K.Dunin, "Zadyma", Wydawnictwo Literackie, 2007/"Wysokie Obcasy", nr 22/2017.
Ostatnio czytałam w "Wysokich Obcasach" o tak zwanych "femikomiczkach", czyli kobietach, które łamią stereotyp mówiący, że poczucie humoru jest domeną mężczyzn, a płeć piękna może co najwyżej potakiwać i śmiać się ukradkiem. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło, bo do tej pory kobiety były dla mnie synonimem ironicznego, często inteligentnego humoru, który nawet wtedy, gdy bazuje na stereotypach, nie obraża wszystkich wokół. Z kolei mężczyźni, w większości, wydają mi się autorami "sucharów", słabych dowcipów nawiązujących do czynności fizjologicznych i przaśnych scenek na poziomie Mazurskiej Nocy Kabaretowej. Ale widocznie żyję w innym świecie. Czemu piszę o tym na blogu, z założenia mówiącym o książkach? Ponieważ w zeszłym tygodniu, w ramach jakiegoś feministycznego przebudzenia z bibliotecznej półki oznaczonej "Nauki społeczne, gender" (etykietka nie do końca dopasowana, ale mam wrażenie, że zabarwienie jej pejoratywnie w oczach większości Polaków było zamierzone) książkę Kingi Dunin pod tytułem "Zadyma". I to właśnie do niej, z założenia, ma się odnosić ten tekst.
Czym jest "Zadyma" i co ma wspólnego z humorem, nad którym rozwodziłam się przez trzy czwarte pierwszego akapitu? Jest to zbiór felietonów Kingi Dunin publikowanych przez lata w "Wysokich obcasach". W tym momencie możemy się zastanawiać czy sens ma czytanie krótkich, często nawiązujących do bieżących zdarzeń, form literackich wydanych dziesięć lat temu, a napisanych jeszcze wcześniej? Oj, ma. O dziwo, znajduje w tym całkiem sporo sensu. Aż kusi, żeby powiedzieć, że niestety, ale rządzi nami ta sama, antykobieca partia. To jednak nie jedyny powód. Bowiem antykobieca zdaje się być niemal cała polska polityka. Nie zmieniła się również za bardzo nasza rzeczywistość, a czasami wydaje mi się, że dziesięć lat temu jakoś bliżej nam było do Europy, równości, przestrzegania praw kobiet, czy mniejszości seksualnych niż teraz. Dla przykładu, kiedyś Młodzież Wszechpolska była popierana jedynie przez LPR, a nie przez partię rządzącą. Zmienił się chyba jedynie Roman Giertych, do pewnego stopnia nawrócony przez swoją porażkę. Ale i tak, cieszyłabym się, gdyby młodsze pokolenia przypomniały sobie, że zawdzięczają mu nie tylko noszenie przez jakiś czas obrzydliwych polarów symulujących mundurki szkolne, ale i próbę wprowadzenia ideologii do programów nauczania. Cóż, to ostatnie, dziś już przegłosowano. Tylko w mojej głowie nieustannie kołacze się myśl, że od czytania Gombrowicza nikt nie umarł, a przez ślepe podążanie za wartościami "narodowymi" aż zbyt wielu.
Miałam jednak pisać o książce, a piszę o przeszłości, będącej dla mnie niemal prehistorią, bo w 2005 dopiero zaczynałam liceum i żyłam w małym miasteczku. twierdzącym niemal zgodnie, że sytuacja w której po pracy kobieta tyra i zajmuje się domem, a mężczyzna ślęczy na kanapie przed telewizorem to norma, a nie patriarchalny burdel. Teraz, jako kobieta młoda i, mniej więcej, świadoma, potrafię docenić to, co pisała Dunin w swoich felietonach. To, z jakim humorem wbijała szpilę wszystkim tym, którzy nie rozumieli i nie chcieli zrozumieć, że równość kobiety i mężczyzny jest dobrem wspólnym, a nie fanaberią. Zresztą nie tylko o płeć i postrzeganie kobiety w kulturze w tych krótkich formach chodziło. Mój ulubiony felieton - "Futbolizm" poprzez ironiczną metaforę pokazuje jak irracjonalne jest prawicowe myślenie o panoszeniu się homoseksualistów w przestrzeni publicznej. W końcu polskie feministki wzięły na swoje barki prawa niemal wszystkich mniejszości. I dobrze - powinniśmy trzymać się razem. W końcu kiedy wyjmiemy poza margines wszystkich tych, którzy nie odpowiadają "mainstreamowi" (a ostatnio dołączają do nich nawet rowerzyści czy wegetarianie) będzie nas więcej na marginesie niż na kartce.
Kinga Dunin nie jest komiczką, ale krytyczką literacką, jedną z tych, które najbardziej cenię od czasu studiów. Żałuję, że na jej felietony trafiłam tak późno. Bo czym innym jest artykuł czy praca krytyczna, a czym innym krótka forma, w której można ująć wszystko. Pokazać, że inteligentny humor, ironia i przedstawianie postulatów w przystępny, czasami zabawny sposób, nie jest domeną mężczyzn. Wręcz przeciwnie. Skoro przez lata odbierano kobietom bycia zabawnymi, musiały wykształcić niezły kunszt, żeby się przebić. A że pod płaszczykiem błyskotliwości można wyłożyć ważna sprawę, to co innego. W końcu w mediach feministka przedstawiana jest najczęściej jako brzydka, nieszczęśliwa, samotna, bezdzietna baba, która chce narzucić swoje nieszczęście innym. Takie babsko nie jest groźne, wydaje się być obrazem skrajnej frustracji, domagającej się wykrzyczenia. Dlatego krzyczy i narzuca. A teraz zastanówcie się, kiedy ostatnio telewizja pokazała prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? I obejrzyjcie zdjęcia z czarnego protestu. Naprawdę myślicie, że w Polsce jest aż tyle brzydkich, nieszczęśliwych, samotnych, bezdzietnych bab? Odczarujmy sobie feministkę. Kobietę o każdym typie urody, szczęśliwą lub nie, samotną lub w związku, samodzielnie decydującą o tym, czy chce być matką, dyskutującą o swoich poglądach i pokazującą, że feminizm nie jest niczym strasznym. Walka o swoje jest czymś naturalnym. A można to robić na wiele sposobów. Czasami trzeba pokrzyczeń w telewizji, a innym razem wyjść na ulicę.
Miałam napisać recenzję zbioru felietonów, a zamiast tego napisałam felieton. I nie żałuję. Muszę jednak wspomnieć, że "Zadymę" Kingi Dunin warto przeczytać. Przynajmniej tyle mogę jej oddać za zainspirowanie mnie do tego tekstu. I dodam coś jeszcze. Przed chwilą, gdy powiedziałam mężowi, że zamiast recenzji wychodzi mi felieton, stwierdził "oby to nie była laurka dla feminizmu". Przypuszczam, że jest to właśnie taka laurka. Ale nie żałuję. Bo o swoje trzeba walczyć. Nawet jeśli chodzi tylko o głupi tekst.






