środa, 14 grudnia 2016

Punk nie umarł, ale zagubił się w polityce - o drugim tomie "Vernona Subutexa" Virgine Despentes

V.Despentes, "Vernon Subutex. Tom 2", tłumaczenie J.Giszczak, Wydawnictwo Otwarte 2016.

Czy istnieje lepszy moment na pisanie recenzji punkowo-politycznej powieści niż ten tuż po powrocie z antyrządowej demonstracji? Być może. Nie zmienia to jednak faktu, że buntowniczy duch nadal się we mnie tli i pozwala trochę inaczej spojrzeć na drugi tom "Vernona Subutexa" Virginie Despentes. W pierwszej części trylogii od razu się zakochałam, tak samo jak w samej autorce - surowej, zadziornej punkówie w koszulce Motorhead i z papierosem w dłoni. Lecz kontynuacja losów mojego ukochanego bohatera to już nie to samo.
Vernona Subutexa pożegnaliśmy, gdy w gorączce przemierzał ulice, niedługo po bójce z udziałem jego dawnego przyjaciela Xaviera i atakujących ich neonazistów. Tytułowy bohater nie miał już wtedy ani domu, ani znajomych, którzy byliby gotowi przygarnąć go na parę dni. A tajemnicze kasety z ostatnim wywiadem gwiazdy rocka - Alexa Bleacha, mogące w jakiś sposób zagwarantować Vernonowi przypływ gotówki, znajdowały się poza jego zasięgiem. W drugim tomie byłemu sprzedawcy płyt udaje się, co prawda, wyzdrowieć, ale nadal jest samotny i bezdomny. Nie przejmuje się tym zbytnio, głównie przesiaduje na swojej ulubionej ławce i od czasu do czasu zamienia słowo z kilkoma przypadkowymi znajomymi. Nie wie, że ci, którzy jeszcze niedawno nie chcieli go gościć u siebie w domu, postanowili zjednoczyć siły i go odnaleźć.
Drugi tom trylogii o Vernonie Subutexie to już nie galeria, mniej lub bardziej związanych ze sobą, postaci. Większość, jeśli nie wszystkich, już znamy. Teraz mamy szansę nie tylko ich zgłębić, ale i poznać ich losy w kontekście środowiskowym. Ponieważ Despentes rozszerza pole swoich obserwacji i spostrzeżeń. Nie mówi już tylko o Vernonie i łączących się z nim ludziach, ale diagnozuje całe społeczeństwo. Pisze zarówno o lewicy jak i o prawicy, opisuje perypetie dawnych punków, dla których liczyła się tylko muzyka, imigrantów, starających się odnaleźć złoty środek między kulturą kraju pochodzenia i zamieszkania, młodych konserwatystów, ślepo odrzucających wszystko to, co pozornie wydaje im się zagrożeniem. Najostrzej jednak autorka ocenia własne pokolenie, licznych przyjaciół Subutexa, którzy najpierw go porzucili, a teraz starają się go odnaleźć i zbudować dla niego nowy świat, uzurpując sobie w nim miejsce. Ukazuje ich jako ludzi niezdolnych do osiągnięcia dorosłości, mimo metryki, świadczącej o zaawansowanym wieku średnim. Choć nie wierzą oni już w te ideały, które były im bliskie dwadzieścia lat wcześniej, nadal szukają podobnego rodzaju wspólnoty, nawet, jeśli jej podwaliną będzie mrzonka. Tutaj pojawia się jednak problematyczna część książki. O ile polityczne i pokoleniowe diagnozy są niezwykle trafne i wciągające, tak jak życiowe rozterki bohaterów (ze szczególnym uwzględnieniem mistrzowskiej kreacji Hieny), o tyle rozwiązanie ich pozornych problemów wydaje się banalne. Despentes zdaje się podążać za oklepanym schematem z cyklu: zagubieni odnajdą światło, zjednoczą się i życie będzie piękne. Doprowadza go do granic absurdu, jednak nie przekracza ich na tyle, by nie brać tego wybiegu na poważnie. Pozostaje mi żywić nadzieję, że to, z czym zostawia nas autorka pod koniec drugiego tomu w trzecim albo wyewoluuje albo zamieni się w pył.
Podsumowując, drugi tom "Vernona Subutexa" nie rozczarowuje. Niestety też nie zachwyca. Choć mam wrażenie, że to preludium przed wielkim finałem. Łudzę się, że Despentes, jak na prawdziwą punkówę przystało, w ostatniej części trylogii rzuci czytelników na kolana kilkoma ostrymi kawałkami, a następnie roztrzaska im na głowach gitary z ostrych słów. Jeśli jednak mam być uczciwa, muszę przyznać, że książka "Vernon Subutex. Tom 2" nie trzyma poziomu poprzedniczki. Nie zmienia to jednak faktu, że to nadal kawał dobrej literatury, którą czyta się z czystą przyjemnością.

niedziela, 11 grudnia 2016

Co za dużo to niezdrowo, czyli o "Behawioryście" Remigiusza Mroza.

R.Mróz, "Behawiorysta", Wydawnictwo Filia, 2016.
Kto nie słyszał o książkach Remigiusza Mroza? Biorąc pod uwagę ich ilość i sposób promowania, trzeba być bardzo opornym na wiadomości o beletrystyce, żeby nie wiedzieć, że istnieje taki pan prawnik, który nazywa się Mróz i pisze książki w trybie hurtowym. Niestety, powieści, nawet te gatunkowe, thrillery czy kryminały, w produkcji masowej zaczynają tracić swoją iskrę. W jednym z programów na TVP Kultura słyszałam ostatnio, że wymaganie od pisarza, aby wydawał jedną pozycję rocznie jest sporym nadużyciem, ponieważ research, zbudowanie fabuły i postaci, a także samo napisanie powieści oraz późniejsze poprawki to żmudny proces, sprawiający, że efekt końcowy ma być niemal idealny. Ile powieści wydał Remigiusz Mróz w tym roku? Naliczyłam cztery od sierpnia... Na pytanie, czy w półtora miesiąca da się napisać dobrą książkę, odpowiedzcie sobie sami. Mimo tego powieści tego autora, od czasu do czasu, słucham podczas wykonywania różnego rodzaju czynności, ponieważ z jednej strony są lepszą rozrywką niż oglądanie telewizji, ale z drugiej nie potrafią mnie zaangażować na tyle, abym poświęciła im kilka godzin czytania. 
Tym razem moim audiobookiem był "Behawiorysta". Tytułowy bohater, Gerard, oczywiście przekracza zakres pojęciowy behawioryzmu i, po prostu, jest mistrzem w odczytywaniu ludzkich gestów. Popełnił w życiu kilka błędów, przez co stracił stanowisko w prokuratorze i obecne jego jedynym źródłem dochodu są nieliczne wykłady na pobliskim uniwersytecie. Razem z żoną i osiemnastoletnim synem mieszka w Opolu. Tam też zdarza się coś, co pozwala Gerardowi poczuć choć namiastkę pracy prokuratora. Na pobliskie przedszkole napada tajemniczy mężczyzna i bierze zakładników. Oprawca transmituje swoje przedsięwzięcie w internecie. Dawna podwładna Behawiorysty prosi go o pomoc w odczytaniu mowy ciała sprawcy. Złoczyńca nie ma jednak zamiaru skończyć na wzięciu zakładników. Po chwili daje internautom wybór - mają zdecydować, kto z jego więźniów umrze. 
Książka trzyma w napięciu. Do połowy, mniej więcej. Może do dwóch trzecich. Potem wszystko staje się albo jasne jak słońce, albo totalnie nieprzewidywalne i nieuzasadnione jak, chociażby, duża część zakończenia. I nie mam zamiaru zarzucać Mrozowi złego pomysłu. Uważam, że wykorzystanie dylematu wagonika było całkiem ciekawą innowacją. Autor opisał coś, co właściwie zna każdy i stworzył na tej kanwie powieść. Tylko tyle rzeczy poszło nie tak... Weźmy na początek koło hermeneutyczne, behawioryzm, czy wspomniany już przeze mnie wcześniej dylemat wagonika. Wiem, że nie każdy czytelnik Mroza skończył studia humanistyczne i nie każdy musi znać te trzy pojęcia, więc doskonale rozumiem, że należało je czytelnikom wytłumaczyć. Tylko jest wiele sposobów na informowanie swoich odbiorców. Można to zrobić normalnie i delikatnie, albo tak, żeby czytający poczuł się jak idiota oświecany przez wielkiego guru. Mróz wybrał ten drugi sposób, a w dodatku informacje przekazał bardzo pobieżnie. I nie chodzi o to, że czuję się źle, ponieważ ktoś musiał mi wyjaśnić coś, o czym doskonale wiem. Przeczytałam w życiu wiele książek i zdarzały mi się sytuacje, kiedy oświecano mnie w kwestiach, o jakich nie miałam najmniejszego pojęcia i w takich, o których mam sporą wiedzę. Nie dalej jak półtora tygodnia temu, Stefan Ahnhem tłumaczył mi na czym polega fenomen muzeum sztuki nowoczesnej, leżącego kilkaset metrów od mojego domu, odwiedzanego przeze mnie regularnie. Nie poczułam się tym dotknięta. W przypadku "Behawiorysty" było zgoła inaczej. Jeszcze większym zgrzytem było stwierdzenie, że studia prawnicze to jedna z najtrudniejszych dróg edukacji. Znam wielu doktorantów w dziedzinie fizyki na międzynarodowych uczelniach, absolwentów farmacji, medycyny, kierunków politechnicznych, a także trudnych studiów humanistycznych. Żaden z nich nie odważyłby się powiedzieć, a co dopiero napisać, że jego studia należą do najtrudniejszych. Widocznie trzeba być zadufanym w sobie absolwentem prawa, żeby człowiekowi mogło coś takiego przejść przez gardło (czy klawiaturę).
Problematyczni są również bohaterowie. O ile na początku ich konstrukcja wydaje się dobra, ale z biegiem akcji po prostu się sypie. Ma być ciekawie, a zamiast tego jedna z postaci łamie swoje zasady, jakby nic dla niej nie znaczyły, a złoczyńca odsłania się, dewaluując obraz ponoć niesamowitej inteligencji. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z ewolucją postaci i ich kontaktem z warunkami ekstremalnymi, wydaje mi się, że tak natychmiastowe odejście bohaterów od głównych cech ich charakterów, jest nienaturalne. Mam także wrażenie, że, powieści dobrze się słucha do momentu kilkuletniego przeskoku czasowego. Wtedy akcja zwalnia i dzieje się, jakby, za plecami czytelnika. Choć jest to fabularnie uzasadnione, uważam, że tego rodzaju książka powinna non stop wbijać mnie w krzesło i odebranie mi tej możliwości uznaje za znaczne niedociągnięcie.
Pozostaje kwestia lektora - Jacek Rozenek na pewno spisał się lepiej niż podczas mojego ostatniego spotkania z czytanymi przez niego książkami (nieszczęsny Harlan Coben), ale nadal nie jest idealnie. Mam wrażenie, że główny bohater powieści Mroza daje lektorowi specyficzne możliwości interpretacyjne, które nie zostały wykorzystane. "Behawiorysta" przedstawiony przez Rozenka był przeciętny, a wiem, że tego aktora stać na więcej. I zawsze pozostanie mi niedosyt, że tej książki Remigiusza Mroza, w przeciwieństwie do wielu poprzednich, nie czytało moje bożyszcze w świecie lektorów audiobooków - Krzysztof Gosztyła.
Podsumowując, jeśli nie czujecie się źle, kiedy ktoś tłumaczy Wam coś "jak krowie na rowie", przeczytajcie "Behawiorystę". Jeśli natomiast, tak jak ja, nie lubicie być traktowani z góry, chwyćcie za inną książkę, ponieważ ta, nawet jak na standardy prozy gatunkowej, do najlepszych nie należy. W posłowiu autor pisał, że chciał skasować tę powieść. Chyba bardziej z powodów moralnych niż estetycznych, Mróz stał się jednak komercyjną maszynką do hurtowego pisania książek. Wiadomo było, że nowy thriller czy też kryminał sygnowany jego nazwiskiem się sprzeda. Dlatego też możemy zapoznać się z "Behawiorystą", mimo że daleko mu do poczucia humoru zawartego w cyklu o Joannie Chyłce, czy do zwrotów akcji z trylogii o komisarzu Forście. Mróz mógłby lepiej, wystarczy zwolnić. I tego mu życzę. A co do "Behawiorysty" - to i tak jedna z najlepiej sprzedających się książek w ostatnim czasie. Czy ja jedna mogę z tym walczyć?

piątek, 9 grudnia 2016

Śląsk jest na wskroś męski - o "Drachu" Szczepana Twardocha

Sz.Twardoch, "Drach", Wydawnictwo Literackie, 2014.

O Szczepanie Twardochu co jakiś czas jest głośno. Czasami z powodu udziału w kampanii reklamowej Mercedesa, a dużo częściej z powodu książek, które pisze. Oczy większości skierowane są obecnie na wydanego w październiku "Króla", ja mam trochę zaległości i dopiero co przeczytałam "Dracha". I choć z poglądami głoszonymi przez autora w większości kwestii się nie zgadzam, muszę przyznać, że jego powieści, jak na przykład nagrodzona Paszportem Polityki "Morfina", trzymają całkiem niezły poziom. Choć tym razem, jest nieco gorzej...
Tytułowy "Drach" to w gwarze śląskiej smok. W powieści jest on także metaforą ziemi, trudno powiedzieć, czy pisanej z małej czy wielkiej litery, bo odpowiedź na pytanie, czy jest nią Śląsk, czy cały świat, nie pada. Drach to także narrator tej książki. Opowiada splątane losy wielopokoleniowej, śląskiej rodziny, ciągnące się od końca XIX do początku XXI wieku. Nie jest to jednak linearna opowieść, ponieważ dla Dracha czas zdaje się być niezauważalny. Współczesne historie mieszają się z tymi sprzed stu, czy osiemdziesięciu lat. Przez co dowiadujemy się, że są tylko dwa okresy w dziejach ludzkości: czas wojny i czas, kiedy jej nie ma.
Jeśli ktoś spodziewa się po "Drachu" wielkiej śląskiej epopei, to się przeliczy. O samym regionie i jego historii czegoś nowego może nauczyć się jedynie laik. Choć samej śląskości w powieści nie brakuje. Objawia się ona, chociażby, w języku. Polski miesza się tutaj z niemieckim i gwarą śląską, zarówno w jej współczesnej, jak i starej, wasserpolskiej odmianie. Dodam, że książka nie posiada przypisów. Jednak, wbrew pozorom, nie sprawia to wielkich problemów. Choć gwarę śląską znam tylko z telewizji i filmów, a mój niemiecki po skończeniu obowiązkowej nauki w szkole stał się niemal zupełnie bierny, nie musiałam sięgać do słownika, czy szukać tłumaczeń w internecie. Bardziej może odstraszać nierówność tej powieści. O ile wątki związane z protoplastą rodu, Josefem Magnorem, są spisane po mistrzowsku, o tyle historia jego współczesnego potomka, Nikodema, zakrawa na ckliwy melodramat. I choć można dopuścić się interpretacji, w której jego życie, pozbawione większych utrudnień ze strony historii, ma być opozycją dla nękanych konfliktami zbrojnymi przodków, nadal uważam, że nieobarczony koniecznością działania i zmagania się z dziejami żywot, można przedstawić w mniej płytki sposób. Trauma wojny jest bowiem czymś, kształtującym człowieka na zawsze, nawet jeśli za wszelką cenę usiłuje się od niej uwolnić (o czym świadczy przypadek Josefa Magnora, czy jego synowej Geli, która podczas ataków demencji ciągle wraca do wspomnień). Trudno też przestać się konfliktem zbrojnym fascynować. I nie chodzi mi tutaj o to, że w powieści Twardocha czas pokoju zdaje się przeciekać bohaterom przez palce, mknąc niczym oka mgnienie, ale o chorobliwy wręcz entuzjazm wobec broni. W "Drachu" każdy karabin ma swoją nazwę, powtarzaną wielokrotnie, z namaszczeniem. Na początku, jest to irytujące, po czasie, staje się przerażające. 
Niestety, wątki związane ze sprzętem militarnym, zdają się przytłaczać biologiczną wymowę książki. Bowiem "Drach" opowiada o połączeniu człowieka z naturą. Dowiadujemy się o tym, chociażby wtedy, gdy Josef Mangor w okopach pierwszej wojny, drążąc saperką w ziemi, rozgrzebuje również prochy swoich towarzysz z pułku, którzy w tym samym miejscu starali się przetrwać dwa lata wcześniej. Bo ludzkie szczątki nie są już ludźmi, stają się częścią ziemi, częścią Dracha, pozwalającego człowieczym masom chodzić po swoim grzbiecie i kopać w swoim ciele, podczas pracy w kopalniach. Ponieważ, jak na śląską powieść przystało, górnictwo także znajduje swoje miejsce na kartach powieści. Sam Śląsk w "Drachu" zdaje się być na pewien sposób autonomiczny. Kiedy chodzi o wojnę, ona sama jest istotą, nie to, po której stronie się walczyło, który kraj akurat w danym momencie dziejowym organizował pobór w regionie. Również granica staje się jedynie kilkoma słupkami, niedookreśloną liną, dzielącą w pewnym momencie spójny teren, zmuszając rodziny do przekraczania przejść granicznych podczas drogi do domu krewnych. Z "Dracha" wynoszę również wrażenie, że Śląsk jest na wskroś męski, ponieważ patriarchalne, naznaczone wojną, historie mają tutaj największe znaczenie, a kobieta po prostu musi sobie radzić. Staje się narzędziem, które powinno uginać się męskiej woli i nie szukać zemsty czy rozrywki. Nawet panienka z dobrego domu, kiedy oddaje swoje ciało mężczyznom w ramach kaprysu, powinna być wierna tylko jednemu, inaczej grozi jej śmierć. Kobieta, niechętnie patrząca na propozycję małżeństwa ze strony beznogiego weterana-alkoholika w ramach odwetu zostaje zgwałcona, a żołnierze... Cóż, oni mogą łamać niektóre prawa... I choć z czasem proporcje się wyrównują, widać wyraźnie, że na Śląsku rządzi mężczyzna, nawet wtedy, gdy o wojnach już dawno zapomniano.
"Dracha" warto przeczytać. To powieść, ukazująca za pomocą samego tylko języka szereg komplikacji w świecie, z którym zmagają się bohaterowie. Pokazuje specyficzny punkt widzenia, należący do mieszkańców kawałka ziemi, zbyt często zmieniającego swoją przynależność. Ślązacy z książki muszą na co dzień mierzyć się nie tylko z własnym życiem i czynami, ale i z historią, tradycją i powinnością. W moim mniemaniu autor, niczym chłopiec spragniony zabaw z bronią, nazbyt gloryfikuje wojnę i sposób, w jaki kształtuje ona ludzkie losy. Nie zmienia to jednak faktu, że "Drach" jest powieścią na wysokim poziomie, której udaje się wiele przekazać, i która pozwala się z sobą sprzeczać. 

czwartek, 8 grudnia 2016

"Olive Kitteridge" Elizabeth Strout, czyli kilka pięknych opowieści o smutkach i radościach przeciętnego życia.

E.Strout, "Olive Kitteridge", tłumaczenie E.Horodyska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia 2014.

Przepadam za książkami Elizabeth Strout, więc wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po nagrodzoną Pulitzerem "Olive Kitteridge". I choć na okładce pada słowo powieść, zdaniem samej autorki, krytyków i moim, jest to raczej zbiór opowiadań powiązanych przez pojawiające się w nim postaci. Strout w swojej twórczości opisuje historie zwykłych ludzi oraz ich wzajemne relacje, które nie zawsze są takie, na jakie wyglądają.
"Olive Kitteridge" opowiada o kilku mieszkańcach niewielkiego miasteczka w purytańskim stanie Maine. Tytułowa bohaterka pojawia się na kartach każdego z nich, czasami w formie wspomnienia, czy obiektu plotki, a dużo częściej jako postać pierwszo lub drugoplanowa. Czytelnik może mieć wrażenie, że historie, w których Olive jest tylko tłem, tak naprawdę dopowiadają wiele do jej biografii. A kimże jest pani Kitteridge? Emerytowaną nauczycielką matematyki, którą uczniowie wspominają w słodko-gorzki sposób, kapryśną i wymagającą matką zapatrzoną we własnego syna, bezceremonialną i arogancką mieszkanką małego miasteczka, gdzie czuję się kimś ważnym, kochającą żoną aptekarza o gołębim sercu. Jej obraz na tle innych i pośród nich pozwala poznać specyficzny mikroświat małych miasteczek, unikalny ekosystem wzajemnych relacji, w którym nie wiadomo, co jest prawdą, co kłamstwem, a co konwenansem.
Tym, za co uwielbiam u Elizabeth Strout jest narracja, jaką stwarza w swoich książkach. Potrafi ona za pomocą prostego języka, bez wyszukanych opisów pokazać najskrytsze ludzkie uczucia, od miłości przez zazdrość do nienawiści. Autorka nie wplątuje swoich bohaterów w niewiarygodne sytuacje. Nie można znaleźć u niej afer, z których trudno się wyplątać. Cóż bowiem może się dziać w małym miasteczku w purytańskim Maine? Niewiele więcej niż w jego polskim odpowiedniku. Największymi skandalami są rozwody, romans czy homoseksualizm. Ale Strout rzadko pisze nawet o nich. Skupia się na małych historiach zwykłych ludzi - na tym, że można zapałać zupełnie platonicznym uczuciem do pracownicy, kiedy żona robi się nie do zniesienia, że trzeba sobie poradzić z utratą pracy, chorobą, starością, niedołężnością, dziećmi opuszczającymi dom i zakładającymi własne rodziny, które nie do końca spełniają oczekiwania rodziców. Nie myślcie jednak, że to opowiadania przepełnione wyłącznie smutkiem. Strout pokazuje nam, że zawsze jest nadzieja, że nawet w najbardziej jałowym życiu, coś może się jeszcze wydarzyć. Naprawienie dawnych błędów bywa niemożliwe, ale da się żyć, pomimo ich popełnienia. Jednak najpiękniejsze jest to, jak splatają się ze sobą małe życia, z pozoru nieważne i nieistotne. Ponieważ każdy, choć może niezbyt wiele wnosi z perspektywy globalnej, ma swoje miejsce w lokalnym mikroświecie, i, nawet przypadkiem, może odmienić czyjeś życie. Sympatyczna pani ze sprzedaży wysyłkowej rozmową wybijającą się poza schemat, pomaga wyzbyć się młodej dziewczynie wyrzutów sumienia, a arogancka dawna znajoma, zagadując kogoś, jest w stanie odwieść go od samobójstwa. Strout udowadnia swoim czytelnikom, że codzienność i zwykłość może być piękna i jest tak samo wartościowa jak zdobywanie szczytów każdej z możliwych dziedzin.
A co do samej Olive - jej historia jest jedną z tysięcy historii kobiet na całym świecie. Tych, które nie należą do piękności, są inteligentne, ale nie wybitne, całe życie spędzają z jednym mężczyzną, poświęcają się dziecku, ale nic nie poradzą na to, że nie są idealnymi matkami. Nie wiadomo, co na nie wpływa. I choć na pierwszy rzut oka Olive wydaje się grubiańską paniusią, niezasługującą na swojego cudownego męża, w pewnym momencie zaczynamy ją lubić. Bo wbrew pozorom, bardzo mało w niej fałszu. Jeśli robi czy mówi coś, co nie jest do końca autentyczne, czyni to dla dobra rozmówcy czy własnego dziecka. A potem odbija to sobie, chociażby, niszcząc ukryte na dnie szafy ubrania, należące do synowej, która właśnie ją obraziła. Zaczynamy rozumieć nieznośne postępowanie Olive, zauważać, że niektóre rzeczy robi ze strachu lub samotności, że jest przepełniona emocjami, z którymi nie do końca umie sobie poradzić, bo chociaż nauczono ją bezpośredniości, nikt nie powiedział jej jak rozmawia się o własnych uczuciach.
Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie przeczytać "Olive Kitteridge". Wam też radzę się skusić. To jedna z tych książek, które pozwalają nam inaczej patrzeć na świat. Przecież małe miasteczka są wszędzie, a dzieje ich mieszkańców bywają całkiem podobne. Jednak te pełne szarych mas miejsca, naprawdę mają za obywateli różnorodnych ludzi, przepełnionych swoimi troskami, nadziejami i uczuciami. Nawet jeżeli ich nie dostrzegamy, albo są dla nas jedynie kolejną kategorią statystyczną, którą należy wyodrębnić podczas prezentowania wyników wyborów. "Olive Kitteridge" polecam z całego serca, jak i pozostałe książki Strout wydane w Polsce do tej pory. Ja, niestety, publikacje tej autorki chwilowo wyczerpałam. Na szczęście, pozostaje mi jeszcze serial HBO stworzony na podstawie recenzowanej dzisiaj powieści. Ale pamiętajcie o złotej zasadzie: najpierw książka potem ekranizacja!

wtorek, 6 grudnia 2016

Dobry kryminał z marnym głównym bohaterem, czyli "Ofiara bez twarzy" Stefana Ahnhema

S.Ahnhem, "Ofiara bez twarzy", tłumaczenie E. Wojciechowska, Wydawnictwo Marginesy 2016.
Potrzebowałam audiobooka z dobrym kryminałem. A kto lepiej zna się na tego typu historiach jeśli nie wieloletni scenarzysta skandynawskich seriali sensacyjnych? Może i Stefan Ahnhem jest debiutantem w dziedzinie książek, ale ktoś, kto przełożył na język telewizyjny powieści o komisarzu Wallanderze, dostał ode mnie duży kredyt zaufania. "Ofiara bez twarzy" nie zawiodła.
Opowieść kręci się wokół Fabiana Riska, komisarza policji po czterdziestce, który, zmuszony okolicznościami, porzuca pracę w Sztokholmie i wraz z żoną i dwójką dzieci przeprowadza się do rodzinnego Helsingborga. Razem z rodziną planuje rozkoszować się sześcioma tygodniami urlopu, mającymi pozwolić im odbudować nadwątlone zaufanie i odnaleźć balans między domem, a pracoholizmem, z którym Risk się zmaga. Niestety, tuż przed przekroczeniem przez Fabiana progu nowego domu, dzwoni jego helsingborska szefowa, prosząc o pomoc w śledztwie. Nie dlatego, że komisarz ze stolicy jest ich jedyną nadzieją, ale ze względu na to, że brutalnie zamordowany i pozbawiony rąk mężczyzna, chodził z Riskiem do tej samej klasy. Jakby tego było mało, na miejscu zbrodni odnaleziono fotografię wszystkich uczniów wraz z nauczycielką, na której przekreślono twarz ofiary. Czy reszta klasy, w tym komisarz, powinni czuć się zagrożeni?
Choć zarys fabuły nie odbiega za bardzo od typowego skandynawskiego kryminału, Ahnhemowi udało się stworzyć coś nowego. Owszem, mamy brutalnie zamordowaną ofiarę, zagadkę i komisarza z problemami, ale autor zrezygnował z kilku kalek, przez co powieść staje się nieprzewidywalna. No, może specjaliści od tego rodzaju książek nadal będą mogli co nieco przewidzieć. Największą zaletą "Ofiary bez twarzy" jest narracja. Niemal cały czas trzecioosobowa (poza paroma fragmentami z dziennika, mieszającymi w fabule), pozwala nam towarzyszyć większości istotnych bohaterów. Przez co Fabian Risk nie jest jedynym, którego myśli, odczucia i wnioski poznajemy. Mamy dostęp do głów całej grupy śledczej, co pozwala obserwować, jak zgrany i dobrze działający organizm stanowi. W powieści widać wyraźną opozycję Fabian Risk - helsingborscy funkcjonariusze. Fakt, że nowemu trudno podporządkować się zasadom panującym na posterunku, niekoniecznie kreuje go na samotnego bohatera. Ciekawe jest również rozłożenie akcji na wątki przedstawiające działania szwedzkiej i duńskiej policji. Obie próbują rozwiązać poszczególne części tej samej sprawy, ale nie ma między nimi współpracy. Są za to ludzie bardziej skupieni na własnej karierze i sukcesach niż na pomyślnym wyniku śledztwa. Powieść Ahnhema, choć bezsprzecznie należy do literatury gatunkowej, porusza również wiele tematów społecznych od dyskryminacji i przemocy w szkole do seksistowskiego i opresyjnego traktowania kobiet. I niemal cały czas trzyma w napięciu.
Nie mam jednak zamiaru wystawiać debiutantowi cenzurki z samymi pochwałami. Ponieważ o ile większość bohaterów jest zbudowana bardzo spójnie i prezentuje się w sposób przekonujący, o tyle widnieje na tym obrazie jedna głęboka rysa - sam Fabian Risk. Niełatwo wymyślić wiodącą postać ze skandynawskiego kryminału, której jeszcze nie było, jednak ten pracoholik, niezdolny do poświęceń wobec rodziny wydaje się być na wskroś wtórny. Trudno znaleźć w nim nie tylko coś nowego, ale i cokolwiek interesującego. Jego upór w trzymaniu się własnych ścieżek i zatajanie informacji przed resztą grupy czasami są aż nienaturalne. Jakby po latach pracy w policji nadal nie zauważał, że bez pracy zespołowej niczego nie zdoła dokonać. Jest to też pierwszy bohater skandynawskiego kryminału, którego w żaden sposób nie udało mi się polubić. Jego wady są bowiem tak irytujące, że trudno przez ich pryzmat dostrzec jakiekolwiek zalety. 
Mimo tego, polecam "Ofiarę bez twarzy" tym, którzy przepadają za mrocznymi opowieściami o przemyślanych zbrodniach, oraz wszystkim, rozpoczynającym dopiero swoją przygodę z kryminałem. To kawałek bardzo dobrej prozy gatunkowej. Choć trochę przerażającej, przynajmniej w moim przypadku. Przyznam, że powieść Ahnhema była dla mnie dość specyficznym doświadczeniem, gdyż znam, przynajmniej dość pobieżnie, dużą część miejsc opisanych w książce. Poza tym trudno zasnąć, kiedy tuż przed snem słucha się o brutalnym morderstwie dokonywanym dwadzieścia kilometrów od domu. Szczególnie, gdy lektorem jest Mariusz Bonaszewski. Choć całość wypadła bardzo dobrze pod względem interpretacyjnym, muszę przyznać, że głęboki głos dobiegający ze słuchawek, w momentach największego napięcia, potrafił przestraszyć. Polecam, choć w środku bezsennej nocy, słuchacie/czytacie na własną odpowiedzialność. 

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zrozumieć nieodkryte - "Lituma w Andach" Mario Vargasa Llosy

M.Vargas Llosa, "Lituma w Andach", tłumaczenie W.Charchalis, Wydawnictwo Znak 2009.
Zanim sięgnęłam po "Litumę w Andach", znałam tylko jedną powieść Mario Vargasa Llosy - "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki". Jej akcja ma miejsce głównie w Europie i tylko momentami przenosi się do Peru i Japonii. Jednak tym razem spotkałam się z na wskroś peruwiańskim utworem tego noblisty. Opisuje on świat, przynajmniej dla mnie, kompletnie nieznany i zmusza czytelników do, chociażby pobieżnego, zapoznania się z historią Peru.
Głównym bohaterem książki, jak wskazuje sam tytuł, jest Lituma - kapral oddelegowany do służby na posterunku policji w Naccos. Razem z podwładnym - Tomasito mają mieć na oku budowę lokalnej drogi. Misja, choć pozornie prosta, jest śmiertelnie niebezpieczna - wszędzie wokół szaleją bojówki Świetlistego Szlaku. Jakby tego było mało - w okolicy bez śladu znika trzech mężczyzn i należy rozpocząć śledztwo, utrudniane przez lokalnych mieszkańców, którzy za bardzo wierzą w duchy gór, by przyznać, że za zaginięcia może odpowiadać człowiek. Litumie i Tomasito nie pozostaje nic ponad próby uzyskania jakichkolwiek informacji od miejscowych i czekanie na śmierć, która może zjawić się w każdej chwili w postaci terrorystów. Umilają sobie pełne nerwów noce opowieścią o Mercedes, kobiecie o wątpliwej reputacji, w której zakochał się Tomasito, tracąc przy tym zdrowy rozsądek.
Mario Vargas Llosa uświadamia czytelnikom, że nie wiedzą wiele, o życiu w Andach i tamtejszej ludności. Tak samo, zresztą, jak pochodzący z Piury główny bohater, który ma nawet problemy z porozumieniem się z mówiącymi w keczua Indianami. Lecz do wniknięcia w ten świat, nie wystarczy poznanie języka. Trzeba przedrzeć się przez zasłonę wierzeń i przesądów, zaskarbić sobie zaufanie miejscowych i zrozumieć świat, w którym w najbrutalniejszy ze sposobów rządzą terroryści. 
Wierzenia, przesłaniające warstwę realną powieści, nadają jej jednocześnie oniryczny rys, charakterystyczny dla twórczości pisarzy południowoamerykańskich. Wydaje mi się, że dużą rolę odgrywają tu nie tylko monstra i tajemnicze obrzędy, ale i język. O ile same duchy gór, czy niepojęte postaci, ni to ludzie, ni to demony, żywiące się ludzkim tłuszczem, są niezwykle przerażające, o tyle najbardziej zatrważa, zarówno Indian Keczua, jak i czytelnika to, że mogą one kryć się w każdym wokół, przyjmując ludzką postać. Jednak największej tajemniczości, przynajmniej z mojej, polskiej perspektywy, nadaje im język. Tłumacz, Wojciech Charchalis, z wyboru lub niewystarczalności polszczyzny, nazwy duchów pozostawia w oryginale. Nie mi rozsądzać czy po hiszpańsku czy w keczua, bo o ile w pierwszym z tych języków znam może dziesięć wyrażeń, o  tyle o istnieniu drugiego do niedawna nie miałam pojęcia. W tych słowach kryje się jednak jakieś zaklęcie, groźba stojąca nad światem, niezrozumiała jak jej nazwa. Lecz najsmutniejsze jest to, jak świat lokalnych wierzeń, uznawanych poza Andami za zabobon, może rzutować na życie ludzi. W końcu, jeśli rozpoznamy w kimś demona, należy go unicestwić, nawet jeśli mordowany zarzeka się, że jest człowiekiem. A duchom gór nie zawsze wystarczają ofiary z roślin i zwierząt...
Dużo bardziej brutalny jest jednak wątek dotyczący Świetlistego Szlaku. Powieść przeplatana jest scenami, w których różni ludzie, mniej lub bardziej świadomi zagrożenia, wpadają w ręce terrorystów. Mogą oni zatrzymać każdy autobus w poszukiwaniu policjanta, wojskowego, polityka, uczonego czy turysty - sługusów reżimowej władzy, których należy ukarać śmiercią, często poprzez ukamienowanie, bo po co marnować cenne kule, kiedy i tak ma się przewagę. Jednak to, co peruwiańscy maoiści robią własnymi rękoma jest niczym wobec tego, do czego potrafią doprowadzić ludzi. Zdarza im się bowiem wpaść do jakiejś wioski, zabić legalne władze i podburzać lud do wzajemnego oskarżania się. Niepotrzebne są dowody, wystarczy pomówienie i zgoda większości. Potem następuje egzekucja, a zmanipulowani i przerażeni chłopi do końca życia będą musieli patrzeć w oczy sąsiadom, którym zabili członka rodziny. Vargas Llosa uświadamia nam, że terroryści to nie tylko Al-Kaida, ISIS czy Hamas. I choć Świetlisty Szlak, niemal dwadzieścia lat po wydaniu przez noblistę "Litumy w Andach" został w większości rozbity, nasza świadomość dotycząca tego, co dzieje się w Ameryce Południowej, jest w większości przypadków, przerażająco mała. 
Kolejnym przykładem na to, jak może szerzyć się bezprawie jest historia Tomasita i jego ukochanej Mercedes. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, aby nie zepsuć nikomu lektury, ale wystarczy wspomnieć, chociażby, o powiązaniach policji z mafią narkotykową. Zatrważające jest także podejście niektórych mężczyzn do kobiet. Zdaje sobie sprawę z tego, że w Peru patriarchat ma się dużo lepiej niż w Europie, która o równouprawnienie walczy nieco dłużej, jednak stwierdzenia o tym, że mężczyzna może czasami uderzyć partnerkę, żeby się lepiej zabawić, będzie krzywdzące zawsze i wszędzie.
Podsumowując, "Lituma w Andach" to książka poruszająca wiele wątków i tak, jak wieści napis na okładce, jest to z pewnością najbardziej peruwiańska powieść Mario Vargasa Llosy. I dobrze. Ponieważ poznawanie świata, do tej pory całkowicie nieznanego i zmuszanie czytelnika do poszerzania horyzontów jest ważną funkcją literatury. Choć przyznam, że powieść ta ma w sobie wątki kryminalne, poszukiwanie trzech zaginionych, nie jest tu priorytetem. Dużo bardziej istotne zdaje się ukazanie świata w jednej z jego najbrutalniejszych form, a także uświadomienie nam do czego  może być zdolny człowiek ze względu na to, w co wierzy. Bo choć Indianie Keczua i bojownicy Świetlistego Szlaku to zupełnie inni ludzie, łączy ich jedno - dla swoich idei dopuszczają się czynów nieludzkich. 
Nie pozwolę sobie na recenzowanie tej powieści - jak już kiedyś wspominałam, są pisarze, którzy wzbili się na taki poziom, że ja, jako skromna czytelniczka, z potrzeby serca naciskająca rytmicznie klawisze laptopa, nie mam prawa ich oceniać. Mogę jedynie polecić. Bo chociaż "Lituma w Andach" nie jest najłatwiejszą książką Mario Vargasa Llosy to warto ją przeczytać, żeby otworzyć oczy. Niecałe trzysta stron tekstu to około pięciu-sześciu godzin lektury. Czy jesteście gotowi je poświęcić, żeby przekonać się, do czego jest zdolny człowiek? I jak wygląda świat, w którym prawa chce dyktować niemal każdy, przez co z samowolą nie za bardzo trzeba się kryć?

piątek, 2 grudnia 2016

Okrucieństwo nie umiera nigdy - o "Lekcjach anatomii doktora D." Wojciecha Engelkinga

W.Engelking, "Lekcje anatomii doktora D.", Wydawnictwo Literackie, 2016.

Wojciech Engelking jest jednym z pierwszych pisarzy reprezentujących pokolenie urodzone w latach dziewięćdziesiątych. Tych, dla których komputer, telefon komórkowy czy internet nigdy nie był ciekawą nowinką. Swoją debiutancką powieść "(niepotrzebne skreślić)" wydał dwa lata temu. Próbował w niej, z mniejszym lub większym powodzeniem, przedstawić portret swojego pokolenia. Tego samego, po części, usiłuje dokonać w "Lekcjach anatomii doktora D.".
Bohaterami najnowszej powieści Wojciecha Engelkinga są Jacob von Deymann, mieszkaniec hitlerowskich Niemiec, syn arystokraty i Jakub Dejman, żyjący we współczesnej Polsce. Choć dzielą ich czasy, w których przyszło im żyć, łączy ich nie tylko podobieństwo nazwiska. Obaj skończyli studia medyczne, ale nie zdobyli dyplomu, obaj mieli kiedyś siostrę i ojca, ale ich stracili, obaj zbyt wiele wagi przykładają do tego, kim są. Jacob von Deymann zostaje wysłany do Birkenau, aby napisać raport na temat prac doktora Mengele. Cały czas wydaje mu się, że jest kimś gorszym od innych. Jakub Dejman, mimo że nie ma odpowiednich uprawnień, przeprowadza budzące kontrowersje operacje w klinice chirurgii plastycznej, którą odziedziczył po ojcu. Wyjeżdża także do Brazylii, gdzie kupuje sobie niewolnicę - piętnastoletnią Elvirę. Cały czas wydaje mu się, że jest kimś lepszym od innych. 
Engelking w swojej powieści stara się przedstawić to, w jaki sposób okoliczności, i umiejętności mogą wpływać na rozwój jednostki, a także do jakiego stopnia kształtuje człowieka wychowanie oraz dostępność treści, zarówno tych wartościowych, jak i wylewających się z monitorów komputerów. Jednak to tylko wątki poboczne. Największą uwagę autor zwraca na problem samooceny i jej wpływ na egzystencję człowieka. Pokazuje, że zarówno niższość jak i wyższość mogą prowadzić do tragicznych skutków. Niestety, forma w jakiej to przedstawia, pozostawia wiele do życzenia. Choć, od swojej debiutanckiej powieści, Engelking poczynił znaczne postępy i spójność tekstu oraz jego struktura są na dużo wyższym poziomie, do ideału jeszcze wiele brakuje. W fragmentach dotyczących Jacoba von Deymanna razi sposób, w jaki nawiązywano do obozu Auschwitz-Birkenau. Nie dość, że tragedia, która się tam działa, została kompletnie pozbawiona głębi i strywializowana, to autor opisuje sceny, nie mające racji bytu, w danych czasach i w tym miejscu. Irytuje również sposób, w jaki Jacob von Deymann opowiada o swojej przeszłości. O ile listy do Robinsona, zapisywane w dzienniku, są naprawdę ciekawym pomysłem, o tyle wielostopniowość narracji, do której doprowadzają, niepotrzebnie utrudnia odbiór. Sam narrator też bywa problematyczny. Autor starał się go ujawniać, mylić tropy, pokazywać kim może być i co jest w stanie uczynić. Jednak również ten zabieg wydaje mi się zbędny i męczy czytelnika poprzez bezustanne powtarzanie w tekście: "wie mi się". Część dotycząca Jakuba Dejmana jest dużo bardziej spójna, ale także przerażająco brutalna. Ponieważ, o ile w  świecie zdominowanym przez nazistów spodziewamy się braku człowieczeństwa, o tyle w niemal współczesnej Warszawie, powinno być lepiej. Nie jest. I nie chodzi tylko o przerażające opisy gwałtów i innych relacji seksualnych, ale o przebijającą się przez wszystko pogardę powodowaną poczuciem wyższości. Brutalność świata, w którym wyrastają jednostki pozbawione jakichkolwiek ludzkich odruchów, lubujące się w upokarzaniu innych na wszystkie możliwe sposoby i niezdolne do zawiązania jakiejkolwiek relacji, niepolegającej na wzajemnej zależności, przekracza wszelkie granice mojej wyobraźni. I jeśli w ten sposób Engelking opisuje pokolenie, do którego i ja, choć odrobinę starsza, należę, na takie przedstawienie się nie zgadzam. Choć przyznam, że jako wyolbrzymiony obraz wyłomka tych, niewidzących nic poza karierą i pieniądzmi, może się to wydawać przekonujące.
Czytając "Lekcje anatomii doktora D." miałam wrażenie, że autor chciał przedstawić czytelnikom zbyt wiele. Liczne nawiązania, tropy intertekstualne, a nawet sklejona z kilku innych opera, miały dać odbiorcy do zrozumienia, że ma przed sobą innowacyjny konstrukt, który czerpie jednocześnie pełnymi garściami z tradycji literackiej. Tylko nie tędy droga. Engelking poważył się na napisanie powieści, jaką stworzyć może człowiek dojrzały, opisujący pokolenie już po jego ukonstytuowaniu. Jednak autor nie ma jeszcze dwudziestu pięciu lat, a generacja, o której pisze, to jak na razie nieukształtowana masa, składająca się z ludzi szukających własnego miejsca w zmieniającym się świecie. W efekcie "Lekcje anatomii doktora D." są przeładowane, często niepotrzebną treścią i starają się przekazać zbyt wiele w nieudolny sposób. I choć Wojciech Engelking jest utalentowanym pisarzem młodego pokolenia, tworzenie wielkiej literatury jeszcze przed nim. Moim zdaniem, jego najnowsza powieść, jest, co najwyżej, średnia.