niedziela, 8 stycznia 2017

Męska opowieść o tym, jak trudno uciec od własnego życia, czyli "Bornholm, Bornholm" Huberta Klimko-Dobrzanieckego

H.Kilmko-Dobrzaniecki, "Bornholm, Bornholm", Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2011.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki do niedawna był dla mnie całkowicie nieznanym pisarzem. Jednak pewnego dnia trafiłam w TVP Kultura na wywiad z nim, w którym opowiadał o swoich książkach i zawiłym życiorysie. Wydał mi się człowiekiem o niezwykłej wrażliwości, dlatego przy pierwszej, nadarzającej się okazji, sięgnęłam po jedno z jego dzieł. Była to powieść "Bornholm, Bornholm", o której pragnę Wam pokrótce opowiedzieć.
"Bornholm, Bornholm" ma nie tylko podwójny tytuł, ale i dwóch głównych bohaterów, których historie autor przeplata, mimo że pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Pierwszym z nich jest Horst Bartlik- nauczyciel biologii w prowincjonalnym miasteczku w Niemczech. Spotykamy go latem 1939 roku, kiedy dociera do niego, że nie kocha już swojej żony. W tym, burzliwym dla niego czasie, musi zmierzyć się również z rzeczywistością wojenną, późniejszym powołaniem do wojska, a także apodyktycznym sąsiadem, który, w przeciwieństwie do Bartlika, z całego serca popiera Führera. Z drugim z bohaterów spotykamy się w czasach nam współczesnych. Siedzi on przy łóżku swojej, będącej w śpiączce, matki i opowiada jej o trudach własnego życia. Nie jest to jednak opowieść o sukcesach, ale próba wytłumaczenia rodzicielce, jak zgubny wpływ miał jej zaborczy i okrutny charakter na życie dorosłego już dziecka. Nasz bohater po raz pierwszy znajduje się w sytuacji, umożliwiającej mu narzucenie matce własnej woli i wytłumaczenie jej, że znalazł w świecie ludzi, którzy stali mu się bliżsi niż biologiczna rodzina i traktowali go tak, jak na to zasługiwał. 
Klimko-Dobrzaniecki napisał powieść przepełnioną emocjami. Jego bohaterowie, choć pozornie tak różni, charakteryzują się tym samym rodzajem niepewności, pozornie niemęskim, ale na wskroś prawdziwym. Swoje życia budują bez konsekwencji i zastanowienia, podporządkowując się sytuacji. Każdy bunt jest niedojrzały i w wielu przypadkach zdaje się prowadzić do zgubnych konsekwencji. Horst, kiedy tylko uświadamia sobie, że nie kocha już swojej żony, stara się zrobić wszystko, aby zaprzeczyć jej władzy nad sobą. Buduje dzieciom domek na drzewie, mimo jej zakazu i wybiera się na samotny urlop tylko po to, aby ją zdradzić. Podobny stosunek ma do wojny. Niezadowolony z powodu rozpoczęcia działań zbrojnych odgrywa się w szkole na wizerunku Hitlera, wiedząc, że odpowiedzialność za to poniosą uczniowie. Jednak najbardziej uderza w czytelnika jego bierność wobec wszystkiego, co dzieje się wokół. Korzysta z okazji, ale nie wkłada żadnego wysiłku w ukształtowanie wydarzeń po swojej myśli. A po czasie dochodzi do wniosku, że nawet jego mizerny bunt to za dużo i kiedy nadarza się okazja, by wrócić do poprzedniego życia, robi to bezzwłocznie i zachowuje się, jakby nigdy nic się nie stało. Z kolei drugi z bohaterów jest człowiekiem stłamszonym. Jako dziecko musiał walczyć z matką o każdą możliwość spotkania z rówieśnikami i wyjście spod klosza. Lecz nawet kiedy mu się to udaje, matka nadal ma na niego zgubny wpływ. Wypomina synowi, że całe zło, które mu się przydarzyło, ze śmiercią dzieci włącznie, jest spowodowane tym, że się od niej odwrócił. Bohater, mimo najszczerszej niechęci wobec rodzicielki i świadomości tego jak powinny wyglądać właściwe relacje w rodzinie, wraca na Bornholm, kiedy tylko dowiaduje się o chorobie matki. Pierwszy raz znajduje się w sytuacji, w której może powiedzieć jej wszystko, ma nad nią przewagę. I właśnie ten moment wykorzystuje na przedstawienie smutnej historii własnego życia, zniszczonego przez brak poczucia własnej wartości i przymus ciągłej ucieczki przed matczynym wpływem. 
Historie dwóch mężczyzn przedstawione w powieści "Bornholm, Bornholm" napisane są w niezwykle delikatny i pełen wrażliwości sposób. Narracja porywa i wciąga nas w obie opowieści. Trudno zdecydować, która z nich jest lepsza. I choć fabuła, z pozoru, nie porywa, emocjonalność tej powieści, tak bliska codziennym ludzkim zmaganiom, sprawia, że, choć czasami boli, chcemy więcej. "Bornholm, Bornholm" polecam wszystkim tym, którzy znajdują wartość w małych, ludzkich historiach. Te opisane przez Klimko-Dobrzanieckiego wydają się dużo bardziej wartościowe niż rozległe opisy wielkich i ważnych wydarzeń.

środa, 4 stycznia 2017

"Masakra profana" Jarosława Stawireja, czyli powieść o tym, jak Kościół zmienia nas na siłę

J.Stawirej, "Masakra profana", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2011.
Jeżeli jesteście wrażliwi w kwestii potencjalnej obrazy uczuć religijnych, nie czytajcie tej książki. Moją recenzję też lepiej sobie odpuśćcie, bo jeszcze nawiążę do treści w "nieodpowiedni" sposób i ktoś znajdzie na mnie paragraf, a z prawem, nawet bezsensownym, nie wygram. Na razie odwołam się jednak do wolności słowa i napiszę parę słów, o powieści "Masakra profana" Jarosława Stawireja.
Czy można sobie wyobrazić gorszego głosiciela Dobrej Nowiny niż zapatrzony w siebie, hedonistyczny, niewierzący materialista pracujący w międzynarodowej korporacji? Na myśl przychodzą mi jedynie Hitler, Stalin i paru przywódców ISIS. Matka Boska nie była jednak aż taką masochistką i postawiła na człowieka z korpo. Nie pytając go o zgodę, uczyniła go prorokiem i, wbrew jego woli, wyposażyła w stygmaty, moc uzdrawiania i kilka innych świętych atrybutów. Dla głównego bohatera było to początkiem życiowej tragedii. Dzięki działaniom boskim stracił pracę i trafił do szpitala psychiatrycznego. A to dopiero początek. Nie chcę zdradzać całej treści, ale wspomnę, że na kartach książki znajdziemy samobójców, satanistów, Jezusa, zdeformowaną dziewczynkę i wyjątkowo inteligentną szynszylę. 
Jeśli opis wydaje Wam się osobliwy, bądźcie pewni, że nie zawiera się w nim nawet połowa uroku narracji. "Masakra profana" to powieść przepełniona brawurowym humorem, który być może, obraża jakieś uczucia religijne w tych, którzy je mają, ale także jest doskonałą satyrą na polską religijność ludową. Nie znajdziemy tu przewidywalnych rozwiązań. W momencie objawienia się Matki Boskiej, życie głównego bohatera rusza jak z kopyta i nie zatrzymuje się do samego końca. A ten ma miejsce wtedy, gdy boski wybraniec się poddaje. Nie pomagają układy z Jezusem i życie w odosobnieniu, Polak katolik swojego proroka znajdzie wszędzie i bez względu na jego rzeczywiste zdolności, czy też ich brak, będzie utrzymywać, że ten uzdrawia i czyni cuda. A bycie bożym pomazańcem, czyni go własnością wyznawców. Kościół, którego przedstawicielami są prości ludzi z prowincji, zostaje poddany krytyce. Obrzędowość, tradycja, czy wyimaginowane cuda, stają się dla mas czymś znacznie ważniejszym niż sam Bóg czy Matka Boska. Nie liczą się wiara i modlitwa, ale znaki. Brakuje tylko znanego z dawnych czasów handlu fałszywymi relikwiami, aby udowodnić, że religijność prostego ludu, oparta nie na znajomości Biblii, ale na tradycji i przyzwyczajeniu, niezbyt wyewoluowała od czasów średniowiecza. Jedynym co się zmieniło jest dostęp do mediów, pozwalających na relacje dotyczące domniemanego pomazańca. Jednak, o dziwo, nie są one przedstawiane w charakterze sensacji, ale z nadmierną nabożnością, którą doskonale znamy z reportaży telewizyjnych dotyczących Jana Pawła II. W końcu prorok- Polak to dużo lepiej niż "tylko" papież. Ciekawa jest też sama ewolucja głównego bohatera, który stopniowo z przebojowego yuppie przemienia się w pustelnika. Każda zmiana w jego charakterze nie jest jednak podyktowana wolą, ale sytuacją, w jakiej się znajduje. Po przejściu przez najgorsze męki i utracie wszelkiej nadziei, stara się cieszyć pozornie stabilną sytuacją, zdającą się wytchnieniem, ponieważ wie, że może być znacznie gorzej.
"Masakra profana" to ciekawa diagnoza polskiego społeczeństwa i jego wierzeń. Jednak ponury wydźwięk tej oceny wyrównuje brawurowy czarny humor i tempo opowieści. Jedynym utrudnieniem podczas delektowania się tą książką może być wewnętrzny przeciw wobec traktowania religii w krytyczny i rozrywkowy sposób. I choć uważam, że do wszystkiego trzeba mieć dystans, a uzasadniona, krytyczna analiza jest lepsza niż prawienie komplementów zgodnie z wolą ogółu, tę książkę polecam tylko tym, którzy chcą się z nią zmierzyć. Bo nie dla każdego Matka Boska jest jedynie postacią literacką.

niedziela, 1 stycznia 2017

"Zima" Knausgårda ma w sobie więcej ciepła niż lodu...

K.O.Knausgård, "Zima", tłumaczenie M.Skoczko, Wydawnictwo Literackie, 2016.

Wobec Karla Ovego Knausgårda nie potrafię być obiektywna. Zaznaczam to na samym początku, zanim ktoś mi zarzuci, że traktuję tego pisarza jak przeciętna gimnazjalistka Justina Biebera. Co prawda na widok Knausgårda, prawdopodobnie, nie usiłowałabym rzucić mu się na szyję, ale z pewnością podbiegłabym do niego z naręczem książek i błagała o podpis, mówiąc duńskim z domieszką norweskiego i dokładką dziwnych akcentów tylko po to, żeby po zapewnieniu, że ten biedny, nagabywany człowiek nie wie, co usiłuję powiedzieć, przejść na angielski i kompromitować się dalej, tyle że w zrozumiały sposób. Także, o ile naprawdę staram się wzbić na wyżyny obiektywizmu, bardzo wątpię, aby w tym przypadku to się udało.
"Zima" jest drugim po "Jesieni" tomem cyklu Knausgårda związanego z porami roku. Autor zamieszcza w nim listy do swojej nienarodzonej córki i krótkie ni to opowiadania, ni to opisy, odnoszące się do różnych sfer życia codziennego, od Świętych Mikołajów przez wodę, monety, poszczególne postaci z bliskiego otoczenia czy seks i poczucie sensu. Całość ilustrowana jest reprodukcjami pięknych obrazów Larsa Lerina. 
Choć "Zima" na pierwszy rzut oka wydaje się banalna, wcale taka nie jest. Przede wszystkim - w piękny sposób opisuje relację między ojcem a nienarodzoną córką i w ogóle, pomiędzy rodzicem a dziećmi. Knausgård, opowiadając o świecie, często nawiązuje do sytuacji związanych z rodzeństwem adresatki książki, pokazuje jak ważne są stosunki międzyludzkie, ale także nie boi przyznać się do błędów w tej materii. Podkreśla, co w byciu rodzicem mu nie wychodzi, a także otwarcie mówi, że się tego wstydzi i chciałby to naprawić. Pokazuje, że rodzicielstwo nie jest wolne od trudnych tematów i z dziećmi trzeba umieć rozmawiać o wszystkim, Dlatego nienarodzonej córce opisuje nie tylko piękno zimy za oknami czy wygląd i zachowanie ludzi, z którymi dziewczynka, być może, kiedyś się spotka, ale także odnosi się do dużo bardziej skomplikowanych tematów. Wspomina o jaźni, stawianiu granic, kontaktach społecznych czy pożądaniu seksualnym. I choć mówienie komuś, kto jeszcze się nie narodził o tym, co doprowadziło do jego poczęcia, może nam się wydawać niewłaściwie, wskazuje to, przede wszystkim, na gotowość rozmowy. A co do samej treści - Knausgård zaznacza w książce, że zdaje sobie sprawę z tego, że córka zapozna się z dziełem taty dopiero za kilkanaście lat. Daje mu to możliwość mówienia o rzeczach dużo bardziej skomplikowanych niż te, które przynależą do dziecięcego świata. 
W moim mniemaniu teksty znajdujące się w "Zimie" dzielą się na trzy grupy. Pierwsza, która zachwyca mnie trochę mniej, dotyczy rzeczy najprostszych, opisu tego, co znane i namacalne. Fragmenty te są napisane pięknym, aczkolwiek oszczędnym językiem i należą do najkrótszych. Dużo bardziej do gustu przypadła mi druga grupa, czyli teksty nawiązujące do spraw trudniejszych, abstrakcyjnych. W nich Knausgård dzieli się swoimi przemyśleniami i krótkimi, ilustrującymi je historiami z życia. Właśnie tam możemy dostrzec Karla Ovego z "Mojej walki", prawdziwego człowieka, który zmaga się z życiem i stara się je sobie wytłumaczyć. Trzecia grupa to listy do nienarodzonej córki i listy do nowo narodzonej córki. Te fragmenty są dla mnie najbardziej wzruszające. Bowiem na przykładzie Knausgårda możemy zobaczyć jak ojciec, dla którego nawiązanie więzi z dzieckiem jeszcze przed jego narodzinami jest bardzo trudne, stara się to zrobić. I to nie za wszelką cenę, ale w naturalny sposób, przelewając na papier swoją radość, oczekiwanie, wątpliwości i troski.
"Zima" to cudowna opowieść o budowaniu więzi oraz próbie zrozumienia i opisania świata. To książka, którą należy się delektować. Urok zawarty w słowach Knausgårda sprawia, że sami zastanawiamy się nie tylko nad pięknem narodzin, ale także nad prostotą i czarem codziennego życia. Reprodukcje obrazów Larsa Lerina, przeplatające poszczególne teksty, tylko podkreślają jej charakter, wprowadzając czytelnika w lekko melancholijny, zachęcający do refleksji, zimowy nastrój. Polecam z całego serca!

czwartek, 29 grudnia 2016

"Pasażer 23" Sebastiana Fitzka, czyli kryminał tak nudny, że chcesz się utopić.

S.Fitzek, "Pasażer 23", tłumaczenie B.Tarnas, Wydawnictwo Amber, 2016.
Często zdarza mi się wybierać audiobooki na chybił trafił. Ma to swoje dobre strony, ponieważ nierzadko udaje mi się odnaleźć nowych, ciekawych autorów, o których wcześniej nie wiedziałam absolutnie nic. Niestety, od czasu do czasu trafiam również na książki niewarte poznania. A jako, że audiobooki są drogie, ze skrzywioną miną wysłuchuję ich do samego końca, przysypiając nad zlewem podczas zmywania naczyń. "Pasażer 23" Sebastiana Fitzka był właśnie takim ślepym trafem. Jednak tym razem chybiłam.
Fabuła zapowiada się całkiem zachęcająco. Martin Schwarz, policjant pracujący pod przykrywką, pięć lat temu stracił żonę i synka. Według oficjalnych informacji kobieta popełniła samobójstwo na statku pasażerskim, wcześniej wyrzucając dziecko za burtę. Po tym wydarzeniu, Schwarz nie boi się niczego i jest zdolny do złamania każdego regulaminu i przepisu, aby rozwiązać sprawę. Wszystko zmienia się, gdy na tym samym statku, na którym zginęła rodzina policjanta, znikąd pojawia się mała dziewczynka z misiem w ręce. Pluszak ten należał niegdyś do syna Martina. Wszyscy byli przekonani, że zabawka spadła wraz z dzieckiem w głębiny oceanu. Zrozpaczony ojciec wraca na statek i rozpoczyna śledztwo, łudząc się, że znajdzie jakiekolwiek ślady własnej rodziny.
Nie wierzcie jednak zachęcającym aspektom tej opowieści. Na pomyśle się kończy. Aby uzmysłowić Wam poziom nudy tej powieści, opowiem krótką historię z życia wziętą. Otóż, boję się latać. Po kilku latach częstego korzystania z samolotów, zdążyłam się przyzwyczaić do dyskomfortu unoszenia się w powietrzu, jednak start i lądowanie nadal są dla mnie ciężkimi, przepełnionymi nerwami, momentami. Podczas ostatniego lotu słuchałam audiobooka z powieścią Fitzka. Zasnęłam jeszcze przed startem, a obudziło mnie uderzenie samolotu o grunt na lotnisku docelowym. Dodam, że wcześniej w tym samym Airbusie nie mogłam zmrużyć oka nawet po trzydziestu godzinach bez snu. Właściwie żałuję, że na siłę skończyłam słuchać tego audiobooka, bo miałabym rozwiązanie na moje okołolotnicze problemy na najbliższe kilkanaście miesięcy. Wróćmy jednak do samej powieści. Muszę przyznać, że z językiem było całkiem nieźle. Nie zżymałam się zbyt często nad niefortunnymi sformułowaniami i irytującym brakiem synonimów. Być może dlatego, że nad "Pasażerem 23" nie mogłam się skupić na tyle długo, żeby takie błędy wychwycić. Jednak na tym zalety się kończą. Postaci są niemrawe, trudno rozróżnić jedną od drugiej. Wszyscy mówią dokładnie takim samym głosem, bez względu na płeć i wiek. Jedynie ponad osiemdziesięcioletnia staruszka, która zwabia Schwarza na statek zdaje się mieć odrobinę ikry, jednak jej występowanie ograniczono do minimum, robiąc z niej osobę zanadto schorowaną by działać. I choć w intrydze wszystko do siebie pasuje, to większość zdarzeń zdaje się być na wskroś przewidywalna, a przestoje między nimi są tak długie, że czytelnik zdąży zapomnieć, co starało się wzbudzać w nim emocje wcześniej. Jedyny wątek, który choć odrobinę mnie wciągnął skończył się, mniej więcej, w połowie powieści. Byłam przekonana, że to już prawie koniec, więc rozwiązywanie i niepotrzebne rozwlekanie kolejnych wątków, ciągnęło się dla mnie niemiłosiernie. Zastanawiające dla mnie jest to, jak można zmarnować taki potencjał? Same dane statystyczne dotyczące zaginięć na wycieczkowcach inspirują na tysiąc sposobów. A zamknięta przestrzeń, jaką jest statek, aż prosi się o pełen tajemniczych wydarzeń kryminał. Niestety, zamiast niego dostajemy kilka wątków, które nie należą do najbardziej dynamicznych, a i tak są spowalniane przez dość banalne rozwiązania i dwie klamry z historii, mających potencjał do rozwinięcia się w naprawdę ciekawe powieści. Chociaż te, pewnie też by się wlekły. 
W tym miejscu powinnam co nieco wspomnieć o lektorze - Piotrze Grabowskim, ale nie mam zdania na temat jego interpretacji. Powiem jedynie, że była na tyle przeźroczysta, że tydzień po wysłuchaniu książki, mimo szczerych wysiłków, nie potrafię sobie przypomnieć głosu lektora. To ewenement, ponieważ pamięć słuchową mam dobrą. Dopiero po małych poszukiwaniach i porównaniu z dubbingowym dorobkiem tego aktora muszę stwierdzić, że "Pasażer 23"nie jest jego najlepszą interpretacją.
Podsumowując, nie czytajcie tej książki. I tym bardziej jej nie słuchajcie, chyba, że potrzebujecie niefarmaceutycznych środków nasennych. Nie warto tracić czasu na rozrywkę, która nie porywa. Już lepiej sobie pospać, przynajmniej mniej się człowiek denerwuje. Ja mogę Was zapewnić, że od powieści Fitzka będę trzymać się z daleka. Tak jak od statków wycieczkowych. Bo "Pasażer 23" trochę je przypomina rejs na jednym z nich - długi i piekielnie nudny. 

niedziela, 25 grudnia 2016

Kilka słów o zmaganiach z rodziną, do której się nie pasuje - o "Portrecie trumiennym" Kuby Wojtaszczyka.

K.Wojtaszczyk, "Portret trumienny", Simple Publishing, 2014.
Kontynuuję moją przygodę z pakietem e-booków z BookRage. Tym razem padło na "Portret trumienny" Kuby Wojtaszczyka. Przyznam, że właśnie ze względu na tę pozycję zdecydowałam się na zakup całego zestawu. A zachęciła mnie inna powieść tego autora - "Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć", której akcja ma miejsce w środowisku poznańskich hipsterów. Jednak nie o tym mam pisać. Czas na kilka słów o "Portrecie trumiennym", będącym debiutem tego młodego pisarza. Powieść ta wydaje się aktualna w kontekście okołoświątecznym, kiedy duża część z nas zasiada z bliskimi przy jednym stole.
Niemal każdy ma w rodzinie osobę, za którą nie przepada, której nie rozumie, której światopogląd wydaje się skrajnie głupi, której chce się wykrzyczeć w twarz, że to, co robi i mówi, jest złe. Ten irytujący krewny czasami całkowicie nas ignoruje, a innym razem krytykuje nas na każdym kroku. Wiecie o kogo chodzi, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że cała najbliższa rodzina składa się niemal wyłącznie z takich osób. Główny bohater "Portretu trumiennego" zmaga się właśnie z taką sytuacją. Aleksander skończył historię sztuki, pracuje jako kurator w galerii, może uchodzić za hipstera, nie wierzy w Boga i jest gejem. Czy tradycyjna, polska rodzina może sobie wyobrazić gorsze połączenie? Chyba nie. Jednak nie tylko on zdaje się być rodzajem ekstremum. Jego starszy brat nie uznaje innej pracy niż ta z użyciem mięśni, szwagierka jest katechetką, która promuje tradycyjny model rodziny, gdzie dzieci jest czwórka i za każde przewinienie należy im się lanie paskiem wymierzane przez ojca. Matka cały czas załamuje ręce nad wyrodnym synem, mając nadzieję, że jeszcze się zmieni, a ojciec jest na granicy życia i śmierci po ciężkim zabiegu i jego aktywności ograniczają się do oglądania telewizji i wypytywania o przyjazd jedynej córki. Znajdzie się jeszcze kilka ciotek ze wsi, dla których liczą się głównie wspomnienia i stałość życia oraz kuzyni czy kuzynki, namawiający do celebrowania uroczystości rodzinnych przy pomocy tradycyjnej polskiej wódki z rozwodnionego spirytusu. Jakby tego było mało po domu biega trzech małych chłopców, niepotrafiących powstrzymać agresji przez dłużej niż pół godziny oraz osiemnastoletnia harcerka, której bliżej do cnotliwej panny z lat czterdziestych niż do współczesnej nastolatki. I owszem, możemy mówić, że nie ma rodzin idealnych i zawsze można spróbować się dogadać, jednak kiedy Aleks przyjeżdża do rodzinnego domu w małym miasteczku na urodziny matki, od samego początku atmosfera jest ciężka. Cel miał szczytny, ale wykonanie... I jak to się skończy? Przypuszczam, że części już się domyślacie, ale lepiej przeczytajcie sami.
"Portret trumienny" pisany jest w pierwszej osobie - całą historię i wszystkie postaci poznajemy z perspektywy Aleksandra, który w ironiczno-malkontencki sposób opowiada o swoich zmaganiach z poszczególnymi członkami rodziny. Nie ma tu miejsca na obiektywizm, każdy krewny jest beznadziejny, z jakiegoś powodu źle się Aleksowi kojarzy, a czas na szukanie pozytywów dawno się skończył. Subiektywizm sprawia, że nie do końca wiemy, co myśleć o bohaterach - być może dla siebie nawzajem i osób z zewnątrz są normalnymi, porządnymi ludźmi, krzywdzonymi przez opinię niepasującego do nich członka rodziny. Ok... Sama nie wierzę w to, co piszę. Opisy postaci, które serwuje nam główny bohater, mimo że nacechowane jego krzywdą i uprzedzeniem jednoznacznie wskazują na to, że mamy do czynienia ze stereotypowymi mieszkańcami małych miasteczek czy wsi. Przy czym sam stereotyp jest tu bardzo ważny, bo o ile dla młodego człowieka z wielkiego miasta, nawet pochodzącego z niewielkiej miejscowości, owo wyobrażenie uosabia zło wcielone, o tyle dla osoby zamieszkującej omawiane miejsca, nawet jeśli nie reprezentuje ona konkretnego wzorca, stereotyp, o którym mówimy, będzie sprawiał wrażenie, neutralnego lub odrobinę negatywnego. Przecież dobry Polak, katolik z porządnej rodziny  to nadal wzór życia dla wielu z nas. I choć bliższy jest mi wielkomiejski zgiełk, jestem w stanie zrozumieć, że istnieją osoby preferujące małomiasteczkowy model życia. Dużo większym problemem niż starcie dwóch odmiennych postaw w "Portrecie trumiennym" jest brak dialogu. Ponieważ można być tym, kim się chce tak długo, jak potrafi się rozmawiać z drugą stroną, nie traktuje się jej z góry i a priori nie uznaje za gorszą. W książce Wojtaszczyka wszyscy bohaterowie łamią tę zasadę, co prowadzi do nieustannego konfliktu, który ugrzązł w impasie. Brakuje woli. I ten brak może doprowadzić do tragedii. Jakby tego było mało, każda chęć walki zostaje szybko zarzucona przez pogląd, że w rodzinie trzeba przynajmniej próbować udawać, że wszystko jest w porządku. Prędzej czy później konflikt eskaluje i tylko od długości jego tłumienia zależy to, jak wielki będzie wybuch. Ponieważ to, co z początku zdaje się być jedynie wyobrażeniem, pewnego dnia może stać się rzeczywistością. 
"Portret trumienny" z pewnością nie jest najlepszą książka, jaką przeczytałam w życiu, ale uważam, że warto się z nią zapoznać. Choć historia oparta jest na konflikcie, przepełniona jest również humorem. Brawurowy język i opisy postaci sprawiły, że uśmiech nie schodził z moich ust. Co więcej, mam wrażenie, że to pozycja nie tylko dla hipsterów. Ich antagoniści też znajdą coś dla siebie. I nie chodzi tu tylko o ironię, ale również o możliwość bliższego poznania przeciwnika. "Portret trumienny" to całkiem ciekawa satyra na konflikty rodzinne, pokoleniowe i światopoglądowe. I choć przyznam, że mam słabość do tego typu książek, uważam, że tę warto przeczytać.

wtorek, 20 grudnia 2016

Miasto jest takie, jak jego mieszkańcy - o "Dziwnej myśli w mej głowie" Orhana Pamuka

O.Pamuk, "Dziwna myśl w mej głowie", tłumaczenie P.Kawulok, Wydawnictwo Literackie 2015.

Orhana Pamuka nie trzeba nikomu przedstawiać. W końcu pisarz, który zdobywa Nobla, na stałe wpisuje się w świadomość miłośników literatury. "Dziwna myśl w mej głowie" to książka napisana przez Turka już po otrzymaniu wspomnianej nagrody. Tworzona przez sześć lat opowieść o Stambule i jego mieszkańcach, nie tylko wprowadza nas w tajniki miejskiego życia, ale także prezentuje zwyczaje i sposób na życie wielopokoleniowej rodziny z kraju odległego od Polski, zarówno geograficznie, jak i kulturowo.
"Dziwna myśl w mej głowie" opowiada historię Melvuta, ulicznego sprzedawcy buzy i jogurtu, którego powolne i spokojne życie okazuje się bogatsze niż wskazują na to pozory. Fabuła nie jest jednak prezentowana linearnie. Na samym początku dowiadujemy się o wydarzeniu determinującym całą przyszłość młodego wówczas Turka. Melvut przez dwa lata spędzone w wojsku pisał listy miłosne do dziewczyny, której przelotnie spojrzał w oczy na weselu kuzyna. Po zakończeniu służby, z powodu braku funduszy umożliwiających oficjalne ubieganie się o rękę ukochanej, postanawia ją porwać i wziąć z nią potajemny ślub. Kiedy wraz z wybranką biegnie przez ciemną wieś, orientuje się, że to nie ta, którą niegdyś pokochał, ale jej mniej atrakcyjna siostra. Niestety, nie ma już wyjścia. Ta pomyłka ciągnie się za Melvutem przez całe życie. Nie zmienia to jednak faktu, że ten prosty, na wskroś uczciwy człowiek, kocha swoją żonę i potrafi odnaleźć szczęście w codzienności, mimo biedy i tygla wydarzeń, na które nie ma wpływu. Trwamy z bohaterem od momentu zakończenia szkoły podstawowej i przeprowadzki do Stambułu do wczesnej starości. Przeżywamy nie tylko wzloty i upadki tego naiwnego sprzedawcy buzy, ale poznajemy także historię jego rodziny i przyjaciół, którzy zarówno przewijają się na kartach powieści, jak i mają również swój głos. 
To nie jest powieść dla tych, którzy pragną wartkiej, pełnej zwrotów, akcji. Fabuła posuwa się powoli, jak życie głównego bohatera. I tak jak ono jest przepełniona optymizmem. Ponieważ narrator, wraz z Melvutem starają się odnaleźć radość w prostocie życia. Nie myślcie jednak, że Pamuk podarował nam prostą książeczkę w stylu Coehlo. To dużo wyższa liga. Przede wszystkim, muszę zwrócić uwagę na niecodzienne opisy miasta. Stambuł starzeje się razem z bohaterami. Kiedy Melvut się tam przeprowadza, metropolia ma trzy miliony mieszkańców. Pod koniec książki jest ich ponad cztery razy więcej. Budynki ze zbudowanych z pustaków chatek, zmieniają się w wielkie bloki, a ulice, niegdyś przyjazne i bezpieczne, stają się zatłoczonymi ponad miarę, wrogimi miejscami. Tę ewolucję podkreśla piękny język Pamuka, opisującego miasto widziane oczami ulicznego sprzedawcy. 
Wydarzenia dotyczące rodziny Melvuta są dużo bardziej skomplikowane. Mamy tu do czynienia z dwoma rodzinami, które wżeniają się w siebie nawzajem, co jeszcze bardziej gmatwa wzajemne relacje. A te, na samym początku zostają zniszczone przez niesprawiedliwość pomiędzy braćmi - ojcem i wujem Melvuta, niepotrafiącymi się dogadać w sprawie ziemi. Konflikt ten ciągnie się za rodziną przez lata, przeszkadzając w osiągnięciu porozumienia w jakiejkolwiek sprawie bez odwoływania się do dawnych zatargów. A te wzmagają różnice finansowe, polityczne, religijne i światopoglądowe. W kulturze, w której rodzina jest dużo ważniejsza od przyjaciół i znajomych, sytuacja ta zdaje się ciążyć każdemu, a w świecie, traktującym wyolbrzymione pojęcie honoru stanowczo zbyt poważnie, rozdmuchuje niesnaski do maksimum. Trudno nie wspomnieć o zdeterminowanej religią i kulturą tragicznej sytuacji kobiet. Choć Melvut jest dla swojej przypadkowej żony dobrym mężem, zdaje się nie zauważać, ile pracy wkłada ona w zajmowanie się domem i pomoc w jego zajęciach. Tyle, że główny bohater zdaje się aniołem w porównaniu do innych mężczyzn, traktujących swoje małżonki jak służące całej rodziny, maltretujących je i zabraniających im wychodzić z domu. Mam wrażenie, że "Dziwna myśl w mej głowie" poprzez przedstawienie historii życia i relacji rodzinnych normalnego, przeciętnego człowieka staje się przewodnikiem po Turcji dnia codziennego. Takiej, jakiej nie pokazują programy telewizyjne i książki podróżnicze.
"Dziwna myśl w mej głowie" nie jest powieścią dla każdego. Ponieważ nie wszyscy lubują się w powolnej akcji i historiach dotyczących niepozornego, małego życia. Ta książka ma jednak swój urok. I choć na wskroś uczciwy główny bohater wydaje się albo skrajnie naiwny albo odrobinę nierealny, powieść ma w sobie tyle smaku i spokojnego uroku, że warto przymknąć na to oko. Symbioza życia ludzkiego i tętniącego energią miasta wydaje się być przepięknym, wręcz magicznym połączeniem. A fakt, że całą historię spisano mistrzowskim językiem, tylko dodaje powieści kunsztu. Polecam!

niedziela, 18 grudnia 2016

Kilka dowodów na to, że literatura potrafi wyprzedzić historię - o "New romantic" Michała Zygmunta


M.Zygmunt, "New romantic", Korporacja Ha!art, 2007.
Na "New romantic" Michała Zygmunta trafiłam dzięki BookRage, serwisowi internetowemu, który zajmuje się sprzedawaniem pakietów e-booków za cenę zaproponowaną przez klienta. Przez ostatnie kilkanaście dni oferowali zestaw książek polskich pisarzy i dałam się skusić. Co prawda, za Kindla, którego dzielę z mężem, chwytam tylko wtedy, kiedy nie mam pod ręką już ani jednej papierowej książki, ale czego się nie robi dla dobrej literatury? Skusiłam się, wzięłam pierwszego z e-booków i przekonałam się, że napisanie jego recenzji, będzie bardzo trudne. Widocznie dobry tekst uzyskany niewielkim kosztem musi mieć jakieś wady.
"New romantic" to krótka, złożona z trzech opowiadań książka, wydana w 2007 roku. Sama data premiery jest znacząca w kontekście fabuły dwóch z trzech tekstów. Bowiem pisano je albo w czasach trudnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych, albo na początku kadencji Lecha Kaczyńskiego jako głowy państwa i rządów koalicji PiS - Samoobrona - LPR. Dlaczego to istotne? Cóż, postaram się Was wprowadzić. Pierwsze opowiadanie - "New romantic" dotyczy lewicowych rewolucjonistów. Studenci, starający się zrozumieć zwykłych, prostych ludzi, chcą za wszelką cenę doprowadzić do klęski prawicowych kandydatów w nadchodzących wyborach prezydenckich. Na początku zamierzają jedynie obrzucić ich cuchnącą substancją. Plan jednak ewoluuje i w ręce radykalnych aktywistów trafiają naładowane pistolety. Z kolei "Bądź sobą, wybierz Westerplatte" opowiada o rządach katolicko-prawicowej partii, prześladującej w imię swojej wiary homoseksualistów, lewicowców i innowierców. Na początku działaczy LGBT traktuje się jak opozycjonistów w czasach PRL, a potem usuwa się ich ze szkół i uniwersytetów. Dyskryminacja jednak eskaluje - władza stwarza obozy koncentracyjne, mające na celu zmianę orientacji seksualnej u przebywających w nich więźniów. Kiedy wieści o wydarzeniach w Polsce idą w świat, homoseksualiści z całego globu mobilizują się i wspomagają mniejszości podczas wojny domowej, wywołanej przez uciemiężonych Polaków. Trzecie opowiadanie pod tytułem "Strach" jest dużo bardziej kameralne. Narratorem jest szesnastolatek, starający się odnaleźć swoją tożsamość. Wbrew własnej woli staje się członkiem paczki młodocianego gangstera. W pewnym momencie orientuje się, że czuje do chłopaka coś więcej niż tylko przyjaźń.
Książka ma przerysowaną i ironiczną formę. Przy pomocy kilku charakterystycznych, acz stereotypowych bohaterów, przedstawia mechanizmy rewolucyjne i polityczne, formy ucisku, zaślepienie władzy. Opowiadania nie są jednoznaczne ideowo, nie można stwierdzić, z którą stroną identyfikuje się autor. Pokazuje nam jednak, że w kwestii polityki nikt nie jest dobry, a w obliczu władzy i ideologii, moralne wartości zamieniają się w mrzonkę. Ludzie mają to do siebie, że wierzą w propagandę i dopóki na własnej skórze nie odczują, że coś jest nie tak, nie chcą walczyć. Książka jest chaotyczna, ale w tym szaleństwie jest metoda. Bombardowani przez informacje, nieważne czy z prawej czy z lewej strony, czujemy się jak przed wyborami, kiedy odbijamy się od głośno krzyczących polityków i staramy się odnaleźć tego, kto albo wierzy w to, co mówi, albo opowiada najmniej kłamstw. Polityka, wyolbrzymiona do granic absurdu, jest jeszcze bardziej chaotyczna niż ta, z którą mamy do czynienia na co dzień. A bohaterowie, którzy wszystko co robią, czynią z wiary we własne poglądy, a nie ze zwykłego politycznego wyrachowania, sprawiają, że treść książki może przerażać. Strach wzbudza również to, że autor czerpie z historii. Wie, do czego zdolny jest człowiek, dążący do władzy lub chcący ją utrzymać. Dlatego też pokazuje, że nawet pozornie niegroźny rząd może wzorem Hitlera, zorganizować obozy koncentracyjne dla osób przekraczających normę "wzorowego obywatela", albo, idąc za przykładem UB zorganizować policję religijną, prześladującą opozycjonistów. 
Książkę przeczytałam dokładnie tydzień temu, ale czułam, że stworzenie tej recenzji będzie trudne, dlatego je odwlekałam. Nie wiedziałam, że po kilku dniach, rzeczywistość wywinie mi psikusa i uczyni pisanie jeszcze bardziej skomplikowanym. Tuż po publikacji "New romantic" było nazywane pierwszą książka antykaczyńską. I nie chodziło tu tylko o to, że w pierwszym z opowiadań ktoś strzela do Lecha Kaczyńskiego. Dużo dotkliwej krytykuje miłośników IV RP "Bądź sobą, wybierz Westerplatte". Kiedy czytałam to opowiadanie tydzień temu, musiałam stwierdzić, że autor przewidział to, co dzieje się od kilku miesięcy wokół nas: poszerzenie wpływów Kościoła, gloryfikowanie ugrupowań nacjonalistycznych, ingerencję w system edukacji, czy wykluczenie niektórych grup społecznych. Dziś, oglądając programy informacyjne, stwierdzam, że Michał Zygmunt napisał przerażający scenariusz, który w dużej części może zostać zrealizowany, jeśli nie da się utemperować buty rządzących.
"New romantic" to według mnie obowiązkowa pozycja dla tych, którzy w polityce porzucają racjonalność na rzecz wiary w ideologię czy partię. I choć książka ma w sobie coś z reductio ad absurdum, zdaje się być lekiem na nieświadomość zmanipulowanych tłumów. Pokazuje, że bez względu na to, czy mowa o prawicy, lewicy, czy centrum, władza czy chęć jej zdobycia, sprawia, że można zajść za daleko. A przede wszystkim jest dowodem na to, że warto słuchać pisarzy i czytać książki, ponieważ patrzą oni na otaczający nas świat z trochę innej perspektywy i mogą przewidzieć coś, co innym nie przyszło jeszcze do głowy. Polecam!