sobota, 3 marca 2018

O płytkości świata, w którym żyjemy, czyli "Dysforia. Przypadki mieszczan polskich" Marcina Kołodziejczyka


M. Kołodziejczyk, Dysforia. "Przypadki mieszczan polskich". Wydawnictwo Wielka Litera, 2015.
Miejski, a w szczególności warszawski styl życia wzbudza w ludziach specyficzną nerwowość, która zaburza normalne postrzeganie świata. W ciągłym pośpiechu, tłoku i pędzie ku karierze zatracamy normalne więzi międzyludzkie. Właśnie ten proces opisuje w swoim zbiorze fabularyzowanych reportaży "Dysforia. Przypadki mieszczan polskich" Marcin Kołodziejczyk. Przyznam, że jest to wizja zarówno ciekawa jak i przerażająca.
"Dysforia. Przypadki mieszczan polskich" to zbiór piętnastu historii zasłyszanych czy też zaobserwowanych w wielkim mieście. Dotyczą one spraw prozaicznych i równie normalnych ludzi: grupy rodziców czekających na swoje dzieci, lokatorów nowego apartamentowca czy przyjaciółek spotykających się zawsze w tym samym gronie. I choć ich narracja bywa specyficzna, czasem nawet wierszowana, treść jest na wskroś prawdziwa i celnie podsumowuje naszą codzienność, lęki i obawy.
Zacznijmy od tego, czym jest dysforia. Definiuje się ją jako objaw zaburzeń psychicznych polegający na reagowaniu rozżaleniem, złością lub agresją na stosunkowo słabe bodźce. Jest ona prawdopodobnie tym, co odczuwa człowiek rzucający się na innego kierowcę na drodze, ponieważ ten za wolno jedzie, albo stanem dokuczającym poddenerwowanej paniusi w kolejce w supermarkecie, która krzyczy na przemęczoną kasjerkę, kiedy ta popełni błąd podczas kasowania produktów. Dysforia staje się wielkomiejską normą. Cóż, Marcin Kołodziejczyk doskonale dobrał tytuł swojego zbioru reportaży. Ale nie tylko tytuł. Teksty przedstawione w książce są bowiem na wskroś prawdziwe, mówią o tym, jacy jesteśmy, co czujemy i jak wygląda nasze życie. Jednak przede wszystkim zmuszają one do zastanowienia się, dlaczego nasza egzystencja jest tak płaska i jednowymiarowa. Mam wrażenie, że część bohaterów Kołodziejczyka wyzbyła się człowieczeństwa i przyswoiła sobie chory system wartości, w którym największą wagę ma pieniądz. Widać to w reportażu mówiącym o rodzicach czekających w poczekalni na swoje pociechy biorące właśnie udział w zajęciach dla maluchów. Wszyscy są zapatrzeni w siebie lub telefony. Człowieka ubranego w sweterek z dyskontu z góry uznaje się za śmiecia. Każdy przyjmuje wyznaczoną mu rolę, mimo że wewnętrznie pragnie krzyczeć, czeka tkwiąc w swojej roli dobrego rodzica, który wie, co dobre dla jego dziecka. Nawet jeśli uważa, że to bez sensu. Traktowanie ludzi biedniejszych jako gorszy gatunek pojawia się także, chociażby w reportażu opisującym życie robotnika budowlanego z prowincji, który ma przecież wszystko - pracę, kącik w garderobie i wielką panią, która zarządza jego codziennymi obowiązkami. Oboje są sobie tak obojętni, że nie zauważają wzajemnie swojego nieszczęścia. Autor z ciekawej perspektywy opisał również życie w nowoczesnym bloku, stylizowanym na apartamentowiec. Ludzie "światowi", którzy starają się tam wieść swoje osobne życia tak naprawdę stali się ofiarą ścisku i braku prywatności - każdego dnia zaglądają w swoje okna bezlitośnie oceniając i pisząc scenariusz cudzego życia. A ono, mimo że na pierwszy rzut oka wydaje się idealne, w rzeczywistości jest często nerwowym pasmem porażek i bierności. Pokazuje to tekst dotyczący spotykających się regularnie przyjaciółek - kobiet niezdolnych do szczerości i pełnych wzajemnej zawiści. I choć wszystkie te smutne historie opisane są we wspaniałym i różnorodnym stylu, brakuje mi w nich czegoś, co łączyłoby wszystko w całość. Być może autorowi chodzi o to, by pokazać światu osobność mieszczan. Jednak mi wydaje się, że mamy ze sobą coś wspólnego - tę dziwną anonimowość, będącą zarówno łaską jak i przekleństwem. Dysforia mówi o tym, że zbyt negatywnie reagujemy na bodźce, przerysowujemy znaczenie swojego świata. Chciałabym wierzyć w to, że jest inaczej. Jednak zbyt wielu z nas jest samotnych wśród tłumu, bym mogła się łudzić.
Nie powiem Wam, czy powinniście przeczytać "Dysforię. Przypadki mieszczan polskich". Choć nie mogę tej książce zarzucić niczego pod kątem formalnym, całość wydaje mi się niezmiernie depresyjna. Jednak ów nastrój nic nie zmienia, nic nie wnosi, nie pozwala na przeżycie czegoś wzniosłego. Być może autorowi chodziło o to, by pokazać brak tego typu wartości. Nie wiem. Ja tego nie kupuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz