niedziela, 27 sierpnia 2017

O nienawiści zrodzonej z błędu, czyli "Trzydziesta pierwsza" Katarzyny Puzyńskiej

K.Puzyńska, "Trzydziesta pierwsza, Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2017.
Czy są jeszcze tacy, którzy nie słyszeli o Katarzynie Puzyńskiej? Przypuszczam, że w środowisku miłośników literatury ze świecą szukać kogoś, kto o niej nie słyszał. Pierwszy raz o tej pisarce czytałam w 2015 roku na portalu NaTemat, gdzie twierdzono, że zostanie gwiazdą. Nie uwierzyłam. W mojej głowie nie mieściło się, że można stworzyć kilka części opowieści kryminalnej, której akcja ma miejsce na polskiej wsi. Potem przesłuchałam wszystkie powieści Camilli Lackberg i stwierdziłam, że małe miejscowości mają potencjał. Dlatego też dałam szansę Puzyńskiej. Niedawno przeczytałam trzeci tom jej cyklu - "Trzydziesta pierwsza".
Zbliżają się święta. W Lipowie nie jest to jednak czas pozbawiony trosk. Z więzienia ma wyjść podpalacz i morderca, winny śmierci czterech osób, w tym trzech lokalnych policjantów. Historia ta od lat elektryzuje całą wieś i wszystko wskazuje na to, że może dojść do linczu. Policja z Lipowa nie ma najmniejszej ochoty na ochronę byłego więźnia - na komendzie pracują rodziny zmarłych w pożarze policjantów. Ponadto do wioski przyjeżdżają tajemniczy Szwedzi, którzy grożą jednemu z mieszkańców, który przypadkowo jest bratem mordercy. Sensacją staje się także pojawienie się znanego naukowca, mającego za cel zbadanie osady, w której wiele lat wcześniej miała swoją siedzibę sekta.
Do kryminałów Puzyńskiej wróciłam po dłuższej przerwie. "Motylka" i "Więcej czerwieni" znam z audiobooków. Pozostałe części nie były wtedy jeszcze dostępne w wersji audio, choć przed chwilą sprawdzałam i okazało się, że "Trzydziestą pierwszą" już nagrali. Wcześniej udało mi się jednak upolować tę książkę w bibliotece i dałam się wciągnąć w perypetie policjantów z Lipowa. Co jest takiego pociągającego w tych małomiasteczkowych kryminałach? Trudno powiedzieć. Chciałabym stwierdzić, że to, iż zbrodnia nie jest wyłącznym udziałem wielkich miast, ale kiedy czytałam inny kryminał, którego akcja miała miejsce dziesięć kilometrów od mojego domu, nie wydawało mi się to aż takie fascynujące. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się teoria, że Lipowo to taki polski mikrokosmos. Mieszkający w nim ludzie nie są ani lepsi, ani bardziej fascynujący od nas, większość nie potrafi pilnować własnego nosa, a ich troski są dostępne przeciętnemu człowiekowi. Książki Puzyńskiej są po prostu swojskie, jednak do tej specyficznej swojskości dodają element atrakcyjny - tajemnice, historie sprzed lat, zbrodnie, chęć zemsty. Dzięki temu zwyczajność wydaje się być nadzwyczaj interesująca. Skupmy się jednak na "Trzydziestej pierwszej". To dobrze napisany kryminał, który potrafi wciągnąć. Ma, co prawda, pewne elementy, który irytują moją literackie oko, ale nie jest to coś, czego nie da się przetrwać. Mam na myśli nieustanne przedstawianie bohaterów w stylu "młodszy aspirant Daniel Podgórski" - w wersji audio było to bardzo pomocne, jednak na papierze wydaje się zbędne. Wystarczyłoby imię lub nazwisko. Nie jest to jednak zabieg, który pogrąża całą książkę. "Trzydziesta pierwsza" jest bowiem interesującą opowieścią o zemście, błędach, karze, winie i konsekwencjach cudzych czynów. Trudno przeanalizować wątki fabularne bez zdradzania zbyt wielu tajemnic. Wspomnę jednak o skomplikowanych relacjach rodzinnych i nienawiści, z którą trudno jest żyć. Potrafi ona doprowadzić do podejmowania decyzji niszczących życie wielu niewinnych ludzi i to czasami przy użyciu środków prawnych. Ma ją w sobie każdy z bohaterów. Jedni żywią ją do mordercy ojca czy męża, czy żony, inni do tych, którzy sprawili, że ich życie znacznie odbiegało od normy. Trzeba bowiem pamiętać, że często w poczet ofiar należy zaliczyć również rodzinę przestępcy - ludzi narażonych na ostracyzm społeczny i konieczność życia ze świadomością, że coś w ich otoczeniu mogło sprawić, że ich bliscy zeszli na ścieżkę zbrodni. Dlaczego postrzegamy ludzi przez pryzmat cudzych win, a nie ich własnych uczynków? Drugim ważnym wątkiem jest wpływ przeszłości na nas samych - strata może wzbudzać w nas złość, frustrację lub rozpacz. Każda żałoba musi jednak zostać przepracowana, inaczej nigdy nie uda się wrócić do normalnego życia. Widać to doskonale po zachowaniu niektórych bohaterów książki. Pozwolę sobie wspomnieć o nowej bohaterce cyklu - policjantce Emilii Strzałkowskiej. Choć z początku jej postać wydawała mi się interesująca głównie ze względu na jej dziwne relacje z synem, któremu daje za dużo wolności, jednocześnie nieustannie go okłamując. Potem jednak okazuje się, że jej pojawienie się w Lipowie może wiele namieszać. W kontekście całego cyklu warto napomknąć o tym jak wiele dobrego dał tej części brak postaci partnerki aspiranta Podgórskiego - Weroniki Nowakowskiej. Ta niedopasowana do wiejskiej rzeczywistości kobieta zazwyczaj niezwykle mnie irytowała - bez niej książkę czytało się z dużo większą przyjemnością.
"Trzydziesta pierwsza" Katarzyny Puzyńskiej to emocjonujący kryminał, który z pewnością trafi w gusta miłośników cyklu o policjantach z Lipowa. Jeśli jednak nie mieliście wcześniej do czynienia ze swojskimi kryminałami tej autorki - zacznijcie od "Motylka", bowiem lipowskie opowieści najlepiej poznawać od początku. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Impresje dla ludzi o specyficznej wrażliwości, czyli "Morderstwo w ciemności" Margaret Atwood

M.Atwood, "Morderstwo w ciemności", tłumaczenie A. Żurkowska-Madziarska, Wydawnictwo Bellona 2009.

Margaret Atwood dołączyła niedawno do grona moich ulubionych pisarek. Zarówno trylogia "MaddAddam" jak i "Opowieść podręcznej" wstrząsnęły mną do głębi. Dlatego też dałam szansę opowiadaniom tej autorki zatytułowanym "Morderstwo w ciemności". Po ich przeczytaniu stwierdzam, że dobrym pisarzom też zdarza się mnie rozczarować, choć niekoniecznie z własnej winy. 
Opowiadania zawarte w tym zbiorze poruszają wiele różnorodnych tematów, od dzieciństwa po przemijanie, od miłości do tęsknoty. Teksty te są różnego rodzaju migawkami z życia, strzępkami rzeczywistości, wspomnieniami - drobnostkami przebijającymi się przez prozę codzienności opisanymi i ujętymi w ramy opowiadania, z którego zdają się wymykać.
O ile opis brzmi całkiem ciekawie, całość mnie rozczarowała. Właściwie to, co ujęłam w tych krótkich zdaniach to wszystko, co jestem w stanie powiedzieć na temat tego zbioru. Nie zrozumcie mnie źle, nie mogę zarzucić autorce braku kunsztu pisarskiego. W kwestii formalnej te teksty to majstersztyki. Ale zdają się przelatywać mi przez palce, przez głowę, nie zatrzymują się tam nawet na tak długo, bym potrafiła się do nich odnieść. Przeczytanie tych miniatur nie zajęło mi wiele czasu, ale liczyłam na to, że coś mi po nich zostanie. Choćby kobieca delikatność w okalaniu rzeczy słowem lub absurd opisywanych zdarzeń. Wiem, że te elementy można odnaleźć w słowach Atwood, ale nie jestem zdolna ich przywołać. Być może to jedne z tych tekstów, do których trzeba wracać wielokrotnie, by w pełni je pojąć. Te specyficzne impresje, często niezrozumiałe, zbyt niejasne, by dowiedzieć się o czym opowiadają, nie trafiają w mój gust. Mają w sobie coś z ulotności poezji, a ja nie mam ani krztyny poetyckiej wrażliwości. Dlatego po części zazdroszczę tym, którym uda się przywiązać do tych tekstów. Było tam jednak coś, co nawet mi udało wychwycić - relacje międzyludzkie, kwintesencja damsko-męskiej niejednoznaczności i smutek czy niedowierzanie, kiedy wszystko się kończy. Nasza naiwność w twierdzeniu, że między kobietą a mężczyzną zawsze wszystko będzie takie samo, nie osłabnie ani ogień, ani zaangażowanie, jest śmieszna. Jednak w impresjach Atwood możemy doświadczyć każdego z tych miłosnych etapów w ich esencji. I to jest właśnie w nich piękne.
Napisałam, ze jestem rozczarowana opowiadaniami Atwood i zdania nie zmienię. Jednak śmiem przypuszczać, że większość tego rozczarowania zrodziła się z moich oczekiwań. Pożądałam dosadnych tekstów, takich jak powieści tej autorki, które czytałam do tej pory. Dostałam coś innego. Na pewno było coś, co nie odpowiadało mojej wrażliwości. O tym, czy odpowiada Waszej zdecydujcie sami.

piątek, 18 sierpnia 2017

Kryminał z historią w tle, czyli "Tylko umarli wiedzą" Ryszarda Ćwirleja

R.Ćwirlej, "Tylko umarli wiedzą", Wydawnictwo Czwarta Strona, 2017.

Każdy z nas ma swój ulubiony rodzaj kryminału. Współczesne, noir, polskie, prawnicze, skandynawskie, retro... Jestem wierną wyznawczynią zbrodni opisywanej przez Skandynawów, ale powoli daję też szansę innym rodzajom kryminalnych historii. Ostatnio, na przykład, dzięki powieści Ryszarda Ćwirleja "Tylko umarli wiedzą" przekonałam się do kryminałów retro.
Lata 30-te ubiegłego wieku. W Europie trwa kryzys, a w Niemczech zbliżają się wybory to Reichstagu, w których o władze walczy między innymi kierowane przez Adolfa Hitlera NSDAP. Tymczasem w niemieckim wówczas Schendeidmühl (nam znanym jako Piła) dochodzi do morderstwa reprezentanta partii komunistycznej. Ludzie, w większości emocjonalnie zaangażowani w politykę, zaczynają się burzyć. Szczególnie, że w mieście ma się wkrótce pojawić sam Führer i trzeba zapewnić mu bezpieczeństwo. W międzyczasie pracujący w pilskiej policji kapitan Carl Aschmutat planuje spędzić trochę czasu ze swoim dawnym kompanem z frontu, policjantem z Poznania Antonim Fisherem. Ten nie pojawił się tam jednak po by wspominać stare czasy czy pomagać w śledztwie, ale po to, by zrealizować misję na specjalne polecenie polskiego wywiadu. Książka jest drugim tomem przygód Antoniego Fishera.
Zaczynanie cyklów od środka to moja specjalność, choć coraz częściej staram się tego nie robić. Tym razem się nie udało. Usprawiedliwię się tym, że latem wydawnictwo Czwarta Strona robi cudowne wyprzedaże książek pod swoją siedzibą, a to miejsce znajduje się niepokojąco blisko redakcji, w której pracuję. Zazwyczaj, kiedy dowiaduje się, że ustawiono stoisko, biegnę tam tuż po szesnastej i kupuję, co się da. Tak też w moje ręce wpadła powieść "Tylko umarli wiedzą" Ryszarda Ćwirleja. Na początku miałam wątpliwości - na słowa: wojna, Hitler czy naziści reaguję wręcz alergicznie. Polityczne spory z przeszłości też nie za bardzo mnie interesują. Wiem, że na podstawie historii możemy wiele nauczyć się o mechanizmach rządzących światem, ale mam wrażenie, że nawet współczesna polityka angażuje mnie za bardzo. Dałam jednak Ćwirlejowi szansę i nie żałuję. Jego powieść jest spójna, dobrze skonstruowana i politycznie obiektywna. O mechanizmach historycznych zdarza się opowiadać mimowolnie. Najważniejsze jest śledztwo. A w kryminale retro oparte jest ono na zupełnie innych schematach niż w książkach opowiadających o współczesnej policji. W latach trzydziestych nie było większości narzędzi ułatwiających pracę dzisiejszym śledczym. A mimo to zagadkę można rozwiązać. Choć tutaj ważniejszy od polegania na szkiełku i oku wydaje się instynkt, ponieważ śledztwo oparte jest przede wszystkim na zeznaniach i rekcjach świadków. To ciekawe z psychologicznego punktu widzenia. Interesujące w książce Ćwirleja jest, między innymi, zaprezentowanie czytelnikom motywów osób opowiadających o zbrodni. Dzięki temu dowiadujemy się, dlaczego kobieta podaje fałszywy rysopis sprawcy oraz dlaczego niektórzy pozornie niewinni ludzie zaczynają bać się śmierci. Wątek misji Fishera jest ciekawy szczególnie ze względu na retrospekcje. Autor trochę fantazjuje w nim na temat samego Adolfa Hitlera. I dobrze, bo dzięki temu pokazuje, że ktoś, kto jest dla nas postrachem z kart historii mógł być kiedyś normalnym człowiekiem i dopiero czas lub okoliczności sprawiły, że stał się jednym z największych zbrodniarzy świata. Nie mam zamiaru usprawiedliwiać w ten sposób Hitlera, raczej zwrócić uwagę na to, że ludzki charakter w większości tworzony jest przez społeczeństwo i warto o tym pamiętać także dziś, kiedy po naszych ulicach chodzi stanowczo zbyt wielu ludzi nienawidzących innych bez powodu. Niezwykle współczesna wydaje mi się także opowieść o rozgrywkach partyjnych. W książce pojawiają się bowiem bohaterowie, którzy są gotowi oddać życie za swoją ideologię, która racjonalnemu człowiekowi wydaje się wynaturzona i chora. I nie chodzi tu tylko o reprezentantów NSDAP, ale i komunistów. O dziwo, mam wrażenie, że z takimi ekstremami spotykamy się i dziś. I nie mówię tu jedynie o dżihadystach, ale i reprezentantach jedynej i słusznej partii, którzy opluwają własną rodzinę, kiedy ta udowadnia im, że niezależne sądownictwo jest jednak w kraju potrzebne. 
Kiedy pisałam o tym, że nie lubię historii, mówiłam szczerze. Lubię jednak kryminały. Dlatego cieszę się, że za pomocą tego rodzaju książki mogłam zgłębić pewne wątki, odnoszące się do teraźniejszości, których nie analizowałabym w innym wypadku. Do tego czytając powieść Ćwirleja bawiłam się całkiem dobrze. Trzeba więc stwierdzić, że była to lektura na wskroś pożyteczna. Może nie należała do najbardziej fascynujących w moim życiu, ale z pewnością warto do niej zajrzeć. Na potwierdzenie dodam, że już kupiłam pierwszy tom przygód Fishera.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

O szaleństwie ojcostwa, czyli "Wszystkie dzieci Louisa" Kamila Bałuka

K.Bałuk, "Wszystkie dzieci Louisa", Wydawnictwo Dowody na Istnienie, 2017.

Rodzicielstwo to wielka odpowiedzialność. Tak samo jak dawanie ludziom możliwości posiadania dzieci. Niestety, często rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, jak ich wybory mogą później wpływać na ich potomków. Kilka lat temu Holandię obiegła informacja o tym, że w wyniku zapłodnienia nasieniem z banku spermy jeden mężczyzna został ojcem dwusetki dzieci. Właśnie o tej sprawie opowiada reportaż "Wszystkie dzieci Louisa" Kamila Bałuka.
"Wszystkie dzieci Louisa" to książka o półsiostrach i póbraciach, ludziach, którzy w pewnym momencie życia dowiedzieli się, że ich ojcem jest anonimowy dawca i postanowili odnaleźć własne korzenie. Oprócz ojca, człowieka nader specyficznego, odnajdywali także coraz liczniejsze rodzeństwo, walcząc z systemem prawnym, który nie wykształcił odpowiednich rozwiązań gwarantujących im znajomość danych rodzica, a nawet gwarancji, że ten sam człowiek nie będzie mógł spłodzić setek potomków. W sprawę wmieszany jest także lekarz, właściciel kliniki w Barendrechcie, który w imię własnej, nie do końca określonej misji nie tylko łamie przepisy przyjmując dawców, ale i kłamie kontaktując się z ludźmi szukającymi swoich korzeni.
Trudno mi pisać o "Wszystkich dzieciach Louisa", ponieważ temat jest dla mnie dość kontrowersyjny i podchodzę do niego bardzo emocjonalnie. Po prostu uważam, że cokolwiek by się nie działo dziecko ma prawo do wiedzy o tym, kim jest jego ojciec, a każdy kto spłodził potomka ma obowiązek łożyć na jego utrzymanie. Sama instytucja banku nasienia w większości przypadków temu zaprzecza. Dlatego trudno było mi zrozumieć zarówno matki decydujące się na samotne macierzyństwo z własnej woli jak i dawców, którzy chcieli bez konsekwencji przedłużyć egzystencję swojego DNA. Książka Bałuka porusza naprawdę wiele istotnych tematów. Trudno powiedzieć, który jest najważniejszy. Zacznijmy od ułomności prawa - przez wiele lat w Holandii nie istniały przepisy regulujące to, kto może zostać dawcą nasienia, do zapłodnienia jakiej ilość kobiet można wykorzystać materiał pochodzący od jednego dawcy i czy dziecko po osiągnięciu określonego wieku może otrzymać dostęp do danych biologicznego ojca. Choć w Holandii już się to zmieniło, polskie prawo nie posiada dostatecznych regulacji. I właśnie z tych przepisów zrodziły się problemy bohaterów reportażu. Nie tylko mają oni dziesiątki półrodzeństwa, ale także ojca, który nigdy nie powinien zostać dawcą. Bowiem Louis cierpi na zespół Aspergera i w związku z tym traktuje swoje dzieci jak specyficzny rodzaj kolekcji. Wypatruje w nich swoich własnych cech fizycznych i stara się ich porównać do przodków. Mimo, że chętnie ich poznaje, nie potrafi nawiązać z nimi żadnej więzi emocjonalnej. Największymi ofiarami tego wszystkiego są jednak dzieci, dziś już w większości dorosłe. Złośliwi powiedzą, że gdyby nie decyzje ich matek i nasienie Lousia nigdy nie przyszłyby na świat. Owszem, jednak gdyby ktoś pomyślał o ich losie, przez całe życie nie musiałyby się zmagać z piętnem niepewności własnego pochodzenia i genami odziedziczonymi po obciążonym chorobą Louisie. Ominąłby ich koszmar poszukiwań, miesiące niepewności i liczne zaskoczenia, kiedy to okazywało się, że mają kolejnego półbrata lub półsiostrę. To nie jest normalne życie. Każdy, kto zdecyduje się przeczytać ten reportaż będzie mógł poznać trudną drogę dzieci Louisa, które chwytały się brzytwy tylko po to, by dowiedzieć się, kim są. Ich zmagania są o tyle smutne, że w większości kończą się rozczarowaniem. Bałuk nie pisze jednak wyłącznie o dzieciach Lousia. Wiele stron poświęca działaniu podejrzanej kliniki w Barendrechcie i jej dyrektora - lekarza łamiącego wszystkie przepisy w imię własnej misji. Czy naprawdę można pozwolić na zajmowanie się najdelikatniejszą ze sfer ludzkiego życia człowiekowi, który nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów? Przede wszystkim należy jednak wspomnieć, że "Wszystkie dzieci Louisa" to perfekcyjnie napisany reportaż, opierający się na rzetelnych źródłach i dziennikarskim śledztwie. Uwzględnia on zdania każdej ze stron i pokazuje świat takim, jakim niekoniecznie chcemy go widzieć.
Nie opowiedziałam tutaj całej książki Kamila Bałuka. Zarysowałam jedynie kilka wątków bulwersującej mnie sprawy. Ten reportaż, choć mówi o Holandii, jest potrzebny nam, Polakom. Ponieważ nasze prawo jest niewystarczające, tak jak holenderskie kilkanaście lat temu, a matek i rodzin, które chciałyby mieć dziecko bez względu na ewentualne konsekwencje jest coraz więcej. Warto zapoznać się z tą książką i pomyśleć o tych, którzy w aż nazbyt konserwatywnym polskim społeczeństwie będą musieli zmagać się z piętnem dziecka nieposiadającego ojca.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Dziennikarski kryminał z zamachem w tle, czyli "Zamachowiec" Lizy Marklund

L.Marklund, "Zamachowiec", tłumaczenie P.Pollak, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Książki Marklund czytam siłą rozpędu. Niby rozczarowałam się już Anniką Bengtzon, ale uparcie do niej wracam, ponieważ wiem, że dzięki opowieściom o tej bohaterce moja codzienna podróż do pracy będzie trochę mniej uciążliwa. (W tym miejscu aż prosi się o komentarz pod adresem pewnego łysego pana, który nie tylko uparcie pali na przystanku, ale i zdarza mu się raczyć współpasażerów marną odmianą dance z komórki, mimo wielokrotnie zwracanej uwagi.) Niemniej, książki Marklund bywają lepsze i gorsze. Jaką powieścią okazał się "Zamachowiec"?
"Zamachowiec" to pierwsza z części opowieści o szwedzkiej dziennikarce Annice Bengtzon. Pierwsza, jeśli patrzymy z punktu widzenia autorki. Według chronologii życia bohaterki jest to tom czwarty. Annika ma męża i dzieci, nie tak dawno dostała awans i próbuje się odnaleźć na stanowisku szefa działu kryminalnego. Jednocześnie zbliżają się święta i kobieta robi wszystko, by niczym wzorowa matka, uczynić je jak najlepszymi dla dzieci. Przeszkadza jej w tym zamach na stadion olimpijski, w którym ktoś ginie. Tymczasem z przewodniczącą Komitetu Olimpijskiego, znaną z niezwykłej pracowitości i nieposzlakowanej opinii, nie można się skontaktować. Annika, jak na prawdziwego dziennikarza śledczego przystało rzuca się w wir pracy i zaczyna rozwiązywać zagadkę. 
Nie dziwię się, że Lizie Marklund udało się odnieść sukces, skoro rozpoczęła swój cykl taką książką. Jak dotąd, to najlepsza z jej powieści, jakie czytałam, a mam na koncie już cztery. "Zamachowiec" to klasycznie zbudowana intryga kryminalna, w której sprawca jest zagadką do samego momentu kulminacyjnego. Jednocześnie ilość mylnych tropów może zdezorientować każdego, kto sam chce się domyślić, kto zabił. Jednak żyjemy w czasach, w których klasyczna powieść kryminalna to już za mało. Marklund daje nam jednak więcej - wgląd w redakcję gazety codziennej. Przyznam, że mi, jako zwykłej śmiertelniczce, która ma jako takie pojęcie o pracy redakcyjnej, trudno pojąć w jakim tempie pracują dziennikarze z książek Marklund. Przypuszczam, że z tą szaleńczą prędkością łączy się ogromna ilość pracowników redakcji. Jednak świat wewnątrz gazety jest z pewnością wart poznania. Szczególnie polecam go tym, którzy do dzienników zaglądają. Bowiem stworzenie dobrego, niezwykle aktualnego produktu w dwadzieścia cztery godziny to sztuka. Drugim problemem, z jakim mierzy się autorka jest rola kobiety we współczesnym świecie. Bo dano nam już (przynajmniej na papierze) prawo do robienia kariery zawodowej i zdobywania wysokich stanowisk, ale świat stanowczo się do tego równouprawnienia nie przystosował. Wydarzenia opisywane w powieści mają miejsce w Szwecji, więc trudno liczyć na wybuchy złości i komentarze męża twierdzącego, że żona ma siedzieć "przy garach". Tam, przynajmniej publicznie, takie słowa nie zostaną zaakceptowane. Jednak Annika, mimo bycia Szwedką, narażona jest na dąsy męża, jeśli z powodu pracy nie uda jej się odebrać dzieci z przedszkola albo być mamą na pełen etat. Drugą stroną są jej współpracownicy. Starszy dziennikarz, któremu wydaje się, że Bengtzon ukradła mu awans, ze względu na płeć podważa jej kompetencje i nazywa ją za plecami "głupią pizdą". Z kolei kolegium redakcyjne, w którym Annika jest pierwszą kobietą nadal nie może się powstrzymać od seksistowskich żartów. Jednak nie tylko ona stała się ofiarą męskiej nagonki. Wspomniana w opisie przewodnicząca Komitetu Olimpijskiego musiała stać się zimna i niedostępna by zdobyć posłuch u mężczyzn. O innych przypadkach dyskryminacji nie będę wspominać, aby nie zepsuć Wam zabawy :) Muszę napomknąć jednak o jeszcze jednym wątku - posiadaniu nieposzlakowanej opinii. Czy naprawdę można być idealnym? Czy istnieje ktoś, kto na szczyt dostał się dzięki własnym umiejętnościom, a nie protekcji czy szantażowi? Wiem, że nie mówimy o polskich realiach, ale nieskazitelność na szczycie cały czas wydaje nam się nienaturalna, wzbudza podejrzenia. Czy słusznie? Dowiecie się czytając "Zamachowca".
Chcecie dobrego kryminału, oto dobry kryminał. "Zamachowiec Lizy Marklund wzbudza emocje, wciąga i porusza wątki społeczne jednocześnie pokazując nam kawał dziennikarskiego świata, o którym niewiele wiemy. Ja od kryminału więcej nie wymagam. Ten dostaje ode mnie zasłużoną piątkę z dopiskiem "godny polecenia".

piątek, 28 lipca 2017

Czy warto uczyć się pisania od Katarzyny Bondy? O "Maszynie do pisania.Kursie Kreatywnego pisania".

K.Bonda, "Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania", Wydawnictwo Muza, 2015.


Od kogo warto nauczyć się pisać? Trudno powiedzieć. Naiwnie wierzę, że w tej materii oprócz ciężkiej pracy potrzebna jest też choć odrobina talentu. Nie będę ukrywać - sama staram się pisać. Kłopot sprawia mi jednak stworzenie czegoś, co będzie w pełni spełniało moje wygórowane wymagania. Niestety albo na szczęście od siebie wymagam znacznie więcej niż od dużej części pisarzy, którzy już odnieśli sukces. Cały czas staram się więc pracować by wyeliminować błędy i niedociągnięcia, aby pewnego dnia wprosić się poprzez własną powieść do cudzych biblioteczek. Jednym z elementów tego nieustannego doskonalenia umiejętności było uczestnictwo w kursie organizowanym przez Maszynę do Pisania. Kolejnym, naturalnym dla mnie krokiem stało się przeczytanie książki Katarzyny Bondy zatytułowanej właśnie "Maszyna do pisania".
"Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania" to podręcznik do nauki pisania stworzony przez autorkę bardzo poczytnych kryminałów. Odwołuje się ona do swoich własnych doświadczeń, dając czytelnikom wiele rad, ale nie tylko. Duża część podręcznika oparta jest na uporządkowanej wiedzy z innych książek dotyczących pisania, a nawet do prac naukowych. Pod koniec każdego z rozdziałów znajduje się lista ćwiczeń, które można wykonać, by bliżej zapoznać z zagadnieniami opisywanymi w tej części książki.
Od kogo uczyć się pisać? Od najlepszych. Nie jestem przekonana czy Katarzyna Bonda jest odpowiednim nauczycielem. Do podręcznika podeszłam z dystansem. Wiedziałam, że czytam książkę napisaną przez autorkę popularnych kryminałów, a nie Hemingwaya czy Dostojewskiego. Chętnie przyjęłabym kilka rad od Bondy, szczególnie, że sama pracuje nad opowieścią kryminalną. Tylko chwilowo z wzięciem do serca tych rad mam pewien problem i to ze względu na sposób, w jaki przedstawiała je autorka - niczym dogmatyczne dekrety nieomylnej papieżycy pisarstwa. Rozumiem wiarę we własne siły i osiągnięcia, ale odrobina pokory jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Kiedy przy podawaniu przykładów jednym ciągiem wymieniane są dzieła wielkich mistrzów literatury, często noblistów i Katarzyny Bondy czuję pewien dysonans. Rozumiem, że autorce najłatwiej opowiada się o własnych książkach, ale dobór przykładów powinien być choć odrobinę bardziej przemyślany. Mimo tego muszę przyznać Bondzie, że w relatywnie przystępny sposób przekazała całkiem sporo potrzebnej wiedzy teoretycznej. Początkujący mogą całkiem sporo nauczyć się o podstawach pisania i sposobach budowania fabuły. Jednak "początkujący" to słowo klucz. Wiem, że nie każdy, kto chce pisać książki jest polonistą, tak jak ja, jednak jestem przekonana, że każdy kto zabiera się za pisanie z wiedzę przedstawianą w tym podręczniku powinien mieć już w małym paluszku. Trzecim aspektem są ćwiczenia. Muszę przyznać, że to w większości się Bondzie udało. Nie wykonałam ich, ale już po krótkim przeanalizowaniu mogę stwierdzić, że duża część z nich jest całkiem skuteczna. Niestety, im dalej, tym autorkę bardziej ponosiła wyobraźnia. Naprawdę, bardzo wątpię, aby komukolwiek udało się przeprowadzić ćwiczenie z dialogu, wymagające zaangażowania dwóch osób postronnych do odegrania scenki. Kolejnym aspektem, o którym warto wspomnieć jest sposób na pisanie proponowany przez Bondę. Podoba mi się to, że autorka zachęca do szukania pomysłów w rzeczywistości - w gazetach, w radiu, w internecie. Podwaliny z realnych zdarzeń pozwalają na tworzenie fabuł, które nie wydają się później sztuczne i naciągane. Pochwalam też zachęcanie aspirujących pisarzy do tworzenia planu powieści, chociaż nie przykładałabym do tego tak wielkiej wagi jak autorka. Bonda zdaje się mieć na tym punkcie obsesję. Jest to jednak całkowicie rozsądne podejście do pisarstwa. Ten, kto wierzy w natchnienie, które poprowadzi go przez całą książkę jest naiwny. Bez pracowitego siedzenia nad klawiaturą może się udać napisać, co najwyżej, kilkanaście stron. 
Czy "Maszyna do pisania" Bondy to dobry sposób na naukę pisania? Jeśli jesteś na początku tej drogi, potrzebujesz odrobiny wiedzy i cenisz sobie tę pisarkę - tak. Jednak dla kogoś, kto posiada już podstawową wiedzę i nie uważa Bondy za guru pisarstwa to niekoniecznie dobra pozycja. Można ją przejrzeć, popatrzeć na ćwiczenia, ale to wszystko. Bo Bonda, jakkolwiek by nie patrzeć, zarówno w kwestii pisania książek jak i podręczników jest bardzo pracowitym średniakiem. Ja tam wolę uczyć się od najlepszych.

niedziela, 23 lipca 2017

"Strażnik sadu" Cormaca McCarthy'ego, czyli genialna książka z jedną drobną wadą

C.McCarthy, "Strażnik sadu", tłumaczenie M.Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, 2010.

Trudno przejść obojętnie obok tak wielkiego nazwiska jak Cormac McCarthy. Czy jest wśród miłośników literatury ktoś, kto nie słyszał o "Drodze"? Sama postanowiłam zacząć moją przygodę z tym pisarzem od jego debiutu, uhonorowanego nagrodą Faulknera "Strażnika Sadu". Proza opowiadająca o Ameryce z czasów Wielkiego Kryzysu to jednak duże wyzwanie.
"Strażnik sadu" to historia dwóch mężczyzn i chłopca. Jeden z nich Marion Sylder to przemytnik, który przed laty zabił człowieka. Drugi to ponad osiemdziesięcioletni Arthur Ownby, mieszkający na uboczu. W pobliżu jego domu, w zbiorniku na odpady chemiczne ukryte zostało ciało zabitego przez Syldera mężczyzny. Z kolei chłopiec - John Wesley Rattner jest synem ofiary zabójstwa. Pewnego dnia ratuje on przemytnika, który wjechał samochodem do rzeki. Od tego czasu Sylder staje się jego mentorem. Młody Rattner nie wie, że to ten człowiek jest sprawcą zniknięcia jego ojca, którego niepotwierdzoną jeszcze śmierć postanowił pomścić.
Jeśli spodziewacie się wartkiej akcji i ciężkich moralnych wyborów nie znajdziecie ich w tej książce. To opowieść o powolnym życiu w Ameryce w czasach Wielkiego Kryzysu. Nikomu nie jest łatwo, każdy walczy o przetrwanie, a dolar ma dużo większą wartość niż może nam się wydawać. Niemal wszyscy są gotowi posunąć się do nielegalnych działań tylko po to, by przetrwać. Kłusownictwo czy przemyt są potępiane chyba tylko przez policję. To także opowieść o czasach, w których żyją jeszcze ludzie potrafiący zachwycać się przyrodą i korzystać z jej dobrobytu. Nie chodzi tylko o myśliwych i kłusowników, ale i o ludzi zdolnych do odnalezienia spokoju wśród natury i doceniania uroku prostego życia. Widać to w poetyckich opisach McCartychy'ego, który rozwodzi się nad pięknem malowniczych zakątków Tennessee. Te piękne obszary jeszcze przed industrializacją czarują w sposób dziś już dla nas niedostępny. "Strażnik sadu" zdaje się być hołdem pisarza dla czasów, które miały na McCarthy'ego duży wpływ, ale stały się jedynie mglistym wspomnieniem. Ciekawym wątkiem jest relacja młodego Rattnera i Syldera. Chłopiec spotyka mężczyznę przypadkiem i od początku łączy ich mroczny, przemytniczy sekret. Początkowo przestępca zdobywa zaufanie chłopaka, by ten go nie wydał. Później zbliża się do niego i zdaje się być najbliższym mu mężczyzną, substytutem ojca. Obydwaj nie mają pojęcia o tym, że to właśnie przez Syldera chłopak jest półsierotą i wraz z matką musi walczyć o swój byt. Czytelnik, mając tę wiedzę, odczuwa pewien dysonans. Czuje, że cała ta sytuacja jest irracjonalna, ale jednocześnie rozumie targającą chłopcem potrzebę męskiego wzorca. Warto wspomnieć też o tytułowym "Strażniku sadu", czyli Ownbym. To specyficzny człowiek, żyjący poza oficjalnym porządkiem. Mógł zgłosić policji fakt, że odnalazł ciało, ale tego nie zrobił. Tak samo jak nie zgłosił się nigdy do żadnego urzędu po pomóc. Wolał żyć sam w nędzy i nie mieszać się, nie być obywatelem. Niestety państwo się u schyłku życia upomniało się nawet o niego. 
"Strażnik sadu" to piękna książka napisana poetyckim językiem, którego urok można znaleźć w każdym zdaniu. To także opowieść o trudnych, zapomnianych czasach, mających swój urok, ale kojarzących się z codziennym trudem i monotonną walką o przetrwanie. I to właśnie największa wada tej powieści. "Strażnik sadu", mimo swojej bardzo dobrej konstrukcji i pięknych opisów jest bowiem odrobinę nużący, żeby nie powiedzieć nudny.