy, które czyta się z niekłamaną przyjemnością. Polecam!

wtorek, 24 stycznia 2017

O różnych obliczach upokorzeń - "Hańba" Johna Maxwella Coetzee

J.M.Coetzee, "Hańba", tłumaczenie M.Kłobukowski, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2001.

Po dłuższej przerwie wracam do nadrabiania noblistów. Coetzee otrzymał tę nagrodę w 2003 roku, czyli w czasach, kiedy bliżej mi było do "Harry'ego Pottera" niż do ambitnej literatury światowej. Dlatego przyznaję, że na listę pisarzy, których należy poznać, wpisałam go dopiero pod koniec zeszłego roku. To był dobry wybór. Napisana w 1999 roku "Hańba" nagrodzona została również Nagrodą Bookera. I muszę przyznać, że na to zasłużyła.
"Hańba" opowiada o losach Davida Luriego, zafascynowanego twórczością Wordswortha i Byrona profesora uniwersyteckiego z Kapsztadu. Sfrustrowany, zagubiony i samotny wykładowca wdaje się w osobliwy romans ze swoją studentką. Kiedy wieść o tej relacji trafia zarówno do władz uczelni jak i do prasy, Lurie traci pracę i możliwość powrotu na jakikolwiek uniwersytet. Przeprowadza się na wieś, do swojej córki - Lucy, która jest lesbijką i samotnie prowadzi niewielką farmę. Jednak nawet tam nie może znaleźć spokoju. Ze względu na urazy z czasów apartheidu społeczności białych i czarnych nie potrafi się dogadać. Lurie i Lucy zostają napadnięci we własnym domu, a dziewczyna pada ofiarą gwałtu. Po tym incydencie oboje muszą odnaleźć się w świecie, w którym oprawcy mogą być ich sąsiadami.
Trudno w kilku słowach opowiedzieć o książce, która przedstawia świat w tak wielu wymiarach. Szczególnie bez dokładnej znajomości tła społeczno-historycznego. Jednak "Hańba" jest powieścią na tyle uniwersalną, iż nawet czytelnikowi niezaznajomionemu z dziejami RPA, oferuje dużą porcję literatury na najwyższym poziomie. "Hańba" porusza bardzo wiele tematów i zręcznie je ze sobą łączy: kryzys wieku średniego, relacje rodzinne, konsekwencje drobnych miłostek, uleganie instynktom, życie w świecie po apartheidzie, zakłamanie, samotność, poświęcenie, ochrona zwierząt i okrucieństwo wobec nich, bieda, humanitaryzm... Mogłabym jeszcze długo wymieniać. Zaskakujące jest to, że część z tych zagadnień podjęto jakoś mimochodem lub przy użyciu niedopowiedzeń. Jakby autor specjalnie unikał zakazanych słów. Nie stroni jednak od trudnych ocen i opisów okrucieństwa. I robi to w doskonałym, acz prostym stylu. W "Hańbie" nie znajdziemy kwiecistego języka i barwnych porównań. Wydarzenia i emocje podane są nam w postaci zwięzłych, obrazowych i precyzyjnych zdań, które wywierają na czytelniku bardzo dobre wrażenie i nie pozwalają się oderwać. Kiedy Lurie siedzi zamknięty w łazience i nie wie, co dzieje się z jego córką, cierpimy razem z nim. Tak samo, jak wraz z głównym bohaterem, mamy ochotę rzucić się na skromną studentkę, nieświadomą uczuć, które wywołuje.. Najciekawsza w książce jest jednak tytułowa hańba i jej przeróżne wymiary. Hańbą jest bowiem okryty profesor, uwodzący własną podopieczną - wykorzystał jej uległość i zależność, a świat dowiedział się o wszystkim. Musi za to zapłacić. Ten sam rodzaj niesławy towarzyszy jego córce po brutalnym zgwałceniu przez mężczyzn, którzy napadli jej dom i zabrali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Mimo że ofiara nie zgłasza najgorszego policji, jej pohańbienie i tak wyjdzie na jaw i to w postaci dziecka. Jednak czy te dwie hańby mają ze sobą cokolwiek wspólnego? Czy można przyrównywać coś, czemu winni jesteśmy sobie sami do ataku na niewinną, spokojną dziewczynę, której jedynym przewinieniem jest nieprzystający do okolicy kolor skóry i brak męża, mogącego sprawować nad nią pieczę? Hańba, jej źródła i wymowność to problemy, o których można mówić godzinami. Książka Coetzeego jest doskonałą podwaliną do takiej dyskusji.
O "Hańbie" mogłabym jeszcze pisać i pisać, i pisać. Mam wrażenie, że dogłębna analiza tej powieści starczyłaby na całkiem długą magisterkę. Widocznie Nobli i Bookerów nie rozdają za nic. A tak na serio - dawno nie spotkałam książki, która poruszałaby w dojrzały sposób taką ilość ważnych tematów, będąc jednocześnie dziełem czytanym z czystą przyjemnością. Mogę polecić ją wszystkim, a przynajmniej tym lubującym się w literaturze zmuszającej do refleksji i uczącej nas sztuki życia poprzez nie do końca pozytywne przykłady. To powieść, którą naprawdę warto znać!

czwartek, 12 stycznia 2017

Swoją biografię można pisać na wiele sposobów - o "Rzeczach pierwszych" Huberta Klimko-Dobrzanieckiego

H.Klimko-Dobrzaniecki, "Rzeczy pierwsze", Wydawnictwo Znak, 2009.

O tym, jak zauroczył mnie Hubert Klimko-Dobrzaniecki powieścią "Bornholm, Bornholm", pisałam kilka dni temu. Teraz przyszedł czas na książkę, przynajmniej z założenia, znacznie bliższą autorowi, czyli "Rzeczy pierwsze", aspirujące do bycia specyficznym sposobem na autobiograficzne przedstawienie własnej historii. Niestety, Klimko-Dobrzanieckiemu taka autotematyczność nie wyszła na zdrowie.
Osobliwość "Rzeczy pierwszych" jako autobiografii zawiera się zarówno w formie jak i w treści. Całość składa się nie tyle z rozdziałów, co krótkich opowiadań, odnoszących się do urywków z życia pisarza. Klimko-Dobrzaniecki snuje historię swoich narodzin, pobytu w seminarium, emigracji zarobkowej, czy publikacji pierwszej książki. Ale żadnej z tych opowieści nie możemy brać na serio. Same narodziny mają trzy scenariusze - każdy bardziej absurdalny od poprzedniego. A kolejne opowieści zawierają mniej lub bardziej zabawne fragmenty, które raczej nie miały szans się wydarzyć. Choć trzeba przyznać autorowi, że zaznacza w tekście możliwość, charakterystycznej dla literatury autotematycznej, konfabulacji.
Historie z życia  Klimko-Dobrzanieckiego bywają ciekawe, ale, niestety, nie w każdym przypadku. O ile brawurowy początek, opisujący alternatywne historie narodzin pisarza, wywołuje uśmiech, o tyle przy skargach na promocję w wydawnictwie i opowieści o kradzieży własnych książek, usta wykrzywiają się, co najwyżej, w wyrazie zażenowania. Bowiem największą wadą "Rzeczy pierwszych" jest ich nierówność. Wzruszające lub zabawne opowieści, przeplatane są tymi, o których po kilku dniach od lektury niemal nie pamiętam. To samo można powiedzieć o postaciach. Zarówno wujek Lutek jak i japoński przyjaciel trafiają wprost do serca. Natomiast wiedeński psychoterapeuta głównego bohatera czy też autora, jest co najwyżej niewiarygodnie irytujący. Równie drażni jedynie manieryzm niektórych fraz, który Klimo-Dobrzanieckiemu się zdarza, a w tej książce zdaje się osiągać apogeum. Nie zmienia to jednak faktu, że w "Rzeczach pierwszych" można znaleźć to, za co cenię autora "Bornholm, Bornholm" - niezwykłą wrażliwość i pozornie zwykłe historie, które poruszają do głębi. Jedną z nich jest opowieść o wujku Lutku, zastępującym autorowi ojca, zdolnym zrobić dla niego wszystko, nieradzącym sobie jednak do końca z własnym życiem. Niemal tak samo porusza opowieść o przypadkowym towarzyszu emigracji Klimo-Dobrzanieckiego, który po czasie zmienia się w bliskiego przyjaciela pisarza. Mężczyzna ów to Japończyk, człowiek wrażliwy i przywiązany do swojej kultury, swoją delikatnością i dobrocią zjednujący sobie ludzi. Różnice kulturowe doprowadzają jednak do jego zniknięcia. I choć obie te historie nie kończą się dobrze, dają nam nadzieję i wiarę w ludzkość. Pokazują, że człowiek, który nie jest idealny, może dać drugiej osobie dużo więcej, niż może nam się wydawać.
"Rzeczy pierwsze" wzbudzają we mnie ambiwalentne uczucia. Część książki czytałam z nieskrywaną przyjemnością, zakłócaną jedynie od czasu do czasu przez irytujące elementy stylu. Niestety, inne elementy prezentowały dużo słabszy poziom, Jedne wyraźnie nudziły, a drugie na wpół bulwersowały, na wpół wzbudzały niesmak. Także niektóre fragmenty, z założenia nacechowane humorem, zdawały się wymuszone i zakłócały odbiór całości. Nie mogę z czystym sercem polecić "Rzeczy pierwszych". Klimko-Dobrzaniecki ma na swoim koncie dużo lepsze publikacje. Tę pozostawiam tym, którzy chcą przebijać się przez połacie słabego tekstu po to, aby odnaleźć kilka perełek.

niedziela, 8 stycznia 2017

Męska opowieść o tym, jak trudno uciec od własnego życia, czyli "Bornholm, Bornholm" Huberta Klimko-Dobrzanieckego

H.Kilmko-Dobrzaniecki, "Bornholm, Bornholm", Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2011.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki do niedawna był dla mnie całkowicie nieznanym pisarzem. Jednak pewnego dnia trafiłam w TVP Kultura na wywiad z nim, w którym opowiadał o swoich książkach i zawiłym życiorysie. Wydał mi się człowiekiem o niezwykłej wrażliwości, dlatego przy pierwszej, nadarzającej się okazji, sięgnęłam po jedno z jego dzieł. Była to powieść "Bornholm, Bornholm", o której pragnę Wam pokrótce opowiedzieć.
"Bornholm, Bornholm" ma nie tylko podwójny tytuł, ale i dwóch głównych bohaterów, których historie autor przeplata, mimo że pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Pierwszym z nich jest Horst Bartlik- nauczyciel biologii w prowincjonalnym miasteczku w Niemczech. Spotykamy go latem 1939 roku, kiedy dociera do niego, że nie kocha już swojej żony. W tym, burzliwym dla niego czasie, musi zmierzyć się również z rzeczywistością wojenną, późniejszym powołaniem do wojska, a także apodyktycznym sąsiadem, który, w przeciwieństwie do Bartlika, z całego serca popiera Führera. Z drugim z bohaterów spotykamy się w czasach nam współczesnych. Siedzi on przy łóżku swojej, będącej w śpiączce, matki i opowiada jej o trudach własnego życia. Nie jest to jednak opowieść o sukcesach, ale próba wytłumaczenia rodzicielce, jak zgubny wpływ miał jej zaborczy i okrutny charakter na życie dorosłego już dziecka. Nasz bohater po raz pierwszy znajduje się w sytuacji, umożliwiającej mu narzucenie matce własnej woli i wytłumaczenie jej, że znalazł w świecie ludzi, którzy stali mu się bliżsi niż biologiczna rodzina i traktowali go tak, jak na to zasługiwał. 
Klimko-Dobrzaniecki napisał powieść przepełnioną emocjami. Jego bohaterowie, choć pozornie tak różni, charakteryzują się tym samym rodzajem niepewności, pozornie niemęskim, ale na wskroś prawdziwym. Swoje życia budują bez konsekwencji i zastanowienia, podporządkowując się sytuacji. Każdy bunt jest niedojrzały i w wielu przypadkach zdaje się prowadzić do zgubnych konsekwencji. Horst, kiedy tylko uświadamia sobie, że nie kocha już swojej żony, stara się zrobić wszystko, aby zaprzeczyć jej władzy nad sobą. Buduje dzieciom domek na drzewie, mimo jej zakazu i wybiera się na samotny urlop tylko po to, aby ją zdradzić. Podobny stosunek ma do wojny. Niezadowolony z powodu rozpoczęcia działań zbrojnych odgrywa się w szkole na wizerunku Hitlera, wiedząc, że odpowiedzialność za to poniosą uczniowie. Jednak najbardziej uderza w czytelnika jego bierność wobec wszystkiego, co dzieje się wokół. Korzysta z okazji, ale nie wkłada żadnego wysiłku w ukształtowanie wydarzeń po swojej myśli. A po czasie dochodzi do wniosku, że nawet jego mizerny bunt to za dużo i kiedy nadarza się okazja, by wrócić do poprzedniego życia, robi to bezzwłocznie i zachowuje się, jakby nigdy nic się nie stało. Z kolei drugi z bohaterów jest człowiekiem stłamszonym. Jako dziecko musiał walczyć z matką o każdą możliwość spotkania z rówieśnikami i wyjście spod klosza. Lecz nawet kiedy mu się to udaje, matka nadal ma na niego zgubny wpływ. Wypomina synowi, że całe zło, które mu się przydarzyło, ze śmiercią dzieci włącznie, jest spowodowane tym, że się od niej odwrócił. Bohater, mimo najszczerszej niechęci wobec rodzicielki i świadomości tego jak powinny wyglądać właściwe relacje w rodzinie, wraca na Bornholm, kiedy tylko dowiaduje się o chorobie matki. Pierwszy raz znajduje się w sytuacji, w której może powiedzieć jej wszystko, ma nad nią przewagę. I właśnie ten moment wykorzystuje na przedstawienie smutnej historii własnego życia, zniszczonego przez brak poczucia własnej wartości i przymus ciągłej ucieczki przed matczynym wpływem. 
Historie dwóch mężczyzn przedstawione w powieści "Bornholm, Bornholm" napisane są w niezwykle delikatny i pełen wrażliwości sposób. Narracja porywa i wciąga nas w obie opowieści. Trudno zdecydować, która z nich jest lepsza. I choć fabuła, z pozoru, nie porywa, emocjonalność tej powieści, tak bliska codziennym ludzkim zmaganiom, sprawia, że, choć czasami boli, chcemy więcej. "Bornholm, Bornholm" polecam wszystkim tym, którzy znajdują wartość w małych, ludzkich historiach. Te opisane przez Klimko-Dobrzanieckiego wydają się dużo bardziej wartościowe niż rozległe opisy wielkich i ważnych wydarzeń.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zrozumieć nieodkryte - "Lituma w Andach" Mario Vargasa Llosy

M.Vargas Llosa, "Lituma w Andach", tłumaczenie W.Charchalis, Wydawnictwo Znak 2009.
Zanim sięgnęłam po "Litumę w Andach", znałam tylko jedną powieść Mario Vargasa Llosy - "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki". Jej akcja ma miejsce głównie w Europie i tylko momentami przenosi się do Peru i Japonii. Jednak tym razem spotkałam się z na wskroś peruwiańskim utworem tego noblisty. Opisuje on świat, przynajmniej dla mnie, kompletnie nieznany i zmusza czytelników do, chociażby pobieżnego, zapoznania się z historią Peru.
Głównym bohaterem książki, jak wskazuje sam tytuł, jest Lituma - kapral oddelegowany do służby na posterunku policji w Naccos. Razem z podwładnym - Tomasito mają mieć na oku budowę lokalnej drogi. Misja, choć pozornie prosta, jest śmiertelnie niebezpieczna - wszędzie wokół szaleją bojówki Świetlistego Szlaku. Jakby tego było mało - w okolicy bez śladu znika trzech mężczyzn i należy rozpocząć śledztwo, utrudniane przez lokalnych mieszkańców, którzy za bardzo wierzą w duchy gór, by przyznać, że za zaginięcia może odpowiadać człowiek. Litumie i Tomasito nie pozostaje nic ponad próby uzyskania jakichkolwiek informacji od miejscowych i czekanie na śmierć, która może zjawić się w każdej chwili w postaci terrorystów. Umilają sobie pełne nerwów noce opowieścią o Mercedes, kobiecie o wątpliwej reputacji, w której zakochał się Tomasito, tracąc przy tym zdrowy rozsądek.
Mario Vargas Llosa uświadamia czytelnikom, że nie wiedzą wiele, o życiu w Andach i tamtejszej ludności. Tak samo, zresztą, jak pochodzący z Piury główny bohater, który ma nawet problemy z porozumieniem się z mówiącymi w keczua Indianami. Lecz do wniknięcia w ten świat, nie wystarczy poznanie języka. Trzeba przedrzeć się przez zasłonę wierzeń i przesądów, zaskarbić sobie zaufanie miejscowych i zrozumieć świat, w którym w najbrutalniejszy ze sposobów rządzą terroryści. 
Wierzenia, przesłaniające warstwę realną powieści, nadają jej jednocześnie oniryczny rys, charakterystyczny dla twórczości pisarzy południowoamerykańskich. Wydaje mi się, że dużą rolę odgrywają tu nie tylko monstra i tajemnicze obrzędy, ale i język. O ile same duchy gór, czy niepojęte postaci, ni to ludzie, ni to demony, żywiące się ludzkim tłuszczem, są niezwykle przerażające, o tyle najbardziej zatrważa, zarówno Indian Keczua, jak i czytelnika to, że mogą one kryć się w każdym wokół, przyjmując ludzką postać. Jednak największej tajemniczości, przynajmniej z mojej, polskiej perspektywy, nadaje im język. Tłumacz, Wojciech Charchalis, z wyboru lub niewystarczalności polszczyzny, nazwy duchów pozostawia w oryginale. Nie mi rozsądzać czy po hiszpańsku czy w keczua, bo o ile w pierwszym z tych języków znam może dziesięć wyrażeń, o  tyle o istnieniu drugiego do niedawna nie miałam pojęcia. W tych słowach kryje się jednak jakieś zaklęcie, groźba stojąca nad światem, niezrozumiała jak jej nazwa. Lecz najsmutniejsze jest to, jak świat lokalnych wierzeń, uznawanych poza Andami za zabobon, może rzutować na życie ludzi. W końcu, jeśli rozpoznamy w kimś demona, należy go unicestwić, nawet jeśli mordowany zarzeka się, że jest człowiekiem. A duchom gór nie zawsze wystarczają ofiary z roślin i zwierząt...
Dużo bardziej brutalny jest jednak wątek dotyczący Świetlistego Szlaku. Powieść przeplatana jest scenami, w których różni ludzie, mniej lub bardziej świadomi zagrożenia, wpadają w ręce terrorystów. Mogą oni zatrzymać każdy autobus w poszukiwaniu policjanta, wojskowego, polityka, uczonego czy turysty - sługusów reżimowej władzy, których należy ukarać śmiercią, często poprzez ukamienowanie, bo po co marnować cenne kule, kiedy i tak ma się przewagę. Jednak to, co peruwiańscy maoiści robią własnymi rękoma jest niczym wobec tego, do czego potrafią doprowadzić ludzi. Zdarza im się bowiem wpaść do jakiejś wioski, zabić legalne władze i podburzać lud do wzajemnego oskarżania się. Niepotrzebne są dowody, wystarczy pomówienie i zgoda większości. Potem następuje egzekucja, a zmanipulowani i przerażeni chłopi do końca życia będą musieli patrzeć w oczy sąsiadom, którym zabili członka rodziny. Vargas Llosa uświadamia nam, że terroryści to nie tylko Al-Kaida, ISIS czy Hamas. I choć Świetlisty Szlak, niemal dwadzieścia lat po wydaniu przez noblistę "Litumy w Andach" został w większości rozbity, nasza świadomość dotycząca tego, co dzieje się w Ameryce Południowej, jest w większości przypadków, przerażająco mała. 
Kolejnym przykładem na to, jak może szerzyć się bezprawie jest historia Tomasita i jego ukochanej Mercedes. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, aby nie zepsuć nikomu lektury, ale wystarczy wspomnieć, chociażby, o powiązaniach policji z mafią narkotykową. Zatrważające jest także podejście niektórych mężczyzn do kobiet. Zdaje sobie sprawę z tego, że w Peru patriarchat ma się dużo lepiej niż w Europie, która o równouprawnienie walczy nieco dłużej, jednak stwierdzenia o tym, że mężczyzna może czasami uderzyć partnerkę, żeby się lepiej zabawić, będzie krzywdzące zawsze i wszędzie.
Podsumowując, "Lituma w Andach" to książka poruszająca wiele wątków i tak, jak wieści napis na okładce, jest to z pewnością najbardziej peruwiańska powieść Mario Vargasa Llosy. I dobrze. Ponieważ poznawanie świata, do tej pory całkowicie nieznanego i zmuszanie czytelnika do poszerzania horyzontów jest ważną funkcją literatury. Choć przyznam, że powieść ta ma w sobie wątki kryminalne, poszukiwanie trzech zaginionych, nie jest tu priorytetem. Dużo bardziej istotne zdaje się ukazanie świata w jednej z jego najbrutalniejszych form, a także uświadomienie nam do czego  może być zdolny człowiek ze względu na to, w co wierzy. Bo choć Indianie Keczua i bojownicy Świetlistego Szlaku to zupełnie inni ludzie, łączy ich jedno - dla swoich idei dopuszczają się czynów nieludzkich. 
Nie pozwolę sobie na recenzowanie tej powieści - jak już kiedyś wspominałam, są pisarze, którzy wzbili się na taki poziom, że ja, jako skromna czytelniczka, z potrzeby serca naciskająca rytmicznie klawisze laptopa, nie mam prawa ich oceniać. Mogę jedynie polecić. Bo chociaż "Lituma w Andach" nie jest najłatwiejszą książką Mario Vargasa Llosy to warto ją przeczytać, żeby otworzyć oczy. Niecałe trzysta stron tekstu to około pięciu-sześciu godzin lektury. Czy jesteście gotowi je poświęcić, żeby przekonać się, do czego jest zdolny człowiek? I jak wygląda świat, w którym prawa chce dyktować niemal każdy, przez co z samowolą nie za bardzo trzeba się kryć?

wtorek, 8 listopada 2016

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Varasa Llosy, czyli o tym, że romantyzm przeszedł do lamusa.

M.Vargas Llosa, "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", tłumaczenie M.Chrobak, Wydawnictwo Znak 2007
"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to moje pierwsze spotkanie z peruwiańskim noblistą, Mario Vargasem Llosą. Nie odważę się bezwstydnie zrecenzować tej książki, mądrzejsi ode mnie już dawno stwierdzili, że autor zasługuje na najwyższe wyróżnienie w świecie literatury. Wtrącę jednak kilka słów od siebie.
Czytając "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" poznajemy, opowiadaną za pomocą narracji pierwszoosobowej, historię Ricarda, który wiódłby spokojne i szczęśliwe życie, gdyby w wieku lat nastu nie zakochał się w "niegrzecznej dziewczynce". Przez niemal pół wieku kobieta pojawia się i znika z jego życia, za każdym razem zamieniając spokój Peruwiańczyka w gruzy. Ricardo, nie mogąc wyleczyć się z toksycznej miłości, pozwala kobiecie traktować się jak pewnik i raz za razem łamać swoje serce. Bez względu na to, w jakiej części świata oboje się znajdują, prędzej czy później jedno odnajduje drugie, doprowadzając do kolejnych zawirowań, powrotów i rozstań. 
Mimo że historia wydaje się banalna, wcale taka nie jest. Nawet jej pozorna, cykliczna powtarzalność, przyćmiona przez sporą ilość niespodziewanych zdarzeń, wcale nie nuży czytelnika. Choć zaskakiwanie odbiorców nie jest czymś, do czego powieść dąży. "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to opowiedziana przepięknym językiem historia jednego z ostatnich prawdziwych romantyków. Bowiem niegrzeczna dziewczynka i Ricardo prezentują dwie różne postawy. On - relikt przeszłości, wierzący w miłość, być może nawet na całe życie, potrafi prawić banały, gloryfikujące partnerkę, docenić jej kobiecość i czar, nie żąda od życia wiele, a jego jedynym marzeniem jest życie w Paryżu. Ona - wyrachowana manipulatorka, od słodkich słówek woli pieniądze, miłosne deklaracje ukochanego zwykła nazywać banałami rodem z telenoweli, łaknie skrajnych wrażeń i nie potrafi odnaleźć spełnienia w szczęśliwym życiu rodzinnym. "Niegrzeczna dziewczynka" zagubiona w swoich szelmostwach nie potrafi dostrzec, że nie tylko Ricardo jest śmiertelnie zadurzony w niej, ale i ona nie potrafi na długo o nim zapomnieć.
Rodzaj romantyzmu, jaki prezentuje Ricardo, dziś pozostaje aktualny jedynie w głowach marzycielek, które za młodu oglądały stanowczo zbyt dużo południowoamerykańskich telenowel przeplatanych amerykańskimi komediami romantycznymi. Współcześnie młode kobiety prędzej czy później muszą wyleczyć się z mitu księcia z bajki. Coraz więcej wśród nich (nas?) niegrzecznych dziewczynek, femme fatale, które dążą do wykalkulowanego wcześniej celu, jakim niekoniecznie są pieniądze czy mężczyzna. Być może pod wpływem zmian kulturowych, być może pod wpływem feminizmu, nie chcemy już być jedynie pięknymi kwiatami opiewanymi przez słodkie słówka dziesiątek absztyfikantów. Jednak "niegrzeczna dziewczynka" nigdy nie była współczesną feministką. Raczej kobietą, która wykorzystywała swoją niezwykłą urodę i przebiegłość, aby jednocześnie przeglądać się w oczach mężczyzn i czerpać z tego korzyści. Przypuszczam, że to kwestia metryki i temperamentu tej bohaterki, ponieważ, w dzisiejszych czasach, również jej postawa wydaje się anachroniczna. 
Jednak dla mnie esencją tej historii jest ból. Vargas Llosa pokazuje swoim czytelnikom, że nawet największe, najbardziej bezinteresowne uczucie jest naznaczone cierpieniem, choć jest ono zazwyczaj równoważone przez momenty totalnego szczęścia. Lecz Ricardo, w przeciwieństwie do typowego bohatera romantycznego, nie uważa, że życie bez ukochanej jest tak tragiczne, że należy je od razu zakończyć. Co prawda, raz postanawia popełnić samobójstwo, ale robi to w afekcie i, kiedy tylko zostaje powstrzymany, sam nie rozumie swoich zamiarów. Historia przedstawiona w powieści, pokazując czytelnikowi powszechność codziennych tragedii i bólu, przede wszystkim ukazuje nam nadzieję w dwóch postaciach. Pierwszą jest czas, który, bez względu na to, jak banalnie to brzmi, leczy rany. Natomiast drugą są ludzie wokół nas. Nawet jeśli tracimy jednych pojawiają się drudzy, życie trwa, kręci się i nie zawsze jest złe, czasami po prostu nijakie lub dobre.
"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to cudowna opowieść, o której nawet, na dobre, nie zaczęłam pisać. Bogactwo wątków i możliwości ich odczytywania sprawia, że każdy może znaleźć fragment, który go zainteresuje. Szczególnie, że na kartach powieści Ricardo dzieli się z czytelnikiem bezlikiem swoich uczuć i przemyśleń. Naprawdę warto przeczytać tę pięknie napisaną historię.
A co do Mario Vargasa Llosy... - na pewno zapoznam się jeszcze nie jedną jego powieścią.